RetroSzmelc

polygonom i shaderom mówimy stanowcze "NIE"!
lghost lghost 19.10.2017, 12:51
Jazz Jackrabbit
998V

Jazz Jackrabbit

W końcu zabieram się za tą krótką, ale kultową serię gier. Zielony królik z kałaszem był wielkim przebojem na pecetach, ale czy dziś ta seria jest warta uwagi?

My, kloniarze (tzn. właściciele pecetów) nie mieliśmy szczęścia do niektórych gatunków gier przez długie lata. Takich mordobić ukazała się zaledwie garstka, a tych godnych uwagi można policzyć na palcach jednej ręki (konwersje MK i Virtua Fighter oraz jedyny oryginalny rodzynek na platformie - One Must Fall). Z platformówkami było tylko nieco lepiej. W zasadzie tylko produkcje tandemu id Software/Apogee, czyli Commander Keen i jego klony nie powodowały odruchów w kierunku przycisku reset. Sytuacja dla fanów skakania i zbierania power-up'ów była przygnębiająca (no chyba że wykosztowali się na konsolę, albo Amigę), aż do 1994 roku, kiedy shareware'owy tytan Epic Megagames wydał swój największy przebój - Jazz Jackrabbit.

Jeżeli cokolwiek wynieśliśmy ze szkoły z zajęć historii, to fakt że pierwsze lata ostatniej dekady XX stulecia należały do pewnego niebieskiego jeża i jego eleganckiej, czarnej konsoli. Gry z Sonikiem były wyznacznikiem konsolowej jakości i niewiele gier, nawet na tej samej platformie, mogło się do niego zbliżyć, a co dopiero na komputerach, dotychczas przodujących w takich gatunkach jak RPG, strategie czy strzelanie do nazistów. Oczywiście, wokół Sonika wyrosło mnóstwo mniej lub bardziej udanych naśladowców, tj. Zool, Bubsy czy Socket. Platformówki z "maskotkami" stały się musem na każdy system, i w końcu my też dostaliśmy naszego futrzanego przedstawiciela. Zielony zając z niebieskim blasterem i bandaną a'la Rambo, wstrzelił się idealnie w swoją niszę. Całe szczęście, jego gra była czymś więcej niż tylko nośnikiem postaci rodem z popołudniowej kreskówki.

Pamiętacie bajkę Ezopa o żółwiu i zającu? Konflikt miedzy tymi dwoma gatunkami ma się w najlepsze - złośliwy skorupiasty gad porywa księżniczkę planety Carrotus, i zapowiada podbój całej galaktyki. Na misję ratunkową rusza już wspomniany wcześniej futrzany komando. Całość to oczywiście pretekst by przeciągnąć gracza przez 18 różnych planet, po dwa etapy każda (plus bonusowe), łącznie 54 levele (a w wersji CD jeszcze więcej) - całkiem imponująca liczba jak na grę dyskietkową. Każda planeta to inny klimat - zaczynamy na Diamondus, gdzie trawka i drzewka od razu nasuwają skojarzenia z wiadomym tytułem Segi, ale szybko przechodzimy do wnętrza komputera, nawiedzonego zamku, dżungli, starożytnego Egiptu, bliżej niezidentyfikowanej fabryki etc. Każdy etap ma swoje charakterystyczne elementy - w komputerze będą to podążające za nami "iskry", w zamku będzie pełno kolców, latających mieczy (!) oraz skakania po zawieszonych na łańcuchach kulach. Zdarzy się jeszcze popływać w wodzie, poodbijać niczym w pinballu oraz zamienić w papugę (sic! - jeden z pierwszych ukrytych leveli ma taką atrakcję) czy jaszczurkę (sic!!!). Do tego każdy etap ma swój motyw muzyczny oraz garnitur przeciwników - ogółem, na brak urozmaicenia nie można narzekać.

Oprócz biegania i skakania nasz długouchy bohater potrafi się też posługiwać bronią - świeżym egzemplarzem LFG-2000 (hehe), który wypluwa z siebie cztery rodzaje amunicji. Poza zwykłymi pociskami mamy jeszcze do dyspozycji kule ognia, salwę czterech rakietek oraz odbijające się piguły, w sam raz do kasowania pokrak stojących poniżej naszego miejsca położenia. Jest tez TNT, które działa jak typowa bomba w grach, i czyści ekran z przeciwników. Arsenał nie jest zbyt bogaty, ale ponieważ amunicję zbiera się tuzinami pocisków naraz, można sobie poradzić. Zresztą, są też power-up'y poprawiające szybkostrzelność naszej broni - z początku możemy strzelać tylko tak szybko, jak damy radę wciskać fire, ale z czasem można dorobić się bardzo przydatnego ognia ciągłego (albo też wyciągnąć z szafy tego joya z autofire, ty kanciarzu). Do tego jeszcze sprężyny dodające wysokości skoku, dodatkowe życia, osłony, ochraniające nas papugi, latające deskorolki, turbo niczym w, khem khem, no jak się ta gra nazywała... oraz chwilowe nieśmiertelności. No i oczywiście tona różnych bonusów punktowych, które przybliżają nas do dodatkowych żywotów. A kto się naprawdę postara i naszuka za ukrytymi przejściami lub trudnymi do dostania platformami, ten znajdzie ogromny rubin, który po zakończeniu levelu przeniesie do bonusowej, trójwymiarowej rundy, gdzie niczym w Wacky Wheels czy innym F-Zero, Jazz gnając po labiryncie ścieżek będzie mógl podreperować swój licznik żyć.

Z Jazzem jest jednak duży problem, i nie chodzi mi bynajmniej o jego nieco zbyt oczywiste granie na nosie Segi, oraz Apogee. Ta gra jest pieruńsko trudna! Połączenie sporej prędkości poruszania się bohatera, dużych i ładnych sprajtów oraz niezbyt dużej widoczności na ekranie sprawia, że bardzo łatwo jest wpaść na jakąś poczwarę albo pułapkę. W dodatku Jazz ma "odrzut" po każdym zranieniu którego nie powstydziłby się Simon Belmont, co jeszcze bardziej wkurza. Owszem, są wspomniane przeze mnie wyżej marchewki itp., ale niektóre segmenty etapów są ewidentnie stworzone pod testowanie cierpliwości grającego oraz zręczności jego paluchów. Do tego poziom trudności ma skok do góry bardzo szybko - już trzeci świat w pierwszym epizodzie daje sporego kopa ze swoim skakaniem nad niemal niewidocznymi kolcami i unikaniem latających mieczy. Niektóre levele są też dość pokręcone, i można się zgubić, co irytuje tym bardziej że jest limit czasowy (po co?!?). I najgorsze ze wszystkich - po stracie życie (co może stać sie, w zależności od poziomu trudności, po 5 albo 3 celnych trafieniach w naszego bohatera), traci się całą amunicję oraz power-up'y. I nie ma na to żadnego obejścia, bo nawet save'y (które można zrobić w dowolnym momencie) przenoszą na początek levelu! Argh!!!

Naprawdę nie mogę wyrazić słowami frustracji jaką można poczuć, gdy się gra w Jazz Jackrabbit, i jest super, aż do momentu gdy jedna pomyłka może kompletnie wyzerować z amunicji oraz wspomagaczy strzału, do tego odsyłającą do odległego checkpointa... A wielka szkoda, bo grafika, pomimo że to tylko VGA, jest świetna - świetnie animowany główny bohater i zróżnicowane graficznie etapy oraz absolutnie genialna muzyka, za którą odpowiada Robert Allen (który wykazał się m.in. w pinballach Silverball, Epic Pinball i Extreme Pinball, oraz pierwszej grze niejakiego Cliffa Bleszinskiego - Dare To Dream).

Pomimo wspomnianych problemów z poziomem trudności, Jazz Jackrabbit stał się hitem dla dotychczas grającego drugie skrzypce na rynku shareware Epic Megagames. Wersja shareware (pierwszy epizod) trafiła na tony krążków CD, wersja pełna wskoczyła na sklepowe listy przebojów oraz must-have na pirackich BBSach. Epic w 1995 r. wydał re-release JJ na CD, z dodatkowymi etapami, i co jeszcze ciekawsze - w 1994 r. i 1995 r. ukazały się dwa dodatkowe shareware'owe epizody, zatytułowane Holiday Hare. Pierwszy to zaledwie trzy etapy utrzymane w zimowo-świątecznej konwencji (oraz z genialnie zaaranżowanym "Little Drummer Boy" na gitarę elektryczną), ale drugi to dwie planety, jedna pełna słodyczy (swoisty ukłon w stronę Zoola, jednej z gier która zainspirowała Jazza) a druga w krainie zabawek, w której można też spotkać pewnego czerwonego zająca...

Jazz Jackrabbit to mimo wszystko relikt minionej epoki - klasyk co prawda, którego każdy fan platformówek 2D powinien chociaż raz włączyć, ale jednak pozostaje zbyt nieprzyjazny dla obecnej generacji graczy. Fakt, że pełnej wersji nie ma obecnie gdzie kupić, a Epic konsekwentnie udaje, że zapomniał o ich pierwszym wielkim przeboju, nie pomaga. Ech. Nie zapomnieli natomiast fani - na fansajcie Jazz2Online jest garść dodatkowych epizodów, w tym totalna konwersja etapów z Sonic the Hedgehog!

W 1994 r. na grupie dyskusyjnej autor postaci Jazza, Arjan Brusee, potwierdził że powstaje sequel przygód zielonego komando. Potrzeba było jeszcze jednak czterech lat, zanim druga część trafiła do sklepów...

Tagi:

Przejdź do strony
Oceń notkę
+ +24 -

Oceń profil
+ +17 -
lghost
Ranking: 3344 Poziom: 27
PD: 3135
REPUTACJA: 1420