Dying Light. Aleja Koszmarów — recenzja książki

BLOG
924V
Dying Light. Aleja Koszmarów — recenzja książki
KOSTRA-777 | 05.02, 11:23

Większość znanych mi graczy posiada tak zwaną „kupkę wstydu". Dla niewtajemniczonych: najczęściej jest to lista albo dosłownie, stos gier (oczywiście termin ten może dotyczyć również książek i filmów) uważanych przez daną osobę, za warte sprawdzenia w bliższej, lub dalszej przyszłości.

Dying Light jest grą, która na mojej „kupce wstydu” przeleżała kilkadziesiąt długich miesięcy. Początkowo, przed zapoznaniem się z tytułem stworzonym przez polskie studio Techland, powstrzymywały mnie ograniczenia sprzętowe. Potem, na drodze stanęły mi inne gry, w które — dzięki staniu się posiadaczem PS4-nareszcie mogłem zagrać. Jednak w ubiegłym roku, po latach czekania na swoją kolej, „Umierające Światło” nareszcie wylądowało w napędzie mojej konsoli i... Byłem lekko rozczarowany. Chociaż nie, myślę, że „zawiedziony” jest bardziej odpowiednim słowem. Pierwsze dziesięć godzin grania strasznie mnie wymęczyło. Fabuła była nudna, los sojuszniczych postaci był mi całkowicie obojętny, a walka oraz sterowanie postacią wydawały się toporne (aczkolwiek tutaj winą obarczam niewielką ilość umiejętności posiadanych przez głównego bohatera i niezbyt udane sterowanie za pomocą kontrolera). Chociaż późniejsze były o wiele lepsze, to nie mógłbym z czystym sumieniem powiedzieć, że Dying Light wspominam tylko pozytywnie. 

Stop! Chwila, dokąd ja w ogóle z tym zmierzam? Przecież to nie miał być tekst o grze. Cóż, wybaczcie ten przydługi wstęp, ale uważam go za coś ważnego w kontekście całej recenzji. Pomimo mojej niezbyt pochlebnej opinii na temat gry, a także szczególnego narzekania na jej fabułę, zdecydowałem się dać szansę innemu tworowi osadzonemu w tym samym uniwersum. Jest nim książka „Dying Light. Aleja Koszmarów” i to właśnie o niej jest poniższy tekst. Zapraszam.

Fabuła

Akcja książki toczy się przed wydarzeniami z gry. Główną bohaterką jest Melanie Wyatt. Osiemnastoletnia Amerykanka, która przyjechała do położonego we wschodnio-południowej części Europy miasta-państwa Harran, by reprezentować swój kraj na odbywających się tam właśne Igrzyskach Atletycznych. Razem z nią przyjechali jej rodzice oraz młodszy, lekko autystyczny brat. Niestety, w tym samym czasie miejscowi lekarze natrafiają na nową chorobę i błagają władze Harranu o odwołanie zawodów w obawie przed nagłym wzrostem zarażeń. Jednak ich prośby, zostają zignorowane, co — zgodnie z przewidywaniami — prowadzi do zwiększenia liczby chorych oraz całkowitej utraty kontroli podczas ostatniego dnia igrzysk. W trakcie rozgrywania ostatniej konkurencji, na stadion wdziera się wielka horda przypominających zombie (chociaż zarówno książka, jak i gra z uporem maniaka unikają nazywania ich w ten sposób, a nawet wyjaśniają, na czym polega różnica) zarażonych rozrywając przy tym każdą żywą istotę, która jest na jej drodze. Mel udało się przeżyć tę masakrę oraz ukryć w bezpiecznym miejscu, ale to nie oznacza dla niej końca problemów. Od teraz nasza bohaterka będzie próbowała przeżyć w odciętym od świata, opanowanym przez „zombie” mieście oraz odkryć, gdzie zniknęła reszta członków rodziny Wyatt. Jedną z rzeczy, które mogą ułatwić jej dożycie następnego dnia jest, leżąca na drugim końcu Alei Koszmarów, skrzynia ze sprzętem i zapasami.

Witajcie w Harranie!

Po rozczarowaniu, jakim była dla mnie fabuła gry, nie oczekiwałem zbyt wiele od książki. Ot, miałem jedynie nadzieję, iż autor da radę, chociaż częściowo oddać napięcie oraz silne poczucie strachu, które Dying Light wywoływał u mnie podczas zwiedzania opuszczonych budynków lub nocnych ucieczek przed grupami zainfekowanych. Ku mojemu zaskoczeniu, Raymond poradził sobie z tym zadaniem — chociaż zrobił to w sposób odmienny od tego, czego się spodziewałem, ale po kolei.

Dying Light. Aleja Koszmarów” został napisany przez wspomnianego wcześniej Raymonda Bensona. Za przetłumaczenie jej na nasz ojczysty język odpowiadał Piotr Pietrzak. Całość składa się z 280. stron, przez które przebrnąłem podczas trzech dłuższych posiedzeń. Zaletą książki jest fakt, iż czyta się ją lekko i szybko, chociaż moim zdaniem, jest to bardziej zasługa dobrego tłumaczenia oraz stosowania prostego języka, bo interesującej/wciągającej fabuły jest w niej jak na lekarstwo. Teraz pora na wady.

Od czego by zacząć... Cóż, powiedzieć, że los głównej bohaterki był mi obojętny, to jak by niczego nie powiedzieć. Bywały nawet momenty, w których wprost kibicowałem zarażonym, mając przy tym szczerą nadzieję, iż kiedyś ją dopadną. Niestety, taki obrót spraw nie należał do najbardziej prawdopodobnych, ponieważ Mel okazała się być wnuczką samego Chucka Norrisa — innego logicznego wyjaśnienia nie widzę. Nie ważne, co nasza bohaterka obierze sobie za cel — i tak jej się uda. Jest w stanie zrobić wszystko, bez nawet najmniejszego problemu. Prawdopodobnie nosi też ze sobą czterolistną koniczynkę albo króliczą łapkę, bo dopisuje jej niesamowite szczęście. Oh, nasza bohaterka jest głodna? Nie ma problemu. Wystarczy, że zajdzie do pobliskiej piekarni, a znajdzie tam dwa bochenki chleba (jeden lekko pokryty pleśnią) oraz dwóch chłopaków, którzy chętnie podzielą się z nią wodą. Od masakry na stadionie minęły dwa tygodnie, ale jeśli protagonistka będzie chciała to, w odciętym od świata Harranie, znajdzie więcej pieczywa niż ja w moich lokalnych piekarniach podczas piątkowych zakupów. Jasne, to jest błahy przykład, jednak ciężko znaleźć coś lepszego bez zbytniego wchodzenia w spoilery. Szczęście oraz istna nietykalność Melanie sprawiały, że tak naprawdę nigdy nie przejąłem się jej losem.

Sytuacji nie poprawia również fakt, iż historia jest opowiadana w sposób niechronologiczny, przez co wiele fragmentów nie wybrzmiewa tak mocno, jak mogło. Dobrym przykładem będzie tutaj sytuacja, gdy bohaterka natrafia na zainfekowanego, który jeszcze kilka dni temu przebywał w tym samym hotelu co ona. Nie mając wyboru, zabija go w akcie samoobrony, ale na tym nie kończy. Chociaż jego zwłoki już od kilku sekund leżą w bezruchu, ona dalej okłada je swoim kijem baseballowym. Skąd wziął się ten nagły atak agresji? To czytelnik odkrywa później, poprzez jedną z retrospekcji, a szkoda. Muszę przyznać, że gdybym wcześniej odkrył, co „łączyło” tę dwójkę, szczerze kibicowałbym Mel.

Książka zawiera również sporo opisów starć z zarażonymi, jednak są one bardzo proste i niezbyt emocjonujące (oczywiście wpływa na to wspomniana wcześniej nietykalność bohaterki). Większość z nich ogranicza się do zwykłego „Melanie machnęła kijem, ale nie trafiła. Odskoczyła od zarażonego i zamachnęła się po raz kolejny — tym razem trafiając go prosto w głowę". Pod koniec historii dostajemy walkę, wyłamującą się z tego schematu, ale najpierw trzeba do niej dotrwać... Zapewne osoby, które grały w Dying Light, chcą wiedzieć, jak przedstawiono ucieczki przed zrażonymi. Chociaż Mel przyjechała do Harranu, by konkurować w zawodach parkour, to użytek ze swoich umiejętności robi tylko raz (dwa, jeśli doliczymy zawody). Ubolewam nad tym, ponieważ nocna ucieczka po dachach samochodów i budynków była jednym z lepszych fragmentów całej Alei Koszmarów.

Kończąc powoli, chciałbym wspomnieć jeszcze o dwóch rzeczach. Pierwszą z nich jest fakt, iż autor niejednokrotnie traktuje czytelnika jak bezmózgie zombie i bynajmniej nie chodzi mi o to, że okłada go po głowie kijem golfowym. Mam na myśli ciągłe powtarzanie tych samych informacji. Świetnie ilustruje to pistolet, który Melanie zabrała ze sobą, gdy opuszczała swoją kryjówkę. W broni znajdują się dwa pociski i czytelnik jest informowany o tym, co bohaterka zamierza zrobić z posiadaną amunicją. Pewnie myślicie teraz, że temat pistoletu zniknie i nie będzie wspominany aż do momentu, w którym np. życie bohaterki będzie zagrożone. Otóż nic bardziej mylnego. Ten sam temat będzie wałkowany jeszcze wielokrotnie, a gdy będziecie się tego najmniej spodziewać, Raymond przywali wam całą retrospekcją skupioną na tym, jak Mel weszła w posiadanie owej broni, a także, dlaczego w magazynku jest akurat tyle pocisków.

Drugą rzeczą jest największy plus całej książki, o którym dotychczas specjalnie nie wspominałem — a przynajmniej nie robiłem tego wprost. Mam na myśli sam początek Alei Koszmarów. Na pierwszych trzydziestu stronach autor opowiada historię Khalima Abbasa — lekarza i ministra do spraw zdrowia w Harranie, który jako jeden z pierwszych miał kontakt z osobami zrażonymi nowym wirusem. Ta krótka historia ma prawie wszystko, czego oczekiwałem od tej książki. Podczas czytania jej czułem niepewność, napięcie, bywały nawet chwile grozy. Czy nasz bohater zdąży się w porę zorientować, z czym ma do czynienia? Kogo o tym poinformuje, jakie działania podejmą władze oraz — co chyba najważniejsze — czy przeżyje? Początkowo brakowało mi w niej walki, ale zmieniłem zdanie, gdy zobaczyłem, jak bardzo Raymond nie radzi sobie z opisywaniem takich sytuacji. Poza tym, jeden fragment, w którym Khalim próbuje obezwładnić zainfekowanego dzieciaka, wywołał u mnie większy skok adrenaliny, niż jakiekolwiek starcie z udziałem Mel. Jednocześnie całe opowiadanie lekko rozbudowuje świat znany z gry. Dzięki niemu dowiadujemy się, kto odkrył wirusa oraz jakie działania podjął, by spróbować ograniczyć jego rozprzestrzenianie. Nie ma tego zbyt wiele, ale doceniam, że liczba nowych informacji nie jest równa zeru.

Good Night, Good Luck

Dying Light. Aleja Koszmarów” jest dla mnie zwykłym średniakiem, który został podpięty pod znaną markę w nadziei, że dzięki temu sprzeda się kilka egzemplarzy więcej. Całość ma kilka dobrych fragmentów, jednak są one zaledwie kroplą wody w morzu szamba. Ilość nowych informacji, rozbudowujących świat znany z gry również nie powala. Nie polecam, ale jeśli dacie jej szansę, to mam nadzieję, iż będziecie bawić się lepiej niż ja. Chociaż za pół roku pewne i tak zapomnicie o jej istnieniu.

Komentarze (3)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper