The Last of Us

The Last of Us: Part I - Panie, a czemu to takie drogie?

Krzysztof Grabarczyk | 26.06, 11:00

Niespełna dwa tygodnie temu wydarzyła się rzecz (nie?)spodziewana. Naughty Dog zapowiedziało kompletną renowację pierwszej części The Last of Us. Emocjonalny rollercoaster uderzył w reżyserskie ambicje niejednego twórcy gier przygodowych z mocnym rysem fabularnym. Historia uzupełnia się ze świetną mechaniką rozgrywki. Nieprzerwanie, od 2013 roku ten wielki projekt według publiczności stanowi drogowskaz narracji. 

Skorzystali na tym również pozostali uznani deweloperzy. Cory Barlog, reżyser współczesnego God of War przyznał otwarcie pierwszeństwo grze Naughty Dog w kontekście budowania spójności i ujęcia historii. Duet Troya Bakera oraz Ashley Johnsson rozkochał w sobie graczy, dziennikarzy a stosunkowo niedawno - kowali filmowej kliszy ze stacji HBO. Media należycie pielęgnują opowieść o pozornie niemożliwej przeprawie naprzeciw postpandemicznej wizji Stanów Zjednoczonych. Grę ukończyliśmy na więcej niż jednej platformie docelowej, za definitywną wersję uchodzi The Last of Us: Remastered (2014, PlayStation 4). Uruchomione w środowisku PS5 nadal zachwyca jakością. Z naszej perspektywy to jeden z liderów odświeżeń na rynku. Popularność gry nie zgasła nawet przez moment. Debiut kontrowersyjnej części drugiej rychło przywołał tamte chwile, zanim Neil Druckmann, już bez pomocy Bruce'a Straileya, napisał trudniejszy w odbiorze scenariusz. The Last of Us: Part II stało się tytułem, z którym odbiorca mierzy się na stopie emocjonalnej i sentymentalnej. Przy uderzającej oprawie graficznej. Techniczny fundament, na którym raz jeszcze stawiana jest znana historia Joela Millera oraz Ellie Williams. 

Za "wszelką" cenę

The Last of Us

Decyzja o finalizacji The Last of Us: Part I dla wielu jest chwilowym tematem tabu w branży. Remake tworzony raptem dziewięć lat po debiucie oryginalnego wydania? Historia zna jednak szybsze przypadki. Pierwszym z brzegu, jednocześnie najlepszym pozostaje Resident Evil (2002, GameCube). Recepta jak zachować rdzenną koncepcję rozgrywki popychając grę do miana technicznego cuda. Nawet dzisiaj mówimy o dużym osiągnięciu. Gra Capcomu została bezbłędnie przeniesiona na początku 2015 roku i po dziś dzień, robi wrażenie. Oryginał pojawił się przecież 22 marca, 1996 roku, więc ulepszona edycja trafiła na rynek jedynie sześć lat później. Różnica technologiczna prezentuje poziom co najmniej dekady. Czy w podobnym świetle możemy napisać o The Last of Us: Part I? Opierając się wyłącznie na zaprezentowanych materiałach od producenta, widzimy diametralne podobieństwo do części drugiej, przynajmniej w sferze wizualnej. The Last of Us: Part II dumnie rozwinęło mechaniki wielkiego poprzednika. Naughty Dog sfinalizowało szereg dodatkowych składowych, w tym umiejętność nurkowania oraz czołgania się. Pamiętamy jak bardzo wpłynęło to na rozgrywkę. Sequel rozgrywa się na szerszych poziomach wymieszanych korytarzowymi sekcjami. W pierwszym The Last of Us mieliśmy takich fragmentów nieco mniej, ponieważ całokształt historii zamknięto w krótszym czasie antenowym. Oczywiście, fakt możliwości nurkowania nie był części pierwszej obcy, lecz sprawnie rozdzielono między postaciami zakres obowiązków. Złośliwi zapewne przywołują motyw nieodłącznej tratwy często obecny w trakcie eksploracji podtopionych obszarów. Memom nie było końca. 

Gdy Bloomberg jako pierwszy dotarł do informacji nt. narodzin projektu, Internet regularnie zalewały artykuły dotyczące słuszności tego przedsięwzięcia. Historia otwierająca emocjonalną więź Joel'a i Ellie pozostaje punktem zwrotnym w trudnej dyskusji nad krojem fabularnym sequela. The Last of Us: Part II zachwyca technikaliami, detalizmem, reżyserią. Okazało się też produktem, z którym należy się mierzyć. Po mocnej premierze, gracze szybko wracali do ogrywania części pierwszej, więc dla wielu odbiorców sentyment do oryginału zacieśnił się jeszcze mocniej. Neil Druckmann nie chciał jednak pisać opowieści zbliżonej charakterem, by nie popaść w rutynę. Sam odsyłał do The Last of Us: Remastered. "Część pierwsza jest inną historią, dostępną na rynku i można w nią zagrać" - oczywista oczywistość według reżysera projektu. Dlatego również tak wielu fanów części pierwszej oczekuje jesiennego widowiska od HBO - sfilmowanej iteracji tej samej historii, o wspólnej przeprawie po ostatnie światełko w tunelu. 

Motywem przewodnim wydanej równo dwa lata temu kontynuacji była jedynie zemsta, obustronna. Scenariusz nie zaskoczy nas, ponieważ znamy jego treść od dziewięciu lat. Ciekawi o wiele bardziej finalna jakość gry. The Last of Us oficjalnie, pierwszy raz w swojej dotychczasowej historii poza oczywistym pojawieniem się na ostatniej konsoli Sony, trafi również na PC. Pomijając możliwość rozgrywki w oryginał poprzez usługę PS Now (nie w każdym regionie), czeka nas interesujący debiut. Jak duże mogą być różnice pomiędzy wersjami? The Last of Us: Part I prezentuje się niczym sequel po lekkim liftingu. Bazujemy wyłącznie na zwiastunie, bez pokazu choćby szczątkowej rozgrywki. TLoU: Part II często atakuje gracza retrospekcjami, więc poniekąd uruchamiając grę podczas takiego etapu - otrzymujemy podgląd znanej historii, która we wrześniu trafi do sprzedaży. W cenie 339 złotych za podstawową edycję. Cena nie gra roli według fanów, panie Ryan? Błyskawiczna wyprzedaż najbogatszej edycji na terenie USA świadczy jednak, że Jim Ryan nie musi się obawiać medialnego bojkotu. Tę grę kupi większość z nas. Marka, Naughty Dog, słaby kalendarz wydawniczy do końca roku. 

Remastered kontra Remake

The Last of Us

Cena nie gra roli kiedy po dziewięciu latach twórcy decydują się na remake wielbionej przez miliony historii. I właśnie historia będzie przedmiotem zaskakujących wniosków, niespecjalnie pozytywnych, nie do końca negatywnych. Siłą motoryczną tej opowieści w oryginalnym wydaniu stała się relacja bohaterów. Imitacja ojcostwa, straty, trudnego dzieciństwa, skróconego postpandemicznym widmem  dawnego świata, gdy ludzie musieli nosić maski pod naciskiem prawa, systemu kary i konsekwencji. Oparta na systemowym fundamencie części drugiej, pielęgnuje dokonania bazowej wersji. Lecz nic ponad to co już wiemy. Zewsząd dochodzą głosy krytyków, według których decyzyjność Sony opiera się wyłącznie na pazerności. Warto zaznaczyć inny fakt, wraz z podstawową historią Naughty Dog dorzuci świetne Left Behind. Prawdopodobnie najlepsze dwie godziny spędzone przy konsoli od lat. The Last of Us: Remastered uruchomione na PS5/PS4/PS4 Pro nadal wygląda i porusza się bardzo apetycznie. Przeżywając niedawno kolejną emocjonalną podróż Joela oraz Ellie, nadal z tym samym zacięciem eksplorowałem zakodowane już w pamięci lokacje. Bostońskie przedmieścia, leśne stepy czy pozostałości hotelowe tworzą niepowtarzalną aurę przetrwania. The Last of Us niczym dekady wcześniej kultowe Resident Evil - stworzyło podgatunek gry action - survival. Pytanie brzmi, czy uda się ponownie odtworzyć niezapomniane dialogi oraz ujęcia. Oryginał nadal jest tutaj koncepcyjnym drogowskazem. Lata wcześniej stworzył podwaliny dla innego tonu emocjonalnego w grach.

Czy w całym bogactwie treści, The Last of Us pozostawiło jakiekolwiek wątpliwości? Czy istnieją wątki scenariusza wymagające rozszerzenia? Z mojej skromnej perspektywy, niespecjalnie. Podróż wzdłuż upadłej lata temu Ameryki to festiwal setek ciekawych konwersacji pomiędzy naszą dwójką. A jak wszyscy dobrze wiemy, to stopa dojrzewającej emocjonalnej więzi. Czy koncepcja ewentualnego remake tak naprawdę nie przedobrzy? I zarazem nie wzbudzi jeszcze większej niechęci do polaryzującego graczy sequela? Naughty Dog nigdy nie zawiedli. Ale może lepiej zostawić te szczere chęci na trzeci rozdział? Tegoroczny "The Last of Day" zapowiada się na największe święto dla fanów cyklu od lat. Czekamy wszyscy. Pomijając politykę Sony, jesteśmy niezmiernie ciekawi efektu końcowego. Kochamy tę historię, więc z jej powtórnym przyjęciem nie będzie większego problemu. Co jednak z dalszym rozwojem fabuły na potrzeby części trzeciej?

cropper