Konrad Adamczewski Konrad Adamczewski 29.07.2013 18:39
Killzone: Najemnik - PLAYTEST!
1169V

Killzone: Najemnik - PLAYTEST!

Dla posiadaczy PS Vita Killzone: Najemnik będzie jak oaza na bijącej żarem pustyni. Po miesiącach chudych jak nasza szkapa, po okresie posuchy i szarpania w to, co już wyszło czasem dla przyzwoitości, co by sprzęt się nie kurzył, dostaną oni bowiem grę, na którą łapczywie spoglądać będzie sąsiad podczas partyjki w miejskiej komunikacji. Mieliśmy okazję przekonać się o tym ogrywając grywalny kod nadchodzącej produkcji Guerrilla Games.

Dla mnie była to druga styczność (o pierwszych wrażeniach mogliście poczytać w PE#186) z tym FPS-em na Vitę. FPS-em, który jak wskazują na to wszelkie namacalne znaki, wykona kawał dobrej roboty w kwestii przeniesienia doznań znanych z gier na duże konsole w realia szarpania przenośnego. To co bardzo podobało mi się w Uncharted: Złota Otchłań to fakt nienachalnego zaadaptowania do rozgrywki - doskonale znanej z PS3 - patencików rodem ze smartfonowych popierdółek, którym poświęcasz 5 minut podczas posiedzenia dobrze wiesz gdzie. Wspinanie się po linie czy zoomowanie widoku snajperki przy użyciu tylnego panela konsolki - dodatnie takich banałów do czystej krwi strzelanki TPP dało mi poczucie, że oto mam w ręku zacny kawałek sprzętu z zacnymi tytułami. Z Najemnikiem jest podobnie.




Sterowanie dotykowe zaczyna się na wygodnym śmiganiu po menusach, a kończy na bojowych zdolnościach przydatnych w ferworze walki. Gdy dopadniesz Helghasta, nóż w czerep wbijesz mu przesuwając paluchem po ekranie, zupełnie jakbyś siekał owoce w Fruit Ninja, a gdy na wyposażeniu masz podręczne działko, zaliczające się do grupy zdalnie sterowanego uzbrojenia, odpalasz rakiety klikając na wrogów niczym na ikony w dowolnym smartfonie. Owych zabawek - nazwanych Vanguard - będzie łącznie osiem, a wśród znajdą się choćby dwa latające drony. Jeden do robienia bum bum i prowadzenia ognia z góry, a drugi - wyposażony dwa ostrza przebijające na wylot czachę niczego nieświadomym leszczom - cichego zabijania. Litanię dotykowych bajerów zamykają mini-gry np. w hakowanie czy rozbrajanie bomb czy identyczna jak w Uncharted snajperka. Trzeba przyznać, że Vanguardy wydają się - przynajmniej na starcie - znacznie ułatwiać grę. Zresztą - cały jej feeling plasuje się bliżej bezstresowego przenośnego szarpania niż tytułu, który zmusi cię do gryzienia ze złości konsolki. To jednak żadna wada, bo liczy się przecież fun.

 
Tym bardziej, że gra nadal solidnie tkwi w swoim rodowodzie. Wygląda pięknie, bo śmiga na zmodyfikowanym silniku Killzone'a 3, ale nawet gdybym napisał tu poemat na temat grafiki, to i tak nie odda to aktualnych wrażeń. Palce można jednak oblizywać, a i ślinka ci skapnie na widok ostrych tekstur (choć nie wszędzie) czy „żyjącego” otoczenia. Widoczność po horyzont, na nim gargantuiczne statki najeźdźców, futurystyczne budowle i trwająca w powietrzu wojna. Do tego charakterystyczna „brudna” stylistyka i kolorystyka, doskonale znany „ciężki” model wojaka czy też możliwość strzelania zza węgła - oto Killzone jakiego znamy i kochamy. Podstawową zmianą w stosunku do poprzedniczek jest fakt, że wcielamy się w tytułowego najemnika - Aarona Dannera. Będzie okazja stanąć więc po obu stronach konfliktu, wszak chłop pracuje jak mawiał klasyk Leo Beenhakker - „for money”, i nie obchodzi go komu świadczy usługi. Fabuła przeprowadzi nas przez szereg wydarzeń znanej z trylogii historii, które zobaczymy z innej perspektywy.



Wracają do kasy, to niemal wszystko co robimy w grze sprawia, iż wpływa ona na nasze konto. Stówka za zebranie amunicji po poległych, kilka razy więcej od łebka za precyzyjne headshoty oraz naprawdę gruby zastrzyk za akcje pokroju zabicia jednym granatem kilku gości. Po planszach często i gęstą rozmieszczone są skrzynie nielegalnych dilerów. Dokupimy tam pistolety, karabiny, broń zdalnie sterowaną czy uzupełnimy amunicję. W przeciągu jednego zadania - o ile oczywiście dysponujemy pieniądzem - możemy więc kilkukrotnie zmienić obłożenie naszego wojaka choć trzeba wybierać starannie, bo każda zmiana broni, nawet na tę wcześniej już zakupioną, kosztuje. Grosze, ale zawsze. Gra zachęca więc do zabawy różniastymi pukawkami (a korzystać można i z uzbrojenia ISA i Helghastów), a wszystko, co kupimy w singlowej kampanii będziemy miedz też pod ręką w trybie multi. Ten pozwoli szarpać ośmiu graczom w trzech trybach (deathmatch solo i drużynowy oraz Warzone polegający na zespołowym wykonywani misji) i uwzględnia podział na klasy.


 
Killzone: Najemnik to póki co numer jeden na mojej osobistej liście premier na PS Vitę. Liście, którą policzyć można niestety na palcach jednej ręki, bo są na niej jeszcze Tearaway i Batman: Arkham Origins Blackgate. Kieszonkowa odsłona znanej marki na szczęście nie idzie drogą innych znanych i lubianych, bo w wersji na Vitę zawiodły nas zarówno Reisistance jak i Call of Duty. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że przypadku Killzone'a - jak mawiał pewien pseudozawodnik MMA - „nie ma lipy”. I tego się póki co trzymajmy, a utyski na brak hitów na handhelda Sony niech zejdą na dalszy plan.
 
Pozostaje więc czekać na premierę, która zbliża się nieubłaganie.  

Tagi: guerilla games killzone najemnik ps vita

Nie przegap