Pamiętacie Ośmiornicę z Piratów z Karaibów? Dzisiaj takie CGI "nie robi wrażenia" - to wina gier wideo?
Gore Verbinski, reżyser odpowiedzialny za sukcesy takich hitów jak „Piraci z Karaibów”, „The Ring” czy „Rango”, uważa, że współczesne efekty specjalne przestały robić na widzach wrażenie, a wręcz stanowią „wielki krok wstecz” dla kinematografii.
Według twórcy winę za ten stan rzeczy ponosi zacieranie się granic między estetyką gier wideo a filmem, co sprawia, że współczesne produkcje tracą dawną magię i realizm znany z klasyków lat 90., takich jak „Park Jurajski” czy „Terminator 2”. Zjawisko to określa mianem wyciekania estetyki gier do kina, co skutkuje poczuciem sztuczności i znużeniem u dzisiejszej widowni, która nie jest już tak olśniewana efektami jak dawniej.
Głównym winowajcą tej zmiany jest według Verbinskiego silnik Unreal Engine, pierwotnie stworzony na potrzeby gier, który coraz częściej zastępuje w Hollywood tradycyjne narzędzia takie jak Maya. Choć technologia ta zyskała popularność dzięki produkcji serialu The Mandalorian czy filmom Marvela, reżyser twierdzi, że nie radzi sobie ona najlepiej z pełnym fotorealizmem. Ten lepiej sprawuje się w grach wideo, przez co jego używanie w filmach bardziej przypomina momenty z gier największych wydawców, a nie stare, dobre filmowe CGI.
Problemem ma być sposób, w jaki silnik przetwarza światło, odbicia na skórze czy tzw. rozpraszanie podpowierzchniowe, co prowadzi do efektu „doliny niesamowitości” i sprawia, że animowane stworzenia wyglądają nienaturalnie, a procesy animacji są nastawione na szybkość kosztem jakości ręcznej pracy.
W swojej najnowszej produkcji, komedii science-fiction „Good Luck, Have Fun, Don’t Die”, która trafi do kin w lutym 2026 roku, Verbinski postawił na surowe zasady dotyczące warstwy wizualnej. Reżyser wprowadził regułę, według której przynajmniej 50% każdego kadru musi być oparte na prawdziwej fotografii, a nie wyłącznie na cyfrowej kreacji. Twórca wierzy, że fizyczne rekwizyty, fragmenty scenografii i prawdziwe kostiumy są niezbędne, by zakotwiczyć efekty komputerowe w rzeczywistości i nadać filmom namacalny, wiarygodny charakter, którego jego zdaniem brakuje wielu współczesnym blockbusterom.