PSP, czyli marzenie spełnione po latach, które smakuje wyśmienicie

PSP, czyli marzenie spełnione po latach, które smakuje wyśmienicie

Kajetan Węsierski | 18.12.2021, 17:00

Gdy PlayStation Portable przeżywało najlepszy okres swoje popularności i święciło sprzedażowe triumfy, nie mogłem sobie na nie pozwolić. Po latach postanowiłem nadrobić braki i do dziś wspominam to przecudownie. 

Pod wieloma względami różnimy się od siebie. To fakt, z którym trudno walczyć i który często uwypukla się przy okazji różnych tekstów, gdzie nasze zdania i perspektywy zderzają się ze sobą. Jedno bez wątpienia nas jednak łączy. Wszyscy kochamy gry wideo i miło wspominamy beztroskie lata dzieciństwa, gdzie to hobby po prostu rozkwitało i rozwijało się nie tylko na zewnątrz, ale także w nas. 

Dla jednych mogą to być sprzęty jak Atari czy Amiga, dla innych gry jak pierwszy Resident Evil czy DOOM, a jeszcze dla kogoś nawet maszyny arcade, na które można było natknąć się w ubiegłym wieku przy okazji wypadów do nadmorskich kurortów. Wszystko jest kwestią wieku oraz okresu, w jakim pokochało się tę gałąź popkultury. Zawsze jednak wspominamy tamte sytuacje z ogromną miłością. 

W porównaniu do większości z Was, Drodzy Czytelnicy, jestem wciąż dzieciakiem, więc do branży gier - tu również odwołam się do Waszej perspektywy - wszedłem stosunkowo późno. Dość powiedzieć, że premiera PlayStation Portable w Polsce zbiegała się z moją promocją do drugiej klasy szkoły podstawowej. Jak się więc domyślacie, nie w głowie były mi wtedy nowe sprzęty czy też to, żeby mieć każdą grę na premierę. Cieszyłem się tym, co miałem. 

PlayStation Portable 

Z czasem jednak dorastałem, a wraz z tym rosła moja świadomość. Powoli przestawałem chłonąć gry wyłącznie poprzez małe produkcje przeglądarkowe, a zacząłem pałać miłością do prawdziwego trzonu branży. PlayStation 2 było moimi wrotami do tej magicznej krainy (o czym więcej napisałem w tym miejscu), ale cały czas robiłem maślane oczy do konsoli przenośnej, która pozwoliłaby mi chłonąć emocje z ekranu telewizora w każdym miejscu. 

PSP

Taką możliwość oferowało wtedy PlayStation Portable. Handeheldowa konsolka od japońskiego Sony, która reklamowana była właśnie jako przeniesienie wrażeń z telewizorów na coś, co bez problemu można zmieścić w plecaku, a nawet pojemnej kieszeni bluzy z kapturem (w niektórych kręgach mawia się na nie chyba „kangurki”). W naszym kraju produkcja zadebiutowała 1 września 2005 roku i, biorąc pod uwagę informacje, od początku wywołała niemało szumu. 

Z czasem, jak to w świecie konsol bywa, zaczęliśmy dostawać nowe iteracje sprzętowe. Najpierw po trzech latach pojawiło się PSP-2000, ażeby kolejny rok później zadebiutowało PSP-3000. Następne 12 miesięcy i pojawiło się PSP Go, a po dwóch latach bum - powrót do korzeni i PSP Street, które cieszyło się lepszą popularnością niż wspomniane chwilę wcześniej Go (swoją drogą bardzo ciekawa konsola, o której trzeba kiedyś nieco więcej napisać). 

W czasach świetności rzeczonego sprzętu nie mogłem sobie jednak na niego pozwolić. Zwyczajnie wykraczał poza moje możliwości finansowe (byłem przecież na przełomie szkoły podstawowej i gimnazjum), więc musiałem sobie radzić. I radziłem. Grałem u kuzyna najlepszego przyjaciela, grałem u kumpli z klasy na wycieczkach i „grałem”, oglądając filmiki z przechodzenia przeróżnych tytułów na YouTube. 

Dorosnąć i spełniać marzenia

Kilka lat temu przeczytałem gdzieś pseudo-kołczingowy cytat, że idziemy do pracy, żeby spełniać marzenia z dzieciństwa. Jasne, są oczywiście opłaty, podatki, obowiązki i inne sprawy, ale koniec końców na pewno rozumiecie, o co chodzi. I wydaje mi się, że w pewnym sensie jest to racjonalne podejście. Takie, które sprawia, że nie zatracimy w sobie tego wewnętrznego dziecka, które wszystkim jest nieco potrzebne. 

God of War

Postanowiłem pokierować się tą maksymą i kilka lat temu znalazłem PSP-3004 na jednym z portali aukcyjnych. Szybkie dogadanie, rozmowa i zakup. Nie pamiętam dziś, ile kosztowała mnie ta przyjemność, ale była niewielka (konsola była wysłużona), a stosunek ceny do liczby godzin oraz możliwości, które oferował mały i magiczny sprzęt, zdecydowanie wychodził na plus. Cóż, na naprawdę ogromny plus. 

Właścicielka dorzuciła mi w gratisie Gran Turismo, Ridge Racer 2 oraz God of War: Łańcuchy Olimpu. Nie ukrywam, że już wracając pociągiem ze spotkania (transakcji dokonałem w innym mieście), odpaliłem sobie pierwsze wymienione wyścigi. I przepadłem. Mało brakowało, a przepchałbym moją stację i przez wyjeżdżanie kilometrów na trasach, sam skończyłbym pewnie kilkadziesiąt kilometrów od domu. 

Dać nura w taflę dzieciństwa 

Nie jestem w stanie dokładnie stwierdzić, kiedy kupiłem moje PSP, ale prawdopodobnie miało to miejsce około 5-6 lat temu. Mówimy więc o okresie, kiedy poprzednia generacja konsol (PlayStation 4 i Xbox One) hulała w najlepsze, a graficznie mieliśmy już takie tuzy, jak na przykład najnowszy God of War (2018), Uncharted 4: Kres Złodzieja, czy inne temu podobne tytuły. Najwyższa jakość, bezsprzecznie. 

Patapon

A ja zagrywałem się godzinami na konsolce, na której produkcje sprawiały wrażenie realistycznych ponad dekadę wcześniej. Ani trochę mi to jednak nie przeszkadzało. Czemu? Przez magię dzieciństwa i możliwość takiego cofnięcia się do emocji, które nie tyle miałem, ile po prostu chciałem mieć. Często wyobrażałem sobie, że leżę w łóżku i gram w Patapony czy Loco Roco. I wreszcie mogłem to zrobić. 

Dawało mi to poczucie wsiadania do wehikułu czasu i kształtowania dzieciństwa w formę, jakiej chciałem. Nie przeszkadzało mi, że gry nie wyglądają jak te debiutujące na bieżąco, bo sam bawiąc się PSP, byłem dzieckiem. Nie istniała dla mnie wtedy teraźniejszość, a tylko przeszłość, która onegdaj była dla młodego Kajtka zaledwie marzeniem. 

Cudowny smak

Jak wspomniałem w tytule, zrealizowanie tego celu smakuje wyśmienicie. Cóż, dziś nie zagrywam się oczywiście całymi dniami na PSP, a odpalam je dosłownie raz na kilka miesięcy, gdy akurat nie muszę sprawdzać nowszych pozycji lub nadrabiać większych hitów. Do teraz jest to jednak przyjemne przeżycie, które pozwala mi się odciąć od świata zewnętrznego. I nie potrzebuje do tego headsetu do VR-u czy słuchawek z technologią ANC. 

Loco Roco

Mogę po prostu patrzeć się w przybrudzony, zarysowany i gdzieniegdzie wypalony ekran konsoli, aby znów poczuć się, jak wtedy gdy oglądałem ulubionych Youtuberów. Cofnąć do momentów, gdy naciskając powietrze, wyobrażałem sobie, że sam pykam w najprostsze gierki z Naruto na PSP czy Everybody’s Golf. Piękne czasy, a ja wciąż mam w szafie wehikuł, który pozwala się do nich cofnąć. To dla mnie naprawdę bezcenny skarb. 

I jeśli mogę na sam koniec coś Wam polecić, to zdecydowanie zachęcam, by spełniać marzenia z dzieciństwa. Jeśli tylko macie wolne środki na przyjemności, zróbcie to dla własnej psychiki. Kupcie wymarzoną grę z dzieciństwa (jeśli jej cena nie ma kilku zer na końcu), wypełnijcie album z naklejkami Panini, zainwestujcie w worek gum Turbo lub dorwijcie kilka tazosów z Pokemonami na aukcjach. Cokolwiek - gwarantuję, że poczujecie mnóstwo ciepła w serduchu. A to jest warte wielu pieniędzy.