Kajetan Węsierski Kajetan Węsierski 29.12.2020
Męczą mnie sztuczne wojny konsolowe i szukanie sensacji - skończmy z tym
1737V

Męczą mnie sztuczne wojny konsolowe i szukanie sensacji - skończmy z tym

Czasem mam wrażenie, że dla wielu osób najważniejszym elementem branży gier wideo jest możliwość brania udziału w wojenkach, opowiadając się po jednej ze stron. Tylko właściwie po co to robić?

Jestem osobą, która ma raczej pokojowe usposobienie. Nie lubię starć, przepychanek i walk o coś, co powinno dawać frajdę. Gdziekolwiek jednak nie spróbuję uciec, zawsze na nie natrafiam. Wydaje mi się, że wiele osób jest po prostu z natury konfliktowa. Świetnie widać to w sporcie, gdzie rywalizacja na boiskach, przeradza się w brutalne tarcia pomiędzy kibicami jednych i drugich drużyn – a po prostu mamy cieszyć się widowiskiem.

To samo dzieje się w popkulturze. Wśród fanów komiksów toczy się batalia DC vs Marvel, a wielokroć słucham także o walkach fanów książek i filmów – na szczęście niefizycznych. Oczywiście wszystko to nie mogło pominąć również branży gier, w której wojny konsolowe są na porządku dziennym – i bynajmniej nie chodzi mi o popularną książkę Blake’a J. Harrisa. Czas może lecieć, korporacje funkcjonować w pokoju, a pomiędzy graczami konflikt się zaognia.

Bardzo wiele osób nie tylko dobrze odnajduje się w takich starciach, ale często do nich dąży. Przez długi czas nie rozumiałem, w jakim celu. Wydaje mi się jednak, że niedawno udało mi się dojść do wniosków, które pozwalają w pewnym stopniu zrozumieć tę sytuację. Pozwólcie, że podzielę się z Wami wynikami moich obserwacji i wyrzucę nieco frustracji.

Ile zapłaciło Ci Sony, Microsoft, Nintendo...?

Muszę przyznać, że przez ostatnie lata, które spędziłem w pracy związanej z dziennikarstwem w branży gier wideo, dostałem kosmiczną liczbę wiadomości z zarzutem przekupstwa. Właściwie po każdym głośniejszym wpisie, który w bardzo pozytywny, albo skrajnie negatywny sposób przedstawia jednego z gigantów branży technologicznej, pojawiają się zarzuty o to, że wcale tak nie myślę, bo... No właśnie, właściwie dlaczego?

Wojny konsolowe

Argumentów jest cała masa i w lwiej części odpowiedzi, gdy czasem zdecyduję się spytać, co za tym stoi, czytam, że chcę gloryfikować jednych i uwłaczać drugim. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że to dopiero takie komentarze wywołują burzę. Wszystko byłoby spoko, gdyby nie siła sugestii, która ciągnie za sobą kolejne samo nakręcające się osoby. To nie ma najmniejszego sensu, serio. Czasem się zastanawiam, jaka część z oskarżających na poważnie wierzy w przekupstwo ze strony firm.

Shitstorm

„News pod burzę” to zdecydowanie mój ulubiony przykład. Komentarz o takiej treści działa jak zapalnik na użytkowników. Do czasu pojawienia się go może być spokojnie, ale gdy tylko ów trafia do sekcji pod newsem, rozpętuje się prawdziwy bałagan. Musimy czytać liczne, nerwowe wypowiedzi, a moderatorzy rzucają aktualne zajęcia i wskakują przed komputery, żeby nieco uspokajać atmosferę. Wszystko to przez jedno zdanie, które powoduje zamieszanie bardziej, niż sam wpis.

I nie rozumiem, z czego wynika chęć wzburzenia zamieszania. Przede wszystkim chciałbym uświadomić wielu osobom jedno – news jest zazwyczaj formą przekazania informacji. Gdy coś się dzieje w branży kultury popularnej, my po prostu „przekazujemy” informacje. Wiadomość o tym, że wyszedł świetny patch do Cyberpunk 2077 nie jest „próbą wybielenia CD Projekt RED ze strony redaktora”. I dokładnie tak samo – informacja o zawieszeniu zapisu po przekroczeniu 8 MB nie jest „nakręcaniem nagonki”.

Wojny technologiczne

O co te wojny?

Obserwując te wieczne batalie między fanami (choć może lepszym określeniem będzie „fanatykami”) konsol Sony i Microsoftu, zawsze zastanawiam się, po co właściwie do tego dochodzi. Zupełnie nie rozumiem, z czego wynika chęć udowodnienia drugiej stronie, że to właśnie „ja mam rację”. To dążenie do usprawiedliwienia swojego wyboru albo próba pokazania, że któryś sprzęt jest lepszy? Nawet gdyby tak było, po co doprowadzać do tak dużej eskalacji?

Wydaje mi się, jak wspomniałem, że wynika to z nieodpartej chęci pokazania pewnej racji. Jako ludzie mamy pociąg do bycia jak najwyżej i to jest dobre. Sprawia, że pniemy się po kolejnych szczeblach w społecznej drabinie. Gorzej, gdy staramy się robić to nawet w kwestiach, które powinny nas relaksować. Świetnie jest być wyżej, ale nie róbmy tego kosztem innych, gdy mówimy o grach wideo, filmach czy książkach. Niech wspólna pasja nas jednoczy

A gdyby tak od tego odejść...

Dlaczego nie można zwyczajnie żyć w zgodzie? Czemu doszukiwać się „wojenek” w każdej informacji o tym, że pewna gra chodzi lepiej na konsoli jednego producenta, niż na drugiej? Jaki ma to sens, skoro chwilę później inny tytuł ma odwrotnie? Od dzieciaka ze wszystkich stron wpajano mi podejście, które przewija się chyba we wszystkich możliwych wydaniach. W tym przypadku byłoby to – gry mają łączyć, a nie dzielić.

Wojny kontrolerów

Te zdają się nas jednak mocno poróżniać, choć wszyscy jesteśmy zakochani w tym samym hobby. Większość z nas to ta sama subkultura. Jedni są w niej od 30 lat, inni dołączyli chwilę temu, ale to wciąż ogromna bańka. Serio nie zdążyliśmy nauczyć się na błędach starszych pokoleń? Od kilku generacji przerabiamy ten sam schemat, który wprowadza wyłącznie jad i dalej wszystko podkręcamy przy każdej kolejnej premierze.

Sztuczne wywoływanie wojen mnie nudzi. Nie ma z tego żadnego pożytku (bo wierzcie mi, że licznik komentarzy nie jest wyznacznikiem), a toksyczność społeczna cały czas rośnie. Mam ogromną nadzieję, że w końcu odpuścimy. Grajmy po prostu na tym, co lubimy i pozwólmy na to innym. Jeśli ktoś woli konsolę Microsoftu – super. A gdy ktoś inny preferuje PlayStation? Też ekstra! Nie nakręcajmy się wzajemnie, bo to po prostu głupie.

Tagi: Nintendo playstation Sony Wojny konsolowe Xbox