Tomassowe Bajania

Tomasso_34 Tomasso_34 21.06.2018, 07:01
Korona Półmaratonów Polskich #7 - Podsumowanie
161V

Korona Półmaratonów Polskich #7 - Podsumowanie

"Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga" - pisał w swojej "Odzie do młodości" nasz wielki wieszcz narodowy Mickiewicz, którego darzę sympatią z jednego powodu. Uwielbiam jego historię powstańczą. Facet nie zdążył na żaden zryw niepodległościowy, gdyż zbyt dużo czasu spędzał w gościnie w dworkach przeróżnych szlachcianek umilając im czas wolny swoimi utworami i pewnie nie tylko utworami.

Posłuchałem słów Adama i kuźwa sięgnąłem tam, gdzie wzrok nie sięga! Jeszcze rok temu gdzieś w oddali widziałem kolejną próbę pokonania 21 km. Korona była tak daleko, że przez lunetę bym jej nie dojrzał nawet w najlepszych warunkach atmosferycznych. Rok 2017 zaczął się dla mnie bardzo dobrze. Zrzucałem systematycznie zbędną wagę. Cieszyłem się dobrym zdrowiem. Zacząłem w nieśmiały sposób spoglądać w stronę Korony Polskich Półmaratonów. Byłem już w stanie dostrzec jej szczyt gołym okiem, gdzieś daleko w oddali. Był on już widoczny i to bez użycia lunety. Podjąłem zatem decyzję o walce o jej zdobycie. Potyczka trwać miała 7 miesięcy. Dlaczego tak długo? Powód jest prosty. Wybrałem takie terminy biegów, abym miał dosyć czasu na regenerację organizmu po każdym starcie. Chciałem także połączyć bieganie z turystyką stąd wybór biegów w miastach, które chciałem zwiedzić. Dzisiaj nie tylko mogę już gołym okiem i bez żadnego przyrządu optycznego dostrzec swój upragniony medal potwierdzający zdobycie przeze mnie Korony Polskich Półmaratonów. Dzisiaj dzierżę go dumnie w dłoni. Czuję jego ciężar, temperaturę i zapach. Wiecie, co Wam powiem? Jest to zajebiste uczucie!

Cudownie jest postawić przed sobą trudny cel i go osiągnąć. "Zdobywać znaczy więcej niż zdobyć" - w tym jednak przypadku to powiedzenie nie sprawdza się do końca. Owszem, cudownie było zjeździć pół Polski, aby sobie pobiegać. Z każdym biegiem mam wiele miłych wspomnień, których nikt mi nie zabierze, ale momentu ujrzenia tak wartościowego medalu ze swoim nazwiskiem nic nie jest w stanie przebić. To cudowne emocje, gdy marzenia się spełniają, a to, co jeszcze rok temu wydawało się nierealne i nieosiągalne, staje się nagle faktem. Dokonałem tego. Zdobyłem koronę. Wiem, że zamawiając odpowiedni zestaw w Burger King także dostałbym koronę, ale ona nie cieszyłaby mnie tak bardzo, jak ta metalowa dostarczona przez listonosza listem poleconym za potwierdzeniem odbioru.

Pamiętacie taki hicior disco polo, którego refren brzmiał: "Rzeki przepłynąłem, góry pokonałem, wielkim lasem szedłem, nocy nie przespałem"? Walcząc o koronę na szczęście nie musiałem pływać, ani chodzić po górach i lasach. Wystarczyło biec. Nocami też spałem chyba, że sąsiadom z pokoi hotelowych akurat dało się na amory. Wtedy akurat miałem problem ze spaniem. Ale to zdarzyło się tylko raz. Facet na moje szczęście nie biegał długich dystansów. Typowy sprinter. Skoczył szybko. Czym mnie niezmiernie uszczęśliwił, a z pewnością zasmucił partnerkę. Chociaż była już pewnie przyzwyczajona do szybkich akcji, bo żadnego narzekania za ścianą nie słyszałem.

Aby stać się koronowaną głową nie tylko musiałem przebiec ponad 105 km. Znacznie więcej kilometrów musiałem odbyć różnymi środkami lokomocji, aby dostać się na zawody zlokalizowane w rozmaitych częściach Polski. Łączny przebyty dystans kalkuluję w granicach 2800 km. Na ów kilometraż składa się droga na zawody i z zawodów, czyli jak mawiał mój kolega ze szkolnej ławy Maciej – „w te i wefte”. Głównym moim środkiem lokomocji były pociągi, którymi uwielbiam jeździć. Może jestem masochistą, ale ja szczerze mówię to na głos i się nie wstydzę – lubię jeździć pociągami PKP! Podróż może nie jest komfortowa, choć to się ciągle zmienia na plus. Minusem jest to, że zmiany następują bardzo powoli. Pociąg ma tę oto przewagę nad autem, że możemy w dowolnej chwili wstać z miejsca i rozprostować kości. Mamy także stały dostęp do toalety. To cenię sobie najbardziej w podróżowaniu pociągiem, gdyż z racji spożywania dużej ilości wody i małych miar soli jestem zmuszony częściej niż przeciętny człowiek dokonywać opróżnienia woreczka na mocz, który biolodzy nazywają pęcherzem.

Zdobycie Korony Półmaratonów Polskich i powstanie tak cudownych, pełnych pozytywnych emocji tekstów, które opisują moją walkę na trasach biegowych nie byłoby możliwe bez kilku osób, którym pragnę w tym miejscu podziękować. Mocno dziękuje:

- Sylwkowi, który zaraził mnie ideą zdobycia korony. Wydawało mi się to nieosiągalne jednak po kilku rozmowach odbytych na korytarzu naszego urzędu przekonał mnie, że jestem w stanie to zrobić. Dzięki wielkie;

- Katarzynie z Torunia, która nie tylko zawiozła mnie do Gdyni i pomogła w starcie, ale także sprawdzała swoim czujnym okiem wszystkie moje teksty. Sugerowała o czym mam pisać oraz dopingowała do szybkiego ich kończenia;

- Michałowi, który przez większą część mojego boju o koronę wspierał mnie poradami żywnościowymi oraz kontrolował moją sylwetkę. Każdemu mogę szczerze polecić Michała. Jego porady żywieniowe są skuteczne, czego ja jestem najlepszym efektem;

- Błażejowi, który załatwił mi przejazd na zawody do Grodziska Wielkopolskiego. Była to bardzo miła podróż w gronie biegaczy Polonii Środa;

- Joannie - fizjoterapeutce, która swoimi masażami wyleczyła mnie z silnego bólu pleców. Pokazała mi sporo ćwiczeń, które zwiększyły moją mobilność; 

- Elżbiecie, która tak mocno łaknęła kolejnych moich relacji z biegów, iż nie sposób było jej zawieść. W pewnym momencie wątpiłem, czy jest sens opisywać kolejne biegi. Ona uświadomiła mi, że jednak warto, bo dobrze się je czyta;

- Robertowi, który towarzyszył mi na biegu w Krakowie. Wspierał dobrym słowem, zapleczem technicznym oraz towarzystwem podczas całego pobytu.

Ciekawi Was pewnie w jakiej miejscowości bieg uważam za najlepszy? Nie będę w tej kwestii oryginalny i wybiorę Grodzisk Wielkopolski. Podobnego wyboru dokonali sami biegacze uznając go najlepszym półmaratonem w 2017 roku. Bieg w Białymstoku bodajże zajął w tym samym zestawieniu drugie miejsce. Jest to w mojej opinii bardzo dobry wybór. Półmaratony w Grodzisku, jak i w Białymstoku cechują się wspaniałą atmosferą, którą czuć od momentu odbioru pakietu, aż do zakończenia biegu. A nawet jeszcze dłużej, bo o tych biegach nie da się łatwo zapomnieć. 

Bieg w Gdyni cenię sobie za sprawną organizację i piękną końcówkę trasy, która przebiega wzdłuż wybrzeża Morza Bałtyckiego. Marcowa aura nie zachęcała, aby się wykąpać jednak sam widok pięknego morza cieszył oko i dodawał sił na finiszu. Wielkim minusem Gdynii była zbyt mała liczba toalet na starcie. Znalezienie wolnej toalety graniczyło z cudem. Nawet o jakiś wolny krzaczek w ustronnym miejscu nie było łatwo.

Kraków oczarował mnie swoją perfekcyjną organizacją biura zawodów, ale zawiódł zbyt wąską momentami trasą. Na pewnych odcinkach miałem sporo sił żeby przyspieszyć, ale nie mogłem nikogo wyprzedzić, gdyż nie mogłem znaleźć choć kawałka wolnej przestrzeni. Za to na mecie było sporo wolnego miejsca i takie ilości wody, izotoników i bananów, że spokojnie starczyłoby na jeszcze dwa inne biegi. 

Do moich uszu doszło sporo pozytywnych opinii o biegu w Gnieźnie. Moim zdaniem organizacja była dobra, ale trasa przebiegająca techniczną drogą trasy ekspresowej była dla mnie zbyt nudna. Lubię jak wzdłuż trasy kibicują ludzie. W tym przypadku było to niemożliwe. Organizacja finiszu była bezbłędna. Bez czekania w długich kolejkach otrzymałem wodę i kiełbaskę, aby wzmocnić swoje siły. Jednak niesmak spowodowany nudną trasą pozostał.

Każdy bieg to inna historia. Czasem zabawna, czasem wzruszająca. Smutne pewnie też się zdarzyły, ale moja głowa nie zarejestrowała ich. Nie warto się smucić. Lepiej, jak Pingwiny z Madagaskaru, "suszyć ząbki."

Gdynia już zawsze będzie mi się kojarzyła z ciastem brownie. Katarzynie tak zasmakowało to ciasto w wydaniu restauracji hotelu Mercure, że nie poprzestała tylko na jednej porcji, którą zjedliśmy wieczorem. Przed snem zamówiła sobie drugą porcję do pokoju, a potem przyznała mi się, że w ten czas, gdy wylewałem swoje poty na trasie biegu, zamówiła sobie brownie do pokoju na śniadanie. Od tego momentu zwykłem w żartach nazywać ją "Brownie Girl." Przed samiuśkim biegiem, gdy odprowadzała mnie na miejsce startu, aby zrobić mi kilka pamiątkowych zdjęć sprowokowała zabawną sytuację w windzie. Było w niej pełno biegaczy. Przeważała płeć męska. Nagle jeden facet odzywa się i przestrzega innych, aby na niego nie wpadali. Kasi widocznie facet wpadł w oko i odezwała się na głos tekstem: "Na mnie możesz wpadać". Zabawna była jego reakcja. Totalnie go zamurowało. Nie wiedział, co powiedzieć. Milczał. Krew wypełniła jego naczyńka włosowate na twarzy, barwiąc ją całą na czerwono. Prościej można powiedzieć, że "spalił cegłę". Wszyscy w windzie widząc czerwoną jak burak twarz faceta wybuchnęli gromkim śmiechem.

Z Białymstokiem nierozerwalnie kojarzy mi się grota solna z hotelowej strefy SPA. Spędziłem w niej mnóstwo czasu wolnego na oglądaniu seriali podczas pobiegowej regeneracji. Pani z recepcji miała mnie chyba dość, bo ciągle musiała dla mnie odpalać grotę, gdyż cieszyła się ona jedynie moim zainteresowaniem. Pamiętam też jak w hotelowej biblioteczce odnalazłem komentarz do Ordynacji Podatkowej. Przyznacie, że to dość nietypowa lektura, jak na wypoczynek hotelowy. Człowiek może próbować uciec od pracy w podatkach. Może pojechać pociągiem na drugi kraniec Polski. Ale to wszystko na nic. Podatki i tak go znajdą.

Grodzisk Wielkopolski to wspomnienie strachu przed startem w olbrzymim upale. Denerwowałem się bardzo, ale wesoła ekipa Polonii Środa skutecznie mnie tych nerwów pozbawiła. Była to moja pierwsza podróż w większym gronie biegaczy. Wtedy zaczęła w mojej głowie kiełkować myśl o zapisaniu się do sekcji biegowej Polonii. Grodziska nie zapomnę nigdy przez fantastyczną atmosferę, która panowała w mieście. Nie czułem się jak intruz, który blokuje miasto osobom zmotoryzowanym. Czułem się jak bohater, mityczny heros, który jest nieustanie podziwiany i oklaskiwany na polu swej walki. Po biegu, który był w tamtym czasie biegiem ukończonym  w moim rekordowym czasie, zostałem przyjęty na mecie niczym  król na uczcie. Pyszne jedzenie i trunki skutecznie zregenerowały mój organizm po biegu. Takich biegów się nie zapomina. Może zabrzmi to dziwnie, ale jakbym mógł wybrać sposób, w jaki opuszczę ziemski padół, to wybrałbym zdecydowanie zgon na mecie Półmaratonu Słowaka w Grodzisku Wielkopolskim. Dla pocieszenia organizatorów dodam,  że nie startuję u was w tym roku, ale rozważam start za rok. Nie bójcie się jednak. Nie wybieram się jeszcze na tamten świat. Zbyt wiele kilometrów mam do przebiegnięcia.

Niestety nie zawsze człowiekowi sprzyja zdrowie. Tak było w Gnieźnie, gdzie przyszło mi startować z bólem pleców. Jeszcze dzień przed startem miałem wielkie obawy, czy podołam jakoś ukończyć "połówkę" w grodzie Piastów. Obawy te spowodowały silny ból brzucha i biegunkę. Na szczęście no-spa i stoperan pomogły mi zwalczyć przykre dolegliwości. Po prawie całej nieprzespanej nocy przyszło mi biec i walczyć o dotarcie do mety. Okazało się jednak, że po burzy zawsze przychodzi tęcza. Podczas biegu ból pleców minął. Miałem sporo sił do biegu. Najważniejsze było to, że czerpałem mnóstwo radości z tych zawodów. Przez całą trasę miałem uśmiech na ustach. Był to bardzo radosny bieg. Byłem w nim oazą spokoju, a z każdym krokiem czułem, jak wypełnia mnie euforia. Na mecie miałem niedosyt, że ten cudowny stan szczęścia się zakończył.

Swoją przygodę z Koroną Półmaratonów Polskich kończyłem w Krakowie. Zapamiętam ten pobyt głównie dzięki fatalnemu pokojowi, w którym przyszło nam z Robertem nocować. W pokoju działało tylko jedno gniazdko. Drugie było w łazience, która znajdowała się poza pokojem. Na szczęście była ona tylko do naszego użytku. I tam ładowaliśmy wyeksploatowane baterie naszych telefonów po łapaniu pokemonów. Generalnie daliśmy radę, ale nie było komfortowo biegać do łazienki oddalonej kilka metrów od naszego pokoju. Łazienka była obszerna. Wyposażona w prysznic i wannę, z której nie korzystałem w obawie przed przywiezieniem do domu pamiątki w postaci egzotycznego grzybka. Prysznic wizualnie był czysty. Wanna wizualnie brudna. Można powiedzieć, że nawet była "czorna". Podobno czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Nie wiem, czy to powiedzenie tyczy się brudnej wanny, ale tak mi się skojarzyło.

Wielkich rzeczy nie robi się z błahych powodów. Wielkie rzeczy robi się dla wielkich osób. Koronę Półmaratonów Polskich, którą udało mi się zdobyć w 2017 roku pragnę zadedykować Przemkowi - koledze, który przedwcześnie opuścił nas wszystkich, aby tańczyć brazylijską sambę, gdzieś tam w innym wymiarze. Był to człowiek pełen sprzeczności, ciągle targany emocjami. Człowiek, któremu bycie najlepszym było potrzebne, jak innym ludziom tlen. Nauczył mnie, że zawsze trzeba walczyć, aby wygrać, bo świat pamięta jedynie zwycięzców. Zwycięstwo w kiepskim stylu nie różni się niczym od porażki. Styl jest najważniejszy.

Przemek był wybitnym sportowcem, który gdyby bardziej przykładał się do treningów, to osiągnąłby wiele. Uwielbiałem grać z nim w kosza. Na boisku rozumieliśmy się bez słów. Był wspaniałym biegaczem zarówno na krótkim, jak i na długim dystansie. Żałuję, że nigdy nie było nam dane pobiegać dłużej razem. Gdy on był w szczycie swojej formy, ja byłem pulchnym nastolatkiem, który wolał pochłaniać masowo hamburgery, niż pocić się biegając. Gdybym spotkał go teraz choć na chwilę, to pokazałbym mu jakie postępy zrobiłem w bieganiu i jakie dystanse jestem w stanie pokonać. Choć to bez sensu. Wiem przecież, że on gdzieś tam jest w górze i patrzy jak "fyrtam girkami" po trasie. Pewnie ostro trenuje, bo nie chciałby ze mną przegrać w zawodach, w których się kiedyś w przyszłości zmierzymy.

Długo zbierałem się, aby skończyć ten wpis i zakończyć przygodę z Koroną Półmaratonów. Była to tak fantastyczna zabawa, że aż żal było mi ją kończyć. Pewnie stąd wynika to opóźnienie podsumowania. Cudownych chwil nie chce się kończyć. Pozostają po nich piękne wspomnienia, które już na zawsze będą ze mną. Wspomnienia, które nie przeminą.

Na koniec mam dla Was małą prośbę. Proszę, abyście zapamiętali jedno zdanie, które wymownie opisuje moją walkę o Koronę Półmaratonów. Niech będzie ono  podsumowaniem moim zmagań: "Od Gdynii, aż po Kraków królem Tomasz Jakub." Dziękuje, że byliście ze mną.

Tagi:

Oceń notkę
+ +13 -

Paganini pióra i dystansu
Oceń profil
+ +98 -
Tomasso_34
Ranking: 136 Poziom: 63
PD: 31817
REPUTACJA: 17341