Wiedźmińskie zwoje #5

BLOG
904V
cosmos22 | 20.09.2014, 13:42
Poniżej znajduje się treść dodana przez czytelnika PPE.pl w formie bloga.

Tekst może zawierać obraźliwe zwroty, przekleństwa, czy fragmenty erotyczne

 

Wiedźmińskie zwoje #1
http://www.pssite.com/blog-10020-792-wiedzminskie_zwoje.html
Wiedźmińskie zwoje #2
http://www.pssite.com/blog-10020-794-wiedzminskie_zwoje__2.html
Wiedźmińskie zwoje #3
http://www.pssite.com/blog-10020-795-wiedzminskie_zwoje__3.html
Wiedźmińskie zwoje #4
http://www.pssite.com/blog-10020-825-wiedzminskie_zwoje__4.html

 

W Wiosce wszyscy byli oburzeni. Dzisiaj dzień dostaw z Wyzimy. Wioska była dość biedna, a teraz w okresie burzowym nie ma nawet plonów do zebrania, więc jedyne produkty mogły być z miasta. Zwiększyła się liczba zgonów, a narodzin zmniejszyła. Niektórzy nawet zabijali noworodki wiedząc, że i tak nie zapewnili by im życia. 
-Kurwa psia mać. - Sięgnął po kielich. - Pisz. Ja, Wenrold z wsi Minord proszę władcę Wyzimy, hem. Czemu nie piszesz? 
-Tusz się skończył p-panie.
-Kurwa. Już nawet nie mamy jak prosić. Żaden posłaniec nawet tu nie przyjdzie by odebrać mą wiadomość, a co dopiero do miasta! Też mi goniec, psia kość. 
-C-co ma-my zrobić p-panie? 
-Hmmm... Mógłbym sam pojechać, ale gdyby coś się stało to ty wtedy byś wsią... Eh, raczej nie. Jedziesz jutro z pierwszym blaskiem słońca. Poprosisz o pomoc dla naszej wioski. Całą naszą sytuacje im wystaw.
-A-ale cze-czemu ja?
-A niby ja mam? Ha! Głupiś! Co by było gdybym cię tu zostawił, ha! W rzyć się klepnij!
Wenrold zaśmiał się i sięgnął ponownie po kielich. Nic w nim już nie zostało, ale był już zbyt nieprzytomny by to zauważyć. Zasnął w swym drewnianym fotelu z rzeźbionym oparciem. Był on postawnym człowiekiem. Wyglądał raczej jak zbój niż władca, za to znany z tego, że mądry i dobrze rządził wioską. Jego długa ciemna broda niczym krasnoludzia dodawała mu powagi. Jego zimne brązowe oczy wpatrzone zawsze w pustkę groziły śmiercią. Wojownikiem też był świetnym. Władca prawie idealny.
Wstał z wielkim trudem z krzesła. Świtało już. Było chłodno i wilgotno. Komnata już przeciekała i zgasiła płomień w palenisku. Słychać tylko kapiące krople. Wsłuchał się chwilę. Jedna po drugiej leciały na posadzkę. Czół coś dziwnego. Słuchał. Przestał dopiero jak, któraś spadła mu na nos wybudzając go z zadumy. - Sprawdzę, czy nie zasnął. - Pomyślał. Ruszył czym prędzej nie musząc się przebierać, bo spał w odzieniu dziennym. Przewędrował przez korytarz ziewając. Oparł rękę na ścianie i rozciągnął się. Pomogło mu, więc poszedł dalej w prost do pokoju posłańca. Przed wejściem czuć już było smród błota, a i jego ślady były widoczne. Cała framuga poobijana. Do środka prowadziły wgniecione odciski stóp. Wenrold zaczął krzyczeć i wołać po pomoc. Dla sługi było za późno.

  •  

Zamachnął ręką rozwalając bliskie pajęczyny. Białe włosy trzepotały na porannym wietrze. Jednakże tam gdzie był nie widać było słońca. Mrok panował i gasił wszelaką chęć do poznawania terenu. Nie miał wyboru. Miasto wyglądało jakoby spowijane nocą, a rozświetlały drogę jedynie rozpalone gdzieniegdzie świece. Ich blask rozjaśniał jego ostrze srebrne i metalowe. Żadnego jeszcze nie wyjął. Zaklął. Zahaczył stopą o jakieś ciało. Spojrzał i odszedł. Nie obchodzą go żadne ciała. Przynajmniej nie martwe. Szedł przed siebie. Penetrował cały rynek swym przenikliwym spojrzeniem. Szukał. Obok niego leżała mała dziewczynka ubrana w sukienkę i otulona szatą. Wyglądała bardzo niewinnie. Trzymała w rękach jakąś rzecz. Przykląkł. Podniósł wzrok. Taka osóbka nie mogła wyrządzić żadnej krzywdy, a jednak zgładzono ją. Co za podły plugawiec przebił jej serce czarną strzałą. Białowłosy podniósł dzierżoną przez niewiastę zabawkę i odszedł. Frasowało go to co zobaczył. Na jej uroczej buzi odciśnięta była czarna dłoń. Setki ludzi. Każdy z tym znakiem. Połączeni znakiem, krwią i śmiercią. Buty miał przemoknięte. Nie od deszczu, lecz od posoki. Czerwony płyn opanował to miejsce. Chciał jak najszybciej odejść. Nie mógł, jeszcze nie. Zacisnął pięść. Chciał zamknąć oczy. Nie mógł. Osoba, której szukał. Miał nadzieje, że jej tu nie ma. 
-Co do cholery? - coś się poruszyło. To nie był wróg, to poległy. Znalazł go. 
-Co się tu stało?
-Oni... tu są. Uciekaj! - Kaszlnął sporą ilością krwi. Sapał. Wypluł resztki krwi. Wojownik wstał. Obrócił się. Był gotowy do biegu, ale człowiek pociągnął go za nogawkę.
-To co trzymasz... Mine...
-Mine... to osoba?
-Moja córka. To znaczy... że też poległa. - Splunął krwią, ale jego twarz prócz grymasu bólu przywdziała smutek. Łzy leciały mu z oczu. Człowiek o kocich źrenicach dał mu pluszaka i odszedł. Niedobitek uśmiechnął się lekko i skonał. Wiedźmina już nie było.

  •  

- Psi syn. I dał radę? Chędożony szczęściarz! 
Starszy mężczyzna podszedł po skrzypiących deskach sporawej karczmy wypełnionej ciepłym blaskiem wyróżniającym się na tle nocy.
- Czy mógłbym wiedzieć, o czym panowie tak żywo mówią?
- Geralt z Rivii. Kojarzysz pan? - Starzec pokiwał. -  Mroczne bractwo. Kojarzysz też pan? - Zamachnął ręką po kufel, a w międzyczasie poczciwy człowiek odpowiedział.
- Widział co się stało w Vengenbergu. Był na placu gdzie odbyła się rzeź.
- Oj biedaczek z niego. Pewnie wiele z niego nie zostało.
- Właśnie nie, psia jego mać! Ha, bez szwanku się obszedł!
- Jakżesz to?
- Smoki panie, smoki. Gdy zaczęli go gonić bestia wyleciała, niebo zapłonęło, aż cztery wsie dalej było widać! Wykorzystał proszę ciebie sytuacje i czmychnął widząc siłę wroga.
Wrota karczmy stanęły otworem. W przejściu widać było sporą sylwetkę. Człek ten podszedł do lady i zamówił trunek. Przy piciu płyn ciekł mu po brodzie. Obok niego siedział pewien krasnolud, który nie omieszkał spojrzenia na włosiste dzieło. 
- Niezła, prawie jak nasza, krasnoludzia. - Mężczyzna obrócił głowę w stronę rozmówcy. Ten na sobie miał jeszcze zbroję i sprzęt jakby dopiero co z polowania wrócił.
- Yarpen Zirgin! - Podał potężną dłoń do człowieka o wspaniałej brodzie.
- Wenrold z Minord.
- Ha! Słyszałem o tobie! Ty żeś pięć wilkołaków ubił bez jakiegokolwiek orędzia prócz piąch swych! Nieźle, szczególnie jak na was ludzi. Co cię tu sprowadza, bo raczej nie gorzała?
- Jadę osobiście do Wyzimy z prośbami dotyczącymi mojej wioski. Mamy sporo problemów, a na dodatek mój osobisty goniec i poddany został zamordowany. Żeś psia kość jedyny do kurwy nędzy! - Dla uspokojenia nabrał kolejnego łyka napoju.
- Widziałem twą wieś. Jak każda inna. Przynajmniej na stan obecny. Nie tylko ty masz z tym problem. Ktoś najwyraźniej próbuje was ludzi wybić czy co. A ciebie zabić.
- Hmm? Co masz na myśli krasnoludzie?
- Nie uważasz, iż ktoś zmusił cię byś osobiście wyjechał? Pewnie przed Wyzimą jaki zbój czeka. Wy ludzie to sami się powybijacie.
Oboje sięgnęli po naczynia zanurzając w nich swe problemy.
- Wychodzę. - Oświadczył Wenrold.
- Idę z tobą. Chcę pomóc tej twojej wsi.
- Czemu?
Wojownik zaczerwienił się i wypowiedział imię pewnej kucharki z rodowodem krasnoludzkim zamieszkującą Minord. Wenrold uśmiechnął się i obrócił się ku wyjściu.

  •  

- Łbie zakuty! Co ta matka ci nagadała, żeś taki bałwan?
- Zawrzyj paszczę ośle!
- Żryj łajno. Przyłożyć ci?
- Chyba ci zęby zbrzydły, daj powybijam!
- Stójcie barany! Tą pochędużkę zostawcie na później. Teraz mamy ważniejsze plany.
Wenrold szedł cały czas na przodzie grupy starając się nie zwracać uwagi na grupę towarzyszy. Gdy wyruszył z Yarpenem, po jakimś czasie spotkali dwóch jego ziomków z drużyny. Z początku zachowywali się jak przystało, ale im dalej tym bardziej się otwierali i pokazywali światu swe prawdziwe piękno załatwiając swoje sprawy gdzie popadnie, gwiżdżąc jak tylko jakaś dziewka przeszła im przed nosem i parodiując konie, na których jechali jacyś parobkowie. Musieli być za prawdę wspaniałymi wojownikami, że do tej pory robiąc takie rzeczy jeszcze żyli.
- Patrzcie! - Opowiedział się Jer, długowłosy krasnal z ogromnym toporem na plecach, widząc jakieś zbiorowisko domów.
- Pewnie karczmę mają, a może nawet dom uciech, he he! - Mówiąc to poprawił sobie dobrze pas.
- Zagościliśmy już w dwóch po drodze! - Oświadczył Zirgin rzucają jeszcze kilka obelg w stronę znajomka w ojczystym języku, by nie napsuć towarzyszowi Wenroldowi. 
Świst. Strzała. Trafiła w drzewo obok. Jer z wytrzeszczem stał nieruchomo jak reszta. Grot minął go o centymetry. Poleciała kolejna. Tym razem zrobił unik. Jeszcze kolejna. Topór wojownika odbił ją i następną. Wszyscy ustawili się w pozycji bojowej plecami do siebie i w cztery strony świata. Ucichło, a strzał nie było widać.
- Wyjdź draniu! 
Drań pojawił się ale nie sam. Każdy z nich w ciemnej szacie. Powoli ruszyli w ich stronę. Miecze poszły w górę, a szczęknięcia stali o stal przysparzały krasnoludy o obrzydliwe uśmiechy. Topór z pozycji obronnej przeszedł w atak, a za nim sam Jer. Zablokował atak przeciwnika, a zza niego wyskoczył drugi mierząc zblokowanego krasnoluda. Zanim dobrze wymierzył dostał w twarz kamieniem, aż broń wyleciała mu z rąk.
- Podziękujesz później. - Zapowiedział Ren, drugi krasnal robiąc unik przed potężnym kopniakiem wroga, który zwalił się na niego pod ciężarem wielkiego młota. Młot należał oczywiście do Rena. Widać, że to co robią nazywane powinno być sztuką, a broń pędzlem, gdyż oglądanie ich w boju to czysta przyjemność. Współpracują miast atakować na własną rękę. Gdy jeden się schyla to drugi atakuje, a gdy oponent sparuje, członek drużyny po uniku wbija sztylet od strony pleców. Podchodzili do tego taktycznie. Wenrold nie czuł się zobligowany do wyjęcia swego pędzla. Wyprowadzał ciosy gołymi pięściami, a na nich ostawała się jedynie krew i odciski po wybitych zębach. Uśmiechnął się wyrywając bełt z kołczanu i utwierdzając go w nodze. Nieprzyjaciel złapał się za nią, a tuż po tym wyleciał na niego potężny atak z prawego sierpowego prosto w ciemię. 
- Phi, nawet żem się nie zmęczył!
- Dobrze prawisz Yarpen! Zaiste jakieś młodziki! - Tryumfalnie stwierdził Jer.
Zachodzące słońce iskrzyło się za ich plecami naświetlając świeży jeszcze obraz. Oni ruszyli ku karczmie. Władca Minord odwrócił się na chwilę i zastanowił. Ktoś chciał go zabić.

Oceń bloga:
0

Komentarze (8)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper