Blog użytkownika snk

snk snk 14.03.2020, 08:53
7 lat później
655V

7 lat później

Wieloletni (no dobra, bardziej miesięczny) lurker blogów na PPE ze swoim premierowym wpisem w internetach. Co prawda napisałem to wszystko jakiś rok temu i trochę się od tego czasu zmieniło (chociażby skończyłem trzeciego Wieśka), ale postanowiłem już nic nie redagować, byleby to puścić w świat i rozruszać swoją aktywność. Zapraszam!

7 lat. Mniej więcej tyle czasu minęło od momentu, w którym kupiłem ostatni sprzęt, który służył mi do grania. Znaczy, nie było to nic specjalnego – ot, laptopik ze średniej półki. Do tego miał mi przede wszystkim pomagać na studiach – w kontakcie z ludźmi z roku, w nauce. No, ale skoro od 9. roku życia większość wolnego czasu spędzałem na graniu, to wiadomym było, że jakieś tytuły z zakresu elektronicznej rozrywki też się na jego dysku pojawią.

Jednak specyfika produkcji, przy których spędzałem wieczory, musiała się zmienić – mój pierwszy pokój w czasie studiów dzieliłem z innym chłopakiem, więc ciężko było grywać w późniejszych godzinach. Do tego nie miałem nawet własnego biurka, co z perspektywy czasu było kiepskim wyborem. Naprawdę nie wiem, jak niektórzy są w stanie uczyć się na łóżku, mając dookoła porozkładane książki i notatki (a wiem, że są tacy)… No, ale nie o tym. Przez wyżej wspomniany brak biurka nie bardzo miałem gdzie położyć laptop, wspomagałem się parapetem czy małym stoliczkiem, który mieliśmy w pokoju, ale żadna z tych opcji nie była wygodna do grania. Dlatego też profil gier w mojej bibliotece wyglądał nieco inaczej. Już wcześniej zdarzyło mi się grać w tytuły oparte na mechanice tur, ale przez tamten rok grałem tylko w takie. Spokojna rozgrywka w X-COM-ie, Football Managerze czy Hearthstonie idealnie się sprawdzała w warunkach, które miałem. W tych dwóch ostatnich stałem się naprawdę dobry. W FM-ie udało się poprowadzić drużynę z 6. ligi angielskiej do wygranej w Lidze Mistrzów (do teraz pamiętam wielu z zawodników, których miałem w klubie), a w HS-ie zdarzały się sezony, gdy kręciłem się wokół TOP 200 legendy, choć nigdy nie udało mi się utrzymać tak wysokiego miejsca.

Left 4 Dead 2

To były moje osobiste szczyty w tych grach, wiedziałem, że więcej nie osiągnę. Zresztą nie chciałem, bo musiałbym poświęcać na nie zdecydowanie więcej czasu niż do tamtej pory, a tego chciałem uniknąć. Idealnie zgrało się to z moją przeprowadzką do nowego mieszkania. Warunki były trochę lepsze, w końcu miałem swój kąt, a do tego zamieszkałem ze znajomymi. Znajomymi, którzy mimo że nie byli tak zapalonymi graczami jak ja, to z chęcią przesiadywali ze mną po nocach, grając w Left 4 Dead 2. Najpierw przeszliśmy kampanię na normalu. Potem znowu. I jeszcze raz. Następnie ogrywaliśmy tylko nasze ulubione misje. Albo te, które nam najgorzej szły, aby się poprawić przy pełnych przejściach kampanii. Kilka wieczorów później przyszedł czas na poziom trudności hard, który zbyt wiele się od normala nie różnił. Ot – zombiaki zadają trochę większe obrażenia. Odpaliliśmy całą historię pierwszy raz, drugi, piąty. I znowu ogrywaliśmy pojedyncze misje. Na długo nam to nie starczyło i przeszliśmy do poziomu trudności nazwanego impossible. I faktycznie, to już było spore wyzwanie, nawet dla takich weteranów tej produkcji jak my. Wystarczyła chwila nieuwagi, aby horda otoczyła i pozbyła się jednego z nas. Współpraca była już konieczna, musieliśmy nauczyć się osłaniać siebie nawzajem, komunikować się ze sobą, co trochę zajęło, ze względu na naszą różnicę charakterów. Ale przezwyciężyliśmy te problemy i przeszliśmy kampanię również na tym poziomie trudności. I potem, zgadliście, ogrywaliśmy pojedyncze misje. I odkryliśmy tryb survival. I tak nam mijały wieczory przez jakieś dwa lata, do naszej wyprowadzki.

Oczywiście w międzyczasie ogrywałem też inne tytuły. To był czas, gdy odkryłem bandle i zaczęło się moje zbieractwo na Steamie. Do teraz pamiętam w jakim szoku byłem, gdy okazało się, że mogę mieć większość gwiezdnowojennych gier jakie wyszły za jakieś 60 zł! Oczywiście potem zacząłem ogrywać te wszystkie tytuły, zaczynając od ponownego zatopienia się w świecie Starej Republiki, przez poznawanie historię Kyle’a Katarna, na kosmicznych symulatorach skończywszy. Znaczy, z tej ostatniej kategorii grałem tylko w X-Wing Alliance, ale spędziłem w kokpicie różnych myśliwców i bombowców jakieś 30 godzin, mimo faktu, że nie posiadałem joysticka, żeby wygodnie grać. Dlatego też używałem pada od Xboksa 360, w którym nie byłem w stanie dobrze ustawić martwej strefy na analogach, przez co ciężko było wykonywać małe korekty lotu i w konsekwencji – przegrywałem większość pojedynków ‘face to face’. Nie przeszkadzało mi to jednak w dobrej zabawie i fascynacji tym tytułem. Obiecałem sobie nawet, że kiedyś kupię joystick, zarezerwuje sobie trochę czasu i pogram w całą serię jak należy. Oczywiście, jeszcze tego nie zrobiłem, ale wierzę że kiedyś w końcu się to uda.

Dark Souls

Moim ostatnim odkryciem tamtego okresu były Dark Soulsy. Znaczy, odkryłem je wcześniej, ale przy dwóch poprzednich próbach odpuściłem jakoś na etapie Sen’s Fortress. Zdradzieckie korytarze tej twierdzy i Mimici ostro dawały mi w kość, zwłaszcza że nie przywykłem do tak wymagających zręcznościowo gier. No, ale do trzech razy sztuka, prawda? Ano prawda, zawziąłem się i przy sporej pomocy wiki, zwłaszcza w kwestii wyboru i ulepszania broni, udało mi się ukończyć dzieło od From Software. I było to dla mnie, jak dla dużej liczby graczy i w zasadzie całej branży gier, małe objawienie. Trudna, a jednocześnie satysfakcjonująca rozgrywka. Wspaniały świat, wykorzystujący sporo znajomych motywów, ale przetwarzający je na swój własny, oryginalny sposób. Bossowie, robiący wrażenie rozmiarem i różnorodnością. No, cud-miód. Przejście dzieła Miyazakiego pchnęło mnie też do przetestowania Super Meat Boya. Po prostu nie dość mi było samobiczowania ;). Pięknie rysowana grafika, uczciwy poziom trudności i wielka miłość do gier wideo, która biła z tej produkcji sprawiła, że męczyłem ją dopóki w Light World przy każdym poziomie nie widniał znaczek A+. I w zasadzie nigdy nie byłem bliżej calakowania jakiegokolwiek tytułu niż wtedy. Tak samo nigdy nie wcześniej nie grałem w indyki, ani platformówki. Znaczy, no, z tym drugim to nie do końca prawda, ale to było w czasach, gdy grałem się w to, co miałem pod ręką – Mario, później Kapitan Pazur, czy Spyro u sąsiada. Ale za to prawdą jest, że zawsze uważałem je za takie kino klasy B wśród gier – jeśli ktoś nie ma akurat tytułu do ogrania, to może kilka chwil spędzić przy takim platformerze, ale żeby od razu go kończyć? No w głowie mi się to nie mieściło. A SMB sprawił, że głowa mi się trochę powiększyła i w moim życiu pojawił się Hollow Knight, Guacameele, czy Axiom Verge.

Jednak nadal nie była dość duża, żeby zrozumieć, że gry mogą mieć głęboką fabułę. Jasne, moja pierwszą grą na pierwszym pececie był Warcraft III i tam fabuła jest świetna – choć to głównie za sprawą wspaniale napisanych, charakterystycznych postaci i ciekawych zwrotów akcji, nie dlatego, że porusza jakieś ważne kwestie. Zresztą, po latach widzę, że wszystko, co się w produkcji Blizzarda pojawiało, to dobrze zrobione, choć ogólnie znane w popkulturze, klisze. I właśnie długo myślałem, że historie w grach mogą być tylko i wyłącznie rzemieślniczą robotą, od której jakości zależało to, jak bardzo się wciągałem w świat przedstawiony i losy bohaterów. I tak jak w przypadku platformówek – nie mogłem się bardziej mylić. Ale od początku. To był okres, w którym miałem dużo wolnego czasu, więc postanowiłem ograć jakiś dłuższy tytuł. TES-ów miałem dość po moich trzech podejściach do Skyrima, przy których spędziłem co prawda łącznie jakieś 150 godzin, ale czułem po nich jakąś taką… pustkę. Wiecie, zazwyczaj po skończeniu gry (albo chociaż po przegraniu w niej dostatecznej liczby godzin, żeby stwierdzić, że nie chcę już przy niej spędzać wolnego czasu, czy to ze względu na jej marną jakość, czy też z powodu mojego znudzenia) odczuwam cokolwiek. Radość, bo fajnie spędziłem czas i mam nowe, ciekawe doświadczenie. Satysfakcję po pokonaniu wyjątkowo upierdliwego finałowego bossa. Złość i rozczarowanie, że twórcy zmarnowali potencjał drzemiący w danym tytule, czy też wspomniane wcześniej znudzenie. A w momencie w którym postanowiłem dać sobie spokój z piątą częścią flagowej serii od Bethesdy to nie miałem w sobie żadnej z wyżej wymienionych emocji. Żadnej nowej też nie. Póki grałem to było przyjemnie, ale jak skończyłem to nie bardzo chciałem do tego tytułu wracać, nawet myślami. Bo i przez skalowanie poziomu trudności nie było w nim żadnego wyzwania, fabuła nie powalała (nawet wątki poboczne, które często ratują otwarte światy, były przeciętne, bo przez rozmiar świata strasznie się zlewały w jednego wielkiego fetch-questa), a i miejscówki, które odwiedzaliśmy podczas naszych wędrówek w większości nie zapadały w pamięć. Wtedy też stwierdziłem, że będę unikał takich wydmuszek. Chociaż… to znowu nie do końca prawda, bo dałem jeszcze jedną szansę grom stworzonym przez team Todda Howarda – wtedy, gdy postanowiłem nadrobić Fallouty. No i z rozpędu pograłem też w te nowożytne, z których ‘trójka’ była równie mdła co Skyrim, natomiast New Vegas było naprawdę dobre, co tylko pokazuje jak bardzo Beth nie umie w otwarte światy, skoro ludzie mający po raz pierwszy styczność z tego typu grą wykonali lepszą robotę niż weterani.

Planescape: Torment

Ale znowu rzucam dygresjami. O czym to ja… A tak! Rozwinięta, głęboka fabuła. Tytułem, który pokazał mi, że twórcy gier nie muszą wykorzystywać bez przerwy dobrze znanych schematów do opowiedzenia historii, czy też zbudowania postaci, był Planescape: Torment. Zawsze chciałem się przekonać do RPG-ów, tych bardziej klasycznych. Grałem co prawda we wspomnianego wcześniej Fallouta, ale jakoś nie trafił w moje gusta, jednak wolę postapo bardziej stalkerowe, ewentualnie w neonach, takie jak zaserwował nam nowy Rage. W każdym razie – to było moje trzecie podejście do magnum opus Black Isle. Poprzednie dwa skończyły się przedwcześnie, bo jeszcze w Kostnicy. Ściany tekstu stanowiły dla mnie wtedy zaporę nie do przejścia – po prostu przywykłem do innych praktyk w grach. Jednak tutaj zarezerwowałem sobie kilka godzin na przejście tego początkowego fragmentu i wsiąknięcie w ten świ… wieloświat znaczy. I się udało! Odszedłem od komputera dopiero po wyjściu na ulice Sigil i czułem, że już nie odpuszczę i muszę poznać zakończenie historii. Kolejne postacie, które spotykałem, to, w jaki sposób ich losy splatały się z tym Bezimiennego, kolejne lokacje i zwroty akcji, kolejne fragmenty przeszłości głównego bohatera, które poznawałem. Wszystko to sprawiało, że coraz bardziej wsiąkałem w uniwersum stworzone w podręcznikach do D&D. Do tego to pytanie, które zadaje Ravela Szaradna (swoją drogą – tłumaczenie również jest świetne!), a które mam do tej pory w głowie: „Co może zmienić naturę człowieka?”. Nadal czasami zastanawiam się nad nim, nad odpowiedzią, którą jej dałem, nad tym, jaką ripostę od niej dostałem. Naprawdę, niewiele tekstów kultury było w stanie do tego stopnia zawładnąć moimi myślami. Z gier udało się to tylko jeszcze SOMIE, Talos Principle i BioShockowi, których motywem przewodnim również było człowieczeństwo i jego granice. Co prawda twórcy każdego z tych tytułów podchodzili do sprawy z trochę innej perspektywy, ale wszyscy zrobili to w sposób dojrzały i zmuszający do przemyśleń. Jak tak teraz o tym myślę – to właśnie te dzieła elektronicznej rozrywki z wątkami transhumanistycznymi sprawiły, że od pewnego czasu przychylniej spoglądam w stronę cyberpunku jako gatunku. Co prawda na razie tylko w kinematografii, ale czuję, że niedługo nadejdzie czas na sprawdzenie tych realiów w gierkowie. Cała seria Deus Ex już czeka na mojej półce, a za kilka miesięcy pojawi się nowa gra RED-ów. Choć z tym ostatnim nie wiem, czy będzie mi po drodze – nie ograłem jeszcze trzeciego Wiedźmina, do tego jeszcze nie przyzwyczaiłem się do sterowania padem w grach FPP, więc na PS4 czekałaby mnie trudna przeprawa i chyba wolę pozbierać na nowy komputer i sprawdzić grę polskiego studia na klawiaturze i myszce…

Ano właśnie, PS4. Gdy zaczynałem pisać ten tekst, miał być on krótką notką na temat tego, jak to nie mogłem grać w najnowsze tytuły z powodu ziemniaczanego sprzętu i jak się cieszę, że w końcu sprawiłem sobie najnowszą konsolę Sony. No, prawie najnowszą, bo nie jest to wersja Pro, tylko Slim, ale za to ze ślicznym motywem gwiezdnowojennym! W każdym razie,  zamiast małego wpisu powstała cała retrospektywa o moich ostatnich 7 latach growego życia. I wiecie co? Cieszę się, że coś takiego wyszło, dzięki temu widzę jak bardzo się rozwijałem w tym aspekcie, jak eksplorowałem różne gatunki, jak cały czas chciałem pogłębiać swoją wiedzę na ten temat. I mogę Was zapewnić, że nie zamierzam przestać.

Tagi:

Oceń notkę
+ +20 -

Oceń profil
+ +12 -
snk
Ranking: 4803 Poziom: 24
PD: 2278
REPUTACJA: 867