Tomassowe Bajania

Tomasso_34 Tomasso_34 20.12.2018, 07:09
Tomassowa Kronika Biegowa #27
95V

Tomassowa Kronika Biegowa #27

Tymczasem, przenoś moją duszę utęsknioną
Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,
Szeroko nad błękitnym STAWEM OLSZAK rozciągnionych. - Mickiewicz Adamus.

Kto raz biegał nad stawem Olszak, ten będzie chciał wracać tam już zawsze. Trasa jest malownicza i bardzo trudna. To nie spacerek, tylko mała mordęga. Satysfakcja z pokonania trasy liczącej sporo stromych podbiegów i kilku "zbiegów" jest ogromna. W 2017 roku przebiegłem na tej trasie jedynie dwie pętle (każda liczy sobie 7 km). W tamtym czasie nie odważyłem się na pokonanie dystansu półmaratonu. Na mecie jednak obiecałem sobie, że wrócę tam za rok i pokonam pełen dystans, czyli trzy pętle. I tak też zrobiłem. Najtrudniejszy półmaraton  mojej krótkiej historii biegowej padł moim łupem.

Ryby, żaby i raki 

Raz wpadły na pomysł taki, 

Żeby opuścić staw, siąść pod drzewem 

I zacząć zarabiać śpiewem. 

No, ale cóż, kiedy ryby 

Śpiewały tylko na niby, 

Żaby 

Na aby-aby, 

A rak 

Byle jak.

W ubiegłym roku byłem na tą trudną trasę zupełnie nieprzygotowany. Dzień wcześniej wypiłem o kilka piw za dużo. Wskutek czego na godzinę przed startem miałem delikatne nudności i zawroty głowy. Niemiłe skutki pijaństwa minęły mi, dopiero gdy napiłem się kawy w restauracji "Leśny Zakątek", gdzie mieściło się biuro zawodów oraz gdy skonsumowałem olbrzymie ciastko owsiane, które znajdowało się w pakiecie startowym. W tym roku pakiet był znacznie bogatszy. Zawierał to, co tygryski lubią najbardziej, a więc piguły. Dwa opakowania suplementów diety w formie kapsułek. Czerwone należało wziąć przed biegiem, gdyż miały na celu pobudzenie naszego ciała do intensywniejszego wysiłku. Niebieskie bierze się natomiast po wysiłku, aby zregenerować zmęczony organizm. Poczułem się trochę jak w filmie "Matrix". Miałem podobnie jak Neo dwa rodzaje pigułek do połknięcia. Tylko mi na szczęście nikt nie kazał wybierać tylko jednej. Mogłem łykać je do woli lub do wyczerpania zapasów. Koleżanka z pracy śmiała się, że na moim miejscu nie łykałaby niebieskich tabletek, gdyż kojarzą się one z pewnym znanym powszechnie środkiem na potencję. Poinformowałem ją, że nie mam problemu, aby konar zapłonął. Pali się równo i mocno ogromnym ogniem. Musi mi uwierzyć na słowo, w pracy jesteśmy i pokazywać nie wypada. Jak chce to może zadzwonić to takiej jednej małej blondyny, to ona zaświadczy, że konar płonie tak mocno, że w pokoju od dymu ledwo co idzie oddychać.   

Karp wydął żałośnie skrzele: 

„Słuchajcie mnie przyjaciele, 

Mam sposób zupełnie prosty - 

Zacznijmy budować mosty!” 

No, ale cóż, kiedy ryby 

Budowały tylko na niby, 

Żaby 

Na aby-aby, 

A rak 

Byle jak.

Na zawody udaliśmy się w stałym składzie - Aneta, Sylwek i ja, czyli Wasz kronikarz. Zawody miały odbyć się o godzinie 11.00 nad Stawem Olszak w Poznaniu. Wyjechaliśmy ze Środy o godzinie 9.00. Nie było co jechać wcześniej, gdyż droga do przebycia nie była odległa. Towarzyszyła nam, także córka Sylwestra, która często pomaga nam podczas biegów w kwestiach technicznych. Zimno było strasznie na dworze, ale na szczęście nie padało. W zeszłym roku przyszło nam z Sylwestrem biegać w dużym błocie. Mieliśmy z tego sporo frajdy, ale powrocie do domu było mnóstwo sprzątania. W tym roku nie było błota, ale było sporo zimniej. Ziemia była zmarznięta. Był to duży plus, gdyż nie szło się poślizgnąć podczas biegu. W obawie przed upadkiem na trasie kupiłem sobie nawet buty do biegania w trudnym terenie leśnym. Nie przydały mi się one jednak zupełnie. Nawet mi trochę utrudniły bieg, gdyż były one bardzo sztywne i miały małą amortyzację. Na stromych podbiegach sprawdzały się pięknie, ale gdy przyszło mi biec po płaskim terenie, to strasznie bolały mnie stopy. Mogłem założyć swoje Nike Vomero, w których biegam na co dzień. Byłby to znacznie lepszy wynik. Przekombinowałem jednym słowem. Chciałem, aby było jak najlepiej, a wyszło średnio. Nie wyrzuciłem jednak pieniędzy w błoto. Nowe Kalenji do biegania w trudnym terenie przydadzą się podczas innych biegów.

Rak tedy rzecze: „Rodacy, 

Musimy się wziąć do pracy, 

Mam pomysł zupełnie nowy - 

Zacznijmy kuć podkowy!” 

No, ale cóż, kiedy ryby 

Kuły tylko na niby, 

Żaby 

Na aby-aby, 

A rak 

Byle jak.

Po zaliczeniu obowiązkowej toalety, do której ja zawsze były duże kolejki, ustawiliśmy się na linii startu, aby sprawdzić się na wymagającej, lecz pięknej trasie. Sylwek z Anetą wypalili od razu do przodu. Ja zacząłem powoli. Nie chciałem się śpieszyć, bo ani na to chęci nie miałem, ani tym bardziej sił. W tygodniu przed biegiem się nie oszczędzałem. Zrobiłem 3 treningi na łączny dystans 26 km. Byłem raz na basenie i sporo kilometrów przeszedłem po Środzie polując na pokemony. Borykałem się, także z przeziębieniem. Te wszystkie okoliczności nie wróżyły mi dobrego wyniku. Chciałem przebiec cały bieg w czasie poniżej 2h 15min. Było to w moim zakresie. Tak mi się przynajmniej wydawało jeszcze na 2 kilometrze trasy. Wtedy nagle i znienacka pojawił się u mnie katar. Pomyślałem sobie, że przedmucham swoje nozdrza i będzie ok. Musiałem pilnie pozbyć się zbędnej wydzieliny zalegającej w moim nosie. Miałem jednak problem. Nie zabrałem ze sobą chusteczek higienicznych. Przez chwilę myślałem, że jestem w czarnej dupie. Zdecydowałem się jednak zrobić coś, czego zazwyczaj nie robię - poprosiłem o pomoc. Nie lubię prosić. Lubię sam rozwiązywać swoje problemy. Czasem jednak bez tego się nie obejdzie. Jedna biegaczka poratowała mnie kilkoma chusteczkami, które starczyły mi prawie do końca biegu. Warto prosić o pomoc w potrzebie. Raz się komuś pomoże, a innym razem otrzyma pomoc od kogoś innego. 

Odezwie się więc ropucha: 

„Straszna u nas posucha, 

Coś zróbmy, coś zaróbmy, 

Trochę żywności kupmy! 

Jest sposób, ja wam mówię, 

Zacznijmy szyć obuwie!” 

No, ale cóż, kiedy ryby 

Szyły tylko na niby, 

Żaby 

Na aby-aby, 

A rak 

Byle jak.

Nie tylko katar przeszkodził mi w swobodnym biegu. Na przeszkodzie stanęły też moje braki w przygotowaniu fizycznym. O ile wydolność jest na poziomie zadowalającym, to siła mięśni nóg i brzucha jest na niskim poziomie, a bez tych mięśni mogę zapomnieć o dobrej sile biegowej. Kilka stromych podbiegów brutalnie uświadomiło mi, że jeszcze wiele pracy przede mną, aby stać się lepszym biegaczem. O ile pierwsza pętla poszła mi w miarę sprawnie, to od drugiej zaczęła się moja walka o przetrwanie. Z każdym pokonanym kilometrem, z każdą zdobytą górką, miałem coraz mniej sił. Nie pomagały żele energetyczne i szoty magnezowe. Oddechowo  dawałem radę, ale nogi z każdą minutą biegu stawały się coraz cięższe. Wiedziałem, że zakładany przeze mnie czas jest nierealny do osiągnięcia. Postanowiłem jednak walczyć o jak najlepszy wynik. Trochę sił i wigoru dodały mi pomarańcza na punkcie odżywczym, który znajdował się na końcu każdej pętli. Była to jednak za mała ilość witaminy C, aby zniwelować mogła, moje duże zmęczenie. Wyprzedzało mnie coraz więcej osób. Powiedziałem sobie, że nie będę ostatni. Tanio skóry nie sprzedam. To motywowało mnie do walki ze swoimi słabościami. Na tym polega bieganie. Trzeba walczyć ze słabościami. Trzeba pokonywać kryzysy. Nie sztuką jest ukończyć bieg, gdy wszystko gra jak w szwajcarskim zegarku. Sztuką jest dotrzeć do mety, gdy wszystko się wali, a nasze ciało odmawia chęci do biegu. 

Lin wreszcie tak powiada: 

„Czeka nas tu zagłada, 

Opuściliśmy staw przeciw prawu - 

Musimy wrócić do stawu”. 

I poszły. Lecz na ich szkodę 

Ludzie spuścili wodę. 

Ryby w płacz, reszta też, lecz czy łzami 

Zapełni się staw? Zważcie sami, 

Zwłaszcza że przecież ryby 

Płakały tylko na niby, 

Żaby 

Na aby-aby, 

A rak 

Byle jak.

Pisząc wcześniej, że chusteczki starczyły mi prawie do końca biegu, pewnie domyśliliście się, w jaki sposób musiałem pozbyć się zalegającej wydzieliny z nosa. Dla tych, którzy się nie domyślili, to napiszę wprost...wysmarkałem się w rękawiczkę. Takie wyjście z problemowej sytuacji wydawało mi się najlepsze. Nie chciałem okropnej wydzieliny wciągnąć z nosa w usta i energicznym splunięciem się jej pozbyć. Moje kubki smakowe nie gustują w tego rodzaju przysmakach. Nie chciałem ich narażać na niepotrzebny stres. Mogłem się pozbyć problemowej wydzieliny intensywnym dmuchnięciem przy jednoczesnym zatkaniu jednej z dwóch dziurek nosa. Ta technika, jednak zawsze była mi obca, dlatego się na nią nie zdecydowałem. Ciekawi Was pewnie, dlaczego o tym wspominam? Piszę o tym, bo z tego zajścia wynika pewna nauka życiowa - każde nasze działanie przynosi jakiś skutek. Czasem pozytywny, czasem negatywny. Wysmarkanie się w lewą rękawiczkę przyniosło mi pozytywny skutek w postaci oczyszczenia nozdrzy, dzięki czemu mogłem oddychać podczas biegu. Negatywny skutek przypadł w udziale pewnej biegaczce, która postanowiła przybić mi piątkę, akurat lewą ręką. Miałem jej powiedzieć, że nie przybiję jej piątki, bo przed chwilą nasmarkałem w rękawiczkę? Nie mam mowy. Za duży wstyd. Nic jej się nie stało z pewnością. Nawet gdyby nie znajdowały się na mojej rękawiczce smarki, to i tak było na niej już sporo moich innych wydzielin,  na czele z potem. Kilka smarków na pewno nie zrobiło jej krzywdy. Krwi, tam nie było, choć pewnie jakiś mocz by się znalazł. Nie było, jednak wydzieliny, o której pomyślały największe zboczuchy. Z punktu widzenia epidemiologicznego, nic tej Pani nie groziło.   

Udało mi się ostatecznie na metę dotrzeć w czasie 2h 22m 55s. Był to mój najwolniej pokonany półmaraton, ale było on zarazem najtrudniejszym biegiem, w jakim brałem udział. Sklasyfikowano mnie na 92. Bieg ukończyło 107 biegaczy. Nie są to zawody, w których biorą udział niedzielni biegacze, dlatego mój wynik mnie nie smuci, a cieszy. Nie byłem ostatni w trudnym biegu z mocną obsadą. Jednak coś tam potrafię. Kolejna edycja już na wiosnę. Wtedy postaram się wykręcić lepszy czas. 

Sylwek wraz z Anetą ukończyli bieg w czasie poniżej 2 godzin. Był to wynik znacznie poniżej ich życiowych rezultatów. To pokazuje, jak tak trasa jest trudna. Anecie jednak udało się zająć pierwsze miejsce w swojej kategorii wiekowej i to pomimo jednego upadku na trasie. Namówiłem ją do tego startu, dlatego czuję się jak ojciec jej sukcesu. Pierwsze kroki w świecie menedżera zatem już za mną. I to kroki jak udane.

Prawdziwym bohaterem biegu był nasz kolega i sympatyk sekcji biegowej Polonii Środa - Filip Jańczak. Wygrał on 7. Olszak Półmaraton, ustanawiając nie tylko swój osobisty rekord na dystansie półmaratonu, ale także pobijając rekord trasy. Ukończył on zawody z czasem 1h 14m 55 s. Trzeba dodać, że drugi biegacz zameldował się na mecie ponad 20 minut później. To był prawdziwy nokaut w wykonaniu Filipa. Życzę mu jak najlepiej, bo to nie tylko dobry biegacz, ale i bardzo miły i skromny człowiek, który zawsze służy radą w dziedzinie biegania.   

W swoim tekście oprócz  fragmentu "Inwokacji" Adam Mickiewicza, wykorzystałem wiersz Jana Brzechwy pt."Ryby, żaby i raki" który moim zdaniem pasuje do tekstu dotyczącego biegu nad stawem.

Tagi:

Oceń notkę
+ +9 -

Paganini pióra i dystansu
Oceń profil
+ +98 -
Tomasso_34
Ranking: 143 Poziom: 62
PD: 30350
REPUTACJA: 17349