Najlepsza gra w którą grałeś za dzieciaka. Dla mnie to Max Payne

Najlepsza gra w którą grałeś za dzieciaka. Dla mnie to Max Payne

Maciej Zabłocki | 31.12.2021, 11:00

Niewiele jest gier, które wzbudzają we mnie tak wiele radości jak właśnie pierwsza część Maxa Payne'a. To tytuł, który uważam za idealny pod niemal każdym względem. W swoich czasach w edycji na PC ocierał się o perfekcję, ale nawet dzisiaj wzbudza podziw wśród młodszych graczy, którzy nie mogli w niego zagrać na premierę. Jak historia nowojorskiego detektywa wpłynęła na moje postrzeganie gier? Zapraszam do krótkiej, sentymentalnej podróży. 

Remedy Entertainment zaraz po wydaniu Death Rally w 1997 roku podjęło decyzję o stworzeniu gry w której pierwsze skrzypce rozgrywać będzie główny bohater. Fabuła miała koncentrować się wokół niego, a cała reszta stanowić wspaniałe tło w które gracze będą mogli dosłownie wsiąknąć bez reszty. Po premierze w 2001 roku, Max Payne zebrał fantastyczne oceny na PC, gdzie średnia wynosiła ponad 89%. Sporo gorzej za to wypadły edycje konsolowe. Chociaż potężny, jak na tamte czasy, Xbox jeszcze dawał radę, to PlayStation 2 wyraźnie odstawało, przez co recenzenci często wytykali fatalną grafikę i duże problemy z płynnością, oceniając tytuł znacznie gorzej, niż na to zasługiwał. Osobiście grałem w Maxa Payne'a na komputerze, a na PS2 w ramach wstecznej kompatybilności, uruchomiłem go dopiero w 2015 roku, gdy kupiłem edycję zgodną z PlayStation 4. Faktycznie, to był spory błąd - jeśli chcesz pobiegać Maxem w optymalnym środowisku, koniecznie odpal go na PC. Dzisiaj pójdzie dosłownie na wszystkim, nawet na tosterze. 

Prześladowały mnie demony przeszłości, ale nie chciałem się poddać

Także dla mnie najważniejszym elementem całej produkcji jest główny bohater, który napisany został w sposób mroczny i tajemniczy. Scenarzyści wielokrotnie znęcają się nad nim, a Max podczas swojej przygody doświadcza niewiarygodnych katuszy, obrywając z dosłownie każdej strony. Co jednak istotne, fabuła nie jest wcale przesadzona. Opowiada o nowojorskim detektywie, który pewnego wieczora wraca do domu i zastaje w nim morderców. Z zimną krwią zabijają jego żonę i dziecko, a Max, mimo że pozbył się oponentów, nie radzi sobie z tą niewyobrażalną stratą. Podejmuje decyzje, by dorwać tych, którzy za tym stali. Po upływie trudnych i długich trzech lat okazuje się, że mordercy naszprycowani byli syntetycznym narkotykiem o nazwie Valkiria. Jego dystrybucją zajmuje się Jack Lupino, szef dużej rodziny mafijnej zwanej Punchinello. W toku postępowania, przenikając przez kolejne struktury grupy przestępczej, Payne zostaje wrobiony w zabójstwo swojego wieloletniego przyjaciela i oficera DEA - Aleksa Baldera. Teraz ściga go Policja w całym Nowym Jorku, a on musi uporać się z demonami przeszłości. 

Równie zachwycające były kreacje postaci. Nie tylko Jack Lupino wzbudzał duży autorytet, ale na drodze wpadaliśmy też na jego mniejszych czy bardziej znaczących chłopców na posyłki. Choćby Vini Gognitti czy Alfred Wooden są dobrymi przykładami postaci, które dobrze pasują do gangsterskich lub kryminalnych filmów. Nie mogło, rzecz jasna, zabraknąć kobiecego wątku. Mona Sax, która początkowo zatruwa Maxa, na dalszych etapach gry okaże się bardzo pomocna, a w drugiej części odgrywa już kluczową rolę. Większych szczegółów fabularnych nie chciałbym zdradzać, bo być może są tutaj młodsi czytelnicy, którzy nie mieli jeszcze okazji doświadczyć tej niezwykłej, epickiej opowieści kryminalnej wypełnionej upadkami i... porażkami. Takie historie chciałbym zobaczyć dzisiaj, ale mogę ich szukać co najwyżej w książkach lub komiksach. Właśnie, apropo tego... 

Nie licząc świetnych lokacji, bardzo pasujących do śnieżnego klimatu Nowego Jorku, całość atmosfery wzbogaciło prezentowanie opowieści za pomocą krótkich, komiksowych wstawek. Czasem były to trzy, czasem sześć kadrów. Znacznie rozwijały obecne przemyślenia Maxa, dając też graczowi poczucie, że fabuła dosłownie pochłania go z każdej strony, omawiając także wątki poboczne, czasem humorystycznie coś komentując. W polskiej wersji językowej wystąpił Radosław Pazura, a jego głos w mojej ocenie idealnie pasuje do postaci Maxa Payne'a. Poza tym zagrał wybitną rolę, profesjonalnie wczuwając się w perypetie głównego bohatera, jego rozterki, dramaty i przemyślenia. Poza tym, przyznaję, że polski wydawca spisał się na medal, bardzo dobrze dobierając pozostałe głosy. Antagoniści są charyzmatyczni, przenikliwi i często szaleni, a polski dubbing znacznie podkręca doznania. Jeżeli graliście w to na konsolach (gdzie dostępny był jedynie angielski, według mnie sporo gorszy), to mocno polecam zainwestować w edycję PC. 

W tamtych czasach Max Payne zachwycał oprawą audiowizualną

Często wracam do starych gier, ale nie spodziewałem się, że przechodząc Maxa Payne'a raz jeszcze w tym roku, będę zachwycony jego oprawą graficzną. Chociaż to gra wydana w 2001 roku, zatem aż 20 lat temu, do dzisiaj potrafi zrobić wrażenie. Może to moja wina, bo spoglądam na starsze produkcje nieco inaczej i przez pryzmat czasów w których wyszły, ale możemy Maxa uruchomić na Windowsie 10 i współczesnych kartach graficznych w rozdzielczości nawet 4K. Gdy zaaplikujemy do tego maksymalne filtrowanie anizotropowe, wygładzanie krawędzi i detale, otrzymamy niekiedy bardzo ostre i wyraźne tekstury, a przy tym dalej rewelacyjny klimat. Gry na PC mają często wielki problem ze sterylnością przy wyższych rozdzielczościach, ale Maxa Payne'a w ogóle ten problem nie dotyczy. 

Duże wrażenie robił odpadający tynk ze ścian, efekty wybuchów czy największy gwóźdź programu - zwolnione tempo. To właśnie jemu przypisuje się tak wielki sukces Maxa, ale uważam, że to tylko jeden z wielu kluczowych elementów składowych. Możliwość zwolnienia akcji, by lepiej wycelować lub jakiekolwiek Matrixowe rzuty na prawo czy lewo znacznie potęgowały klimat, tym bardziej, że twórcy dopracowali efekty dźwiękowe do perfekcji. Krzyk ostatniego zabitego wroga w połączeniu z donośnym świstem przywracającym czas do normalności wzbudza w nas dodatkową adrenalinę. Często też zachwyca muzyka. Główny motyw dźwiękowy w menu wprowadza w odpowiedni nastrój, ale przy większej akcji lub istotnym momencie fabularnym do głosu dochodzą bardziej wyraziste, rockowe tony. Wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa, a gra zdaje się we właściwy sposób dyktować tempo rozgrywki, regularnie je podkręcając i obniżając. To kolejny z elementów, który w pierwszej części serii bardzo sobie cenię. 

To nie ładniejsza dwójka i nie znakomita trójka sprawiły, że wielokrotnie wracałem do Nowego Jorku by raz jeszcze rozwikłać zagadkę morderstwa mojej rodziny. To nie Mona Sax z drugiej części i brazylijscy milionerzy z trójki wywołują we mnie największe emocje. To ten moment, gdy ponownie wysiadam na stacji Roscoe Street, nieświadomy tego, że tuż za rogiem szykuje się jeden z największych napadów na bank w historii miasta. Chcąc czy nie, wyciągam Berettę zza pazuchy i lecę przed siebie, posyłając do piachu każdego, kto stanie mi na drodze. W grze znajdziemy aż 22 rozdziały, prolog czy epilog, a wszystko zwieńczone doskonałą, komiksową opowieścią. Wiem, że dla wielu z Was Max Payne nie wzbudza aż takich emocji. Powyżej wymieniłem natomiast powody dla których ja cenię go sobie najbardziej, mimo że regularnie wracam też do Gothica, Warcrafta III albo GTA Vice City. Ciekaw jestem Waszych ulubionych gier z dzieciństwa. Zachęcam do komentowania! Do usłyszenia!