Nowy Resident Evil stawia na praktyczne efekty. Aktor przypłacił to prawie śmiercią
Nowe „Resident Evil” ma być horrorem, w którym praktyczne efekty odgrywają znacznie większą rolę niż komputerowe sztuczki.
Zach Cregger potraktował tę zasadę wyjątkowo poważnie - do tego stopnia, że podczas realizacji jednej z najbardziej widowiskowych scen Austin Abrams znalazł się o krok od prawdziwej tragedii. Reżyser przyznał, że niewiele brakowało, a aktor zginąłby na planie.
Zach Cregger opowiedział o zdarzeniu podczas specjalnego pokazu dla dziennikarzy. Chodzi o scenę widoczną już w zwiastunie, w której grany przez Abramsa Bryan biegnie zaśnieżoną ulicą, podczas gdy z dachów spadają wokół niego zainfekowani. Twórca „Barbarzyńców” i „Zniknięć” nie chciał realizować całej sekwencji za pomocą CGI, ponieważ zależało mu na autentyczności.
Ekipa przygotowała więc specjalne worki wielkości ludzkiego ciała, wypełnione sztuczną krwią. Zrzucano je z dźwigów w precyzyjnie wyznaczonych momentach, aby po uderzeniu o ziemię „eksplodowały” tuż obok biegnącego aktora. Wszystko wymagało dokładnej choreografii i wielu prób.
Podczas jednego z ujęć ważący około 68 kg worek spadł niebezpiecznie blisko Austina Abramsa. Zach Cregger nie owijał w bawełnę - gdyby aktor zrobił krok w drugą stronę, uderzenie mogłoby go zabić. Co ciekawe, właśnie to ujęcie ostatecznie znalazło się w gotowym już filmie.
Nie był to jedyny groźny incydent. Reżyser zdradził również, że podczas realizacji innej sceny Abrams rozciął głowę w szybie windy. Produkcja nowego „Resident Evil” okazuje się więc wyjątkowo wymagająca także poza ekranem.
Cregger mimo wszystko podkreśla, że jest niezwykle dumny z efektu i uważa film za ważny w osobistym rozwoju w roli reżysera. „Resident Evil” trafi do kin 18 września 2026 roku, a po dotychczasowych materiałach widać, że twórcy chcą mocno postawić na autentyczne, wręcz namacalne efekty, brutalność i atmosferę znaną fanom serii gier.