Nowa premiera to jednak techniczny potwór. Gracze mają dość
Jeszcze przedwczoraj branżowe media piały z zachwytu nad nową odsłoną Castlevania: Belmont's Curse, stawiając ją w jednym rzędzie z największymi klasykami serii.
Rzeczywistość zweryfikowała jednak te zachwyty w najgorszy możliwy sposób, gdy gra wreszcie trafiła w ręce zwykłych graczy. Premierze na pecetach towarzyszy ogromny zgrzyt - oceny na Steamie błyskawicznie spadły do poziomu „mieszanych” (66% pozytywnych opinii na bazie niespełna 2 tysięcy recenzji), a sekcję recenzji zalała fala wściekłości spowodowana fatalnym stanem technicznym portu.
Głównym problemem nie jest sam pomysł na rozgrywkę, tylko to, że u wielu osób produkcja po prostu odmawia posłuszeństwa. Gracze masowo zgłaszają czarne ekrany już przy próbie uruchomienia, losowe crashe prosto do pulpitu, nagłe zacięcia animacji i wiszący na środku ekranu kursor myszy.
Część użytkowników musi ręcznie blokować klatkaż na poziomie 60 klatek w sterownikach, żeby w ogóle wejść do menu, a inni walczą ze świrującym sterowaniem, przez które mapy i opcje bez przerwy same przewijają się w górę. Koszmarnie wypada też wersja na Steam Decka, gdzie gra potrafi klatkować tak mocno, że dynamiczna zręcznościówka staje się po prostu niegrywalna.
Mimo że zadowolonych głosów jest wciąż minimalnie więcej, spora część osób zdecydowała się na wystawienie „kciuka w dół” i szybki zwrot pieniędzy. Ludzie nie kryją rozczarowania, bo po tylu latach przerwy liczyli na dopracowane święto serii, a zamiast tego dostali technicznego bubla, który wymaga grzebania w plikach i ciągłej zmiany rozdzielczości przy każdym włączeniu. Nawet ci, którzy doceniają klimat, przyznają wprost, że uruchomienie gry przypomina teraz loterię sprzętową.
Poza technicznymi wpadkami pojawiają się też głosy zawodu dotyczące samego klimatu. Niektórym weteranom nie podoba się zbytnie pójście w stronę nowoczesnego Dead Cells i dość nijaka muzyka, która ich zdaniem nie dorasta do pięt kultowym kompozycjom sprzed lat.