Perfumy "z gry" za 155 euro za 50 ml. Twórcy Kingdom Come Deliverance odlecieli
Jeśli kiedykolwiek marzyliście o tym, by pachnieć jak średniowieczny kowal, który połowę życia spędził w błocie, czeskie studio Warhorse ma dla Was propozycję.
We współpracy z domem zapachowym Kintsugi Perfumes wypuszczono oficjalne perfumy sygnowane marką Kingdom Come: Deliverance. Cena? Jedyne 156 euro, czyli około 180 dolarów (ponad 700 zł) za flakonik 50 ml. Trzeba przyznać, że jak na produkt inspirowany grą o „ubłoconym wieśniaku”, ktoś tu całkiem konkretnie odpłynął z wyceną, celując raczej w portfele bogatej szlachty niż skromnych rzemieślników z Ratajów.
Kompozycja zapachowa, stworzona przez perfumiarza Martina Svacha, ma być „fragmentem świata, który już znacie”. Twórcy podeszli do tematu niezwykle ambitnie, budując całą „piramidę zapachową” na bazie przedmiotów, które Henryk zbiera podczas swoich przygód.
W nutach głowy znajdziemy jabłko, lawendę i miętę, serce zapachu bije rumiankiem, różą, miodem i szałwią, a bazę stanowią cięższe aromaty: skóra, kadzidło (olibanum), papirus oraz brzoza. Brakuje tylko nuty końskiego potu i świeżo kutej stali, by oddać pełen realizm czeskiego RPG-a.
Marketingowa otoczka produktu jest równie napuszona, co jego cena. Producent twierdzi, że choć zbroje zamieniły się w garnitury, a konie w maszyny, to „charyzma rządzi się tymi samymi prawami”. Perfumy są reklamowane jako produkt typu unisex, łączący francuską tradycję z mądrością Wschodu, co brzmi co najmniej egzotycznie w kontekście czeskiego średniowiecza.
Na ten moment produkt jest dostępny wyłącznie z wysyłką do Europy, co może być pewną pociechą dla fanów z innych kontynentów, których ominie pokusa wydania fortuny na ten „pachnący fragment historii”.
Interesuje Cię ten tytuł? Sprawdź nasz poradnik do Kingdom Come: Deliverance II.