Graliśmy w World of Tanks VR – Janek Kos Mode!

Graliśmy w World of Tanks VR – Janek Kos Mode!

Rozbo | 29.08.2018, 16:30

Po tylu latach obecności World of Tanks na rynku człowiek zadaje sobie pytanie: co jeszcze można w tej materii wymyslić? Wargaming przy wsparciu Neurogaming i VRTech nie ma problemu ze znalezieniem odpowiedzi, o czym przekonaliśmy się na ich tradycyjnie już wypasionym stoisku podczas gamescomu.

WoT VR to raczej spin-off od głównej gry niż próba zaimplementowania wirtualnej rzeczywistości do klasycznej rozgrywki. I dobrze, bowiem nic nie jest tu wrzucone na siłę, a twórcy skupili się na tym, żeby w ramach technologii zapewnić fajne doświadczenie.

Koncepcja jest prosta. Zakładając gogle HTC Vive, wcielamy się w dowódcę czołgu siedzącego na szczycie wieżyczki. Sterowanie jest bardzo intuicyjne i po kilku minutach przyzwyczajenia szybko łapiemy o co chodzi. Przede wszystkim za ruchami głowy idzie obrót wieżyczki, z tym że trzeba pamiętać, iż nadal zachowuje ona pewną bezwładność i jest wolniejsza, przez co ustawia się na wskazanej pozycji dopiero po krótkim czasie. Triggerami na kontrolerach nadajemy ruch gąsienicom, kierując czołg naprzód, bądź go obracając. I tyle. To tak naprawdę wystarczy w trakcie meczy 2 vs 2 na niewielkich mapach. Ta, którą testowaliśmy w trakcie gamescomu, miała bardzo fajne ukształtowanie terenu. Było wzgórze, na którym można było zyskać przewagę wysokości, ale i wystawiać się na ostrzał przeciwników. Dookoła niego były pomniejsze kotliny, w których najczęściej dochodziło do pojedynków jeden na jednego oraz most prowadzący na otwarte pole, gdzie lepiej było nie siedzieć zbyt długo.

Choć cała rozgrywka jest uproszczona w stosunku do tradycyjnych World of Tanks, muszę przyznać, że w trakcie meczy nie brakowało emocji. VR robi robotę i naprawdę można wczuć się w rolę dowódcy czołgu. Kluczem do sukcesu jest... orientacja, która w goglach wbrew pozorom nie jest taka prosta. Wszystko dlatego, że w zasadzie mamy trzy różne punkty odniesienia – własną głowę, wieżyczkę oraz kadłub maszyny. W pełnym trójwymiarze przysparza do nie lada kłopotu, ale wbrew pozorom to bardzo fajne uczucie, które jest zapewne bliższe temu, co doświadczamy w rzeczywistości. Ja przynajmniej czułem się jak Janek Kos w „Czterech Pancernych” ;-). Podzielone na 2 rundy mecze są bardzo krótkie, tak abyśmy nie czuli zmęczenia. Koniec końców WoT VR ma zaskakująco niezły potencjał na coś więcej niż tylko popierdółka z czołgami w tle. Zobaczymy jak sprawdzi się finalna wersja.