Resident Evil Requiem - a może i dobrze że tak się stało - recenzja bez spojlerów
Witam serdecznie. Jakiś czas temu podzieliłem się wpisem, w którym informowałem, że zrozumiałem serię Resident Evil i zacząłem nadrabiać teoretycznie i praktycznie wszystkie dotychczasowe części. Dlatego też z tego powodu nie mogło zabraknąć najnowszej części, która ma naprawdę wiele rzeczy, jakie oczekiwałbym od wysokiej klasy produkcji. I to jeszcze od jednego z najlepszych developerów, którego wcześniej nie doceniałem, który też naskrobał sobie trochę nie dawając naszych rodzimych napisów. Dziś natomiast w ostatnich dniach lipca 2026 roku wszystko jest już w jak najlepszym porządku i "fabryka" świetnych gier o nazwie CAPCOM, nadrobiła zaległości i naprawiła te rysy w portfolio i błędy. I jedno ze zdań które wtedy napisałem było ”może nawet uda mi się zrecenzować swojego pierwszego Residenta po swojemu" to nie do końca wierzyłem, że tak się stanie. A jednak. I o to jest - recenzja inna niż wszystkie, ostatniego Residenta, bez spojlerów. Zapraszam serdecznie.

Kto czytał ten wie o co chodzi, kto nie to skrócę trochę aby przypomnieć o co chodziło. Z serią RESIDENT EVIL nie było mi jakoś po drodze. Długi czas myślałem, że to zwykłe tak zwane "jump scare" których totalnie nie trawię. Tak jak i ciężkich horrorów. Z tego też powodu ominęła mnie większość Residentów z różnych platform i generacji na przestrzeni ostatnich lat, a jedyna styczność z którą miałem w omawianych tytułach to w mojej opinii świetny Resident Evil 6, z powodu właśnie nastawienia właśnie na akcję, jak i Revelations z korzeniami z konsolek przenośnych. No ale stało się tak jakoś, że po rozmowach z różnymi osobami, dotarciem pewnych informacji do mojej świadomości i ciągłe natrafianie na ogromne promocje na RE7 Biohazard stwierdziłem, że zaryzykuję i jeśli coś pójdzie nie tak to stratny nie będę, bo wyszło taniej niż dobry kebab.

Resident Evil 7 - od tego wszystko się zaczęło. Zassało i spodobało mi się tak bardzo, że zacząłem poważnie spoglądać na listę innych perełek z serii "przystępnych" survival horrorów. Bardzo pomogły działania Capcomu, który dodał nasze napisy do Resident Evil Village i Resident Evil 4 Remake. Obecnie na dysku mam spory tuzin tych produkcji i jeszcze przed okresem jesiennym chciałbym ujrzeć ich napisy końcowe i w końcu nadrobić te residentowe zaległości. Jestem bardzo zaskoczony jak dobre są te ostatnie odsłony, a także kilka wzorowych remaków. Nie są to gry tak straszne jak myślałem i jeśli już coś trochę postraszy, to robi to bardzo inteligentnie, a nie tanio i bez sensu. Bardziej jestem otoczony niesamowitym klimatem i epickimi momentami, które potrafią rozdziawić moją zaskoczoną jamę ustną jak nikt inny. Nie inaczej jest w ostatniej odsłonie, która od pierwszych chwil skradła moje "serce" i wskoczyła z automatu do grona najlepszych dostarczycieli zabawy i emocji ostatnich lat.

RESIDENT EVIL REQUIEM jak mało który szpil ograłem na kilka posiedzeń. Miało na to wpływ kilka szczególnych czynników, i nawet chwilowa zdrada dla premierowego, wspaniałego Assasins Creed Black Flag Resynced, nie sprawiła, że zapomniałem o Leonie i reszcie. Musiałem wrócić, bo byłem niesamowicie głodny dalszej przygody, historii i przeszukiwania każdego możliwego zakamarku. Musiało iść mi naprawdę dobrze, bo pucharki (trofea) sypały się na bieżąco w trakcie seansów z grą jak z kapelusza jakiegoś znanego magika - aka iluzjonisty z Wrocławia. Chociaż ja żadnego z tamtąd nie znam, ale może ktoś zna, więc to może być ten :) Wersja, którą ogrywałem szczyci się tą najlepszą jaką możemy spotkać na aktualnie trwającej generacji. Mianowicie PS5 Pro. Jestem bardzo zadowolony z tego co towarzyszyło mi przez moje próby dotarcia do celu. Gdyby tak działały i wyglądały gry zawsze, byłbym niezmiernie zadowolony. Nie będę się tu zanurzał w nowinki i aspekty techniczno technologiczne na głębokość kilkuset metrów, bo nie mam do tego aż tak specjalistycznego skawandra (czytaj wiedzy), ale od czasu do czasu coś o tym napomnę, wtrącę i dorzucę te trzy grosze między wierszami.

RE REQUIEM nie jest grą dla wszystkich. Na pewno nie jesteśmy tu jak Tommy Lee Jones w Ściganym, czy Rambo w czasach swojej świetności - no momenty takiego Rambo na emeryturce, który jeszcze pamięta co i jak to prędzej tak. Tak bardziej. Jest na spokojnie, powolutku, cichym krokiem, wepchnij nochal w każdy zakamarek, zrób co możesz w każdej z lokacji dla siebie i własnej satysfakcji. Wiecie, to nie pogoń za platynami, ale tu bez kozery rzeknę, że smutno mi było gdy w pewnym miejscu "coś" ominąłem i cofnąłem się, bo nie chciałem tego tak zostawić. Wyjątkowo. I satysfakcja po znalezieniu tego, rozkminienia była ogromna. Jeeeest! mam to. Wiąże się to po części z tym, iż ja jestem wysoko postawionym fanem eksploracji i myszkowania w grach. Skuszę się nawet o stwierdzenie, że byłbym w pierwszej dziesiątce pod tym względem na PPE. I tak, nabiegamy się, odwiedzimy pewne miejsca ponownie, ale to wszystko ma jakiś cel, uzasadnienie i cele. Nie narzekałem, wręcz przeciwnie, miałem nadzieję, gdzie widząc pewne miejsca, odrazu w głowie pojawiała się jedna myśl - ja tam wejdę, ja się tam dostanę, nie ma lypy proszę Ciebie, bo moje motto to NEVER GIVE UP. I wiecie co? Wiecie? Ja tam wlazłem! To była radość i teraz macie krystaliczny dowód jak uwielbiam właśnie takie eksploracje, a to nie jest otwarty świat jak w wielkich piaskownicach, co świadczy o tym, jak świetne są tu zaprojektowane poziomy i lokacje. A może to ja się stęskniłem za bardziej liniowymi grami, gdzie mamy kilka ścieżek do odkrycia. Pewnie dlatego też, tak dobrze grało mi się w Cronos The New Dawn. Mam nadzieję, że więcej produkcji będzie szło w tą stronę dla odmiany, na ponad 20 godzin. Praktycznie jeśli coś przykuwa uwagę w trakcie giercowania, to wiedzcie, że tam coś może być dla Was, jeśli rzecz jasna, a bardziej ciemna i ponura jak Residenty, uda się tam dostać.

No ale przecież to nie symulator dreptania więc w między czasie są też świetne momenty, chwile. Których wcale się nie spodziewaliśmy, gdzie między innymi na przemian odetchniemy z ulgą, gdzie jesteśmy pod ogromnym wrażeniem, gdzie ciężko uwierzyć w to co się właśnie dzieje, co się tu stało się. Co musimy zrobić, gdzie iść. Jest złość, smutek, radość, emocje zdecydowanie większe, aniżeli na grzybach i rybach. Zresztą miłośnik serii domyśla się po części, czego może się spodziewać. Nie chcę wymieniać kto to, co to, bo zdradziłbym wiele niepotrzebnie, a ten kto jeszcze nie grał niech ma tą nutkę, albo bardziej zzombiałą i przegnitą nutę zaskoczenia i sporych niespodzianek. Jest też puszczane oczko do graczy, którzy są z Residentami obeznani lepiej niż ja jako świeży amator i na pewno wszystko wyłapią bez problemu. Często trzeba pomyśleć, a nie pędzić do przodu, co szybko przekonało mnie, dlaczego tak często z początku ginąłem. Bardzo lubię ten rodzaj i styl "gameplayu" który połączony z całą resztą, sprawia że Residenty są właśnie tak wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju. I pomyśleć, że jeszcze wcale nie to dawno uciekałem od tego gatunku, a tu proszę - coś pięknego. Tu nie ma czasu na nudę, nawet się o niczym innym nie myśli, a chłonie każdą linijkę kodu jak kiedyś robiące fenomalne wrażenie gry z COMMODORE 64, kiedy byłem jeszcze mały i młody.

Podziemia, budynki, na zewnątrz, po drabince, po lince, na motorze, po kolana w wodzie, poświęcenie aby zdobyć trzy bezpieczniki, którego nie poswstydziłby się kolos trzymający naszą planetę. Z cudownym oświetleniem sztucznym jak i naturalnym. Kiedy promienie wpadają do zniszczonego pomieszczenia, kiedy widzimy gdzieś lampę w o oddali. Wyraźny i szczegółowy obraz, wszystko to sprawiało, że oprócz śledzenia losów bohaterów, i trzęsienia portkami, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu, chciałem szukać dodatkowej broni, ulepszać ją, dawać jej więcej mocy, poszerzać jej możliwości, szukać różnych fantów na kupno kolejnych pukawek, jeśli nie podniosłem w czasie eksploracji, , bo nic tak nie cieszy jak szybsze pozbycie się sepleniącego i wijącego się z rencoma wyciągniętymi w naszą stronę jak Wąski do Siary ( gdzie mnie z tymi rencoma brzydalu), zgnilucha obleśnego, bezzębnego będącego efektem eksperymentów i stworzenia wirusa złej i przeszywającej o ciarki i dreszcze korporacji o nazwie UMBRELLA, z wspaniałego w swoim czasie miasta RACOON CITY. Ach, ile złego się stało przez tych sk.... to głowa mała, szkoda gadać, nie chcę teraz o tym mówić bo aż "krokodylek" (jedna z broni) sama rwie mi się do ręki. Ogólnie strzela się tu świetnie, koszyk nabojuf i do przodu. A na poważnie, to nie jest to tylko strzelanie dla strzelania, każdy reaguje inaczej, możemy wykorzystywać otoczenie, sytuacje, różne przedmioty, rzeczy w danych chwilach, przez co dostajemy punkty i nagrody. Nie wyobrażacie sobie jak skakałem aż po sam sufit z radości kiedy w końcu pozbyłem się pewnego uprzykszającego mi zabawę pewnego znanego niektórym "jegomościa" aż stanąłem nad nim już po fakcie dłuższą chwilę i krzyczałem - no i się doigrałeś w końcu, koniec z Tobą, nie będziesz mi już zawracał gitary, w końcu. Generalnie walki (na szczęście) nie są trudne przy tych większych kreaturach i innych, co dla mnie jest na wielki plus, aczkolwiek jeśli ktoś woli, czy jest miłośnikiem rodem z "Soulsów" proszę bardzo, można poziom podkręcić i sprawić sobie większe wyzwanie, nie widzę przeciwwskazań. Tu znowu RE pokazuje siłę i jeden z fundamentów.

Jeśli ktoś tak jak ja, nie lubi straszących gier, ciężkich, a przede wszystkim tych, w których stosuje się tanie i zniechęcające jump scary nie musi się tu tym martwić i niczego obawiać. Requiem to jeden z najłagodniejszych i najlepiej wyważonych Residentów z tych prawdziwych Residentów. Ani razu nie zrobiłem kleksa, nie przestraszyłem się, czy musiałem uciekać z pokoju. Z uśmiechem na twarzy parłem do przodu, i jedyne co sprawiało podniesione skupienie to rewelacyjny klimat, lekko odczuwalne chwile grozy, nowe lokacje i wiszący w powietrzu pył, kurz, nijakość, destrukcja po fatalnych wydarzeniach. Mało tego, wyrobiłem sobie ostatnio takie podejście, motywację, że to Resident boji się mnie, a nie ja jego. Wkręciłem się totalnie, dałem się ponieść, ale z tyłu głowy nadal miałem fakt, iż to tylko gra wideo. A nie prawdziwe wydarzenia za oknem czy wokół mnie. Choć z racji bardzo realistycznego wyglądu, udźwiękowienia, cudownej przygrywającej "muzyczki" oświetlenia, efektów cząsteczkowych, Ci co nie są przekonani - nie ma się czego bać. Gra Wam wynagrodzi wszelkie trudy i zwątpienia. Można się srogo zdziwić jak to wygląda inaczej w praniu, aniżeli w naszym dotychczasowym wyobrażaniu o tych tytułach. Owszem, są drobne momenty jakichś tam niespodziewanych sytuacji, ale to jest nic czego dorosły chłop mógł się bać i przestraszyć. Więcej się uśmiałem w tych kwestiach.

GRACE ASCHCROFT I LEON S KENNEDY
Czyli bardzo blond włosa postać (wyjątkowa) i nieco podstarzały już znany z pewnych odsłon bohater cyklu. Jako iż jest to taka recka bez spojlerów, nie powiem nic co jak gdzie i dlaczego, czemu i po co. Natomiast z przyjemnością powiem, że granie tymi dwiema odmiennymi postaciami, sprzedaje nam całkowicie inne doznania. Perspektywa kamery, ruchów, i to jak postrzegamy naszych bohaterów, co muszą zrobić, gdzie się udać, to inne uczucie i myślenie. Bardzo podobało mi się to żonglowanie gameplayem i chętnie i z przyjemnością grałem jak było mi to podawane na talerzu pełnych smakowitych rarytasów dla gracza od twórców. Nie jestem za nic w świecie stwierdzić, kim grało mi się lepiej. Obojętnie czy był to Leon, czy Grace, było iście wyśmienicie. Idzie w tym coś wyczuć z bardzo daleka. I za to brawa konkretne. Zresztą już na początku granie Grace... ekhem, ekhem, no nic nie powiem, nie zdradzę choć tak bardzo kusi. W produkcji tej debiutowała druga iteracja PSSR 2 od Sony i w końcu można było zobaczyć sens ulepszonego PS5 w postaci Pro, choć nie wiem jak tytuł prezentuje się na innych urządzeń, to tu czułem na każdym kroku, że jeśli wszystkie gry byłyby tak dopieszczone i cieszące oko w tak wysokim stopniu, nie miałbym nic więcej do powiedzenia.

Nie wiem czy dobrze zrobiłem zaczynając trochę od d.. strony, ale nie żałuję ani sekundy, a teraz mam przez to ogromną ochotę na więcej, i mam nadzieję, że starsze Residenty również dostarczą mi tak wyjątkowych chwil i udowodnią, że gry nie tylko wielkimi i otwartymi światami stoją. Czy RE Requiem to gra roku? Zdecydowanie nie, choć potrafi sporo, daje sporo. To bardzo solidne, spójne rzemiosło, które wie czego chce. Jeden z tych nielicznych szpili, który cieszy mnie jak mało który, i od którego ciężko mi się oderwać. Po krótkiej przerwie na Assassin's Black Flag nie porzuciłem go jak inne tytuły, co mam w zwyczaju, a wróciłem z ogromną radością i przyjemnością, nie mogąc się już doczekać dalszych zawirowań i uczestnictwa w tym projekcie. Więc o czymś to świadczy!

Chętnie przytuliłbym kilka dodatkowych godzinek, bo takich chwil nigdy za wiele. Nie znaczy to, że gra jest krótka, oj nie, u mnie było to leciutko około 30 godzin w moim stylu grania, chodzi o to, że tak mi się podobało, iż chcę więcej, nie mam jeszcze dosyć. Polecam gorąco nie tylko obeznanym z uniwersum, ale i tym, którzy trochę boją się zagrać w grę z gatunku survival horror, która i tak jest łagodna i w którą bez problemu zagrałem ja - trzęsiportka, zesraniec na widok małego pioruna czy głosu sowy w lesie. Jak ja się cieszę, że się przełamałem, bo ominęłoby mnie tyle świetnych części, a szczególnie właśnie REQUIEM. Teraz szczególnie, kiedy mamy to jeszcze w pudełeczku. 9 - myślę, że dziewiątka będzie tu oceną końcową uczciwą i współmierną, do tego jaki pokaz dał mi mój pierwszy w zasadzie "cały" Resident.
Dziękuję za chwilę uwagi, pozdrawiam serdecznie i do usłyszenia.
