Wiedźmińskie zwoje #4
Tekst może zawierać obraźliwe zwroty, przekleństwa, czy fragmenty erotyczne
Wiedźmińskie zwoje #1
http://www.pssite.com/blog-10020-792-wiedzminskie_zwoje.html
Wiedźmińskie zwoje #2
http://www.pssite.com/blog-10020-794-wiedzminskie_zwoje__2.html
Wiedźmińskie zwoje #3
http://www.pssite.com/blog-10020-795-wiedzminskie_zwoje__3.html
"Smoki zabijają, smoki niszczą. W pył obrócą wszystko. Boją się ich wszyscy, bo to małe skurwysyny. Smok jednak wojny nie wywoła, dziewek nie zgwałci. Takim skurwysynem tylko człowiek"
Jaskier, Pół wieku poezji
Powietrze było ciężkie przepełnione siarką. Już przyzwyczaił się do tego. Od dwóch tygodni na niebie słońce nie pozostawiło śladu. Całe było szare i brudne. Klimat ocieplił się nieznacznie, lecz widać było zmiany. Oprócz martwych wiosek były martwe lasy i puszcze, które zaczęły gnić od stęchłego powietrza. Wszystko wokół umierało. To nie za sprawą człowieka.
Wstał. Był w mokrym lesie, gdzie przed chwilą jeszcze biegał sporawy wilkołak. Ostała się tylko głowa. Wiedźmin nie miał zamiaru się z nim bawić. Ruszył z wolna. Drzewa szumiały, ale już nie było czuć świeżego powiewu świerków i sosny. Szedł do wioski. Nie lubił jej i chciał jak najszybciej odjechać. Musiał odebrać nagrodę. Coś mignęło. Zaszeleściło. Zniknęło. Szedł dalej udając, że nic nie zauważył. Przestał się skupiać dopiero jak doszedł do bramy. Spojrzał jedynie za siebie, a jego smocze jeszcze źrenice nic nie dostrzegły. Widział doskonale w ciemności. To coś zniknęło. Drzwi niemile skrzypnęły, co wprawiło Białowłosego w zły humor. Jego ostre zmysły oprócz udręki przyniosły mu tym razem pomoc. Rzucił od niechcenia łeb i nieporuszony złapał sakiewkę odwrócony już w stronę pewnego starca. Wyglądał na mędrca jak gdyby był z klasztoru jakiego. Uczony za pewne, pomyślał. Jak się okazało był to bezdomny staruch odziany w znaleziony ubiór. Jednak wiedział coś co przydało się wojownikowi. Geralt podziękował szczerze i odjechał.
Płotka ruszała się płynnie i nie odczuwała zmęczenia po trwającej już cztery godziny podróży. Wiatr delikatnie muskał go po zarośniętych policzkach. Krople deszczu trzaskały go po brodzie. Zapuścił się. Nie golił się już od poprzedniego zmierzchu. Wyglądał na staro. Co prawda jego ciało się prawie nie starzało, ale jego duch owszem. Mimo swojej natury, białe włosy dodawały pomarszczonej od mocnych wrażeń twarzy wielu lat. Jego chłodny, ponury wzrok spoglądał daleko w przód. Nie przeszkadzało mu to, że mżawka zmieniła się w ogromną burzę. Było mu jedno. Nie wiedział za to co czuje. Nie widział jej od dawna i tęskni, ale z drugiej strony się boi. Nie rozumie czego, ale tak już z nią bywa. Wyrwał się chwilowo z zamysłu, gdy lało mu się po czole, że ledwo widział drogę. Narzucił szybko kaptur i pośpieszył wierzchowca.
-Wiadomo już co się stało?- Zawył jakiś przydrożny.
-Burza już od tygodnia, więc poszli panie wszyscy do domu się skryć również strażnik Hojt i jego ziomkowie. Jakaś bestia wypełzła z lasu i zaczęła niszczyć to i owo. Pewna chata i wozy zdemolowane. Jeno zabałaganiła i uciekła. - Odpowiedział ktoś.
-A wiecie może panie co to za maszkara?
-Ziemny Golem. - Odchrząknął niski mężczyzna. Płaszcz cały go okrywał. Widać było tylko zmokniętą już brodę.
-A można wiedzieć kto pan?! Jam właściciel owych wozów i posiadłości. Nikt nie wiedział kto dokładnie to zrobił. Domyślam się, że pan coś wie, hę?
Zakapturzony mężczyzna splunął.
-Ach ci obrzydliwi ludzie.
Splunął.
-Co pan gada, hę?
-Wszystko jest zniszczone, a niczego nie skradziono prawda? Na ziemi są ogromne, głębokie odciski. Wszędzie są pozostawione muliste ślady.
Splunął.
-A pan to skąd wie? Profesor jaki, czy zwykły pajac?
-Jestem wielkim wojownikiem. Yarpen Zirgin się zwę. Krasnoludem się urodziłem.
-Jestem wuju! - Oświadczył młodzieniec, któremu jeszcze pot na czole się świecił po biegu. Trzymał w ręku pojemnik.
-Podaj mi to czym prędzej młody. No to się pięknie złożyło. - Uśmiechnął się triumfalnie i zatarł ręce. Otworzył naczynie i wziął kilka guli. Krasnolud patrzył na niego spode łba.
-Nie martw się panie! - Podał wojownikowi trunek. Ten zaczął pić jakby na pustyni mieszkał ostatnie dni. Odsunął naczynie od ust i uśmiechnął się szeroko.
-No i możemy rozmawiać! - Zaśmiali się głośno oboje.
-Opowiadaj panie! Co pan o tym stworze wiesz?
-No... Jest nawet gorszy od ludzi - Parsknął. Złapał się za brzuch i zakasłał.
-Proszę, ździebko poważniej jak można.
-Jak prosicie. Nic dziwnego by nie było gdyby nie to, że to golem. Chędożony golem!
-Nie pojmuję.
-Już gadam. Chędożone golemy nie mają woli. Normalnie jak ludzie i ich panowie! - Parsknął ze śmiechu- Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać. Ktoś chciał to zniszczyć.
-Może komuś przeszkadzałem, byłem balastem? Co pan o tym?
-Komuś miałaby przeszkadzać ta szopka? Ha! Mieliśmy rozmawiać poważnie! - Znów się roześmiał.
Rozmawiali tak jeszcze jakiś czas, ale już nie o problemie potwora, a o sprawach bardziej przyziemnych. Krasnolud prawił o tym jakie piękne są ich kobiety, a jak obrzydliwe ludzkie niewiasty. Właściciel szopy nie komentował, bo cały czas rechotał, co dziwiło Yarpena.
Ubranie miał już całkowicie mokre. Nawet tego nie zauważył. Przyszedł do miasta wejściem północnym. Była to tylna część. Miejsce wydawało się opustoszałe. Otworzył wrota wysokiego budynku. Już czuł bez i agrest. Rzadko zdarzało mu się być rozkojarzonym, nieskupionym. W środku nie było puki co żywej duszy. - Yenn! - Zawołał. Odpowiedziało mu jedynie echo. Pootwierał wszystkie komnaty. Każda była pusta, a na ziemi walały się tylko porozrzucane w pośpiechu rzeczy. - Yenn! - Spróbował jeszcze raz. Wyjrzał przez okno. Zdenerwował się. Na rynku leżały martwe ciała, a na nich ślady czarnej dłoni.