Uwielbiam ciekawe i chwytające za serce opowieści. Historie długo zapadające w pamięć i niepozwalające spać po nocach. Grom, które takowe oferują osobiście jestem w stanie wybaczyć bardzo wiele poważnych nawet błędów. Niestety, w dzisiejszych czasach popyt na rozbudowaną fabułę w grach jRPG zanika, na rzecz niezdrowej fascynacji fotorealistyczną grafiką, będącą tylko być może ładnym, acz tylko pustym opakowaniem mającym zatuszować braki kreatywności twórców.
To samo tyczy się systemu walki, czasem niepotrzebnie przekombinowanego i zbyt widowiskowego, by na dłuższą metę czerpać z niego przyjemność. Ogólnie rzecz biorąc dzisiejsze i mające wyjść w niedalekiej przyszłości produkcje to po prostu przerost formy nad treścią. Na szczęście w zamierzchłej (dla poniektórych) epoce dominacji PS2 wydana została cała gama tytułów rekompensująca obecny upadek gatunku jakim są japońskie gry fabularne. Jednym z nich jest wspomniany w nagłówku Ar Tonelico - przez wielu niedoceniany, acz naprawdę warty tego by przyjrzeć się mu z bliska.
Grafika cukierkowa, jednak w umysłach czerń i krwistość.
Cała opowieść rozgrywa się w świecie, gdzie ludzkość po wielkiej katastrofie, kiedy całą powierzchnię globu pokryło Morze Śmierci, od setek lat egzystuje jedynie na latającym kontynencie Wings of Horus, bądź zamieszkuje potężną wieżę sięgającą gwiazd, zbudowaną przez starożytnych prawie 1000 lat temu, tytułową Ar Tonelico. Na szczycie wieży powstało miasto Platina, będące siedzibą Rycerzy Elemii, strzegących m.in. pewnej tajemnicy mogącej stanowić kolejne zagrożenie dla ludzkości. Od stuleci jednak mieszkańcy Platiny i Dolnego Świata praktycznie nie kontaktują się ze sobą z powodów zarówno technicznych jak i mentalnych. W wyniku dziejowych splotów wydarzeń rasa człowiecza musi dzielić przestrzeń życiową z Reyvateils - sztucznie stworzoną rasą kobiet parających się magią przy pomocy Pieśni. Obie grupy nie przepadają specjalnie za sobą, lecz żadna z nich nie może się obejść bez drugiej. Sama akcja rozpoczyna się z iście hitchcokowym zacięciem od trzęsienia ziemi (dosłownie i w przenośni), a z czasem napięcie stale rośnie. Platinę zaatakowały istoty zwane Wirusami (podobieństwo do tych komputerowych jak najbardziej na miejscu). Wcielamy się w rolę Lyner'a Barsett'a - syna rządcy miasta, który na polecenie swojej przełożonej - Lady Shurelli musi udać się na Wings of Horus, bo tylko gdzieś tam znajduje się rozwiązanie problemu Wirusów. Niestety, statek powietrzny głównego bohatera zostaje zaatakowany i ulega katastrofie, a sam Lyner ledwo unosi z niej skórę na karku. Teraz ma już dwa problemy, odnaleźć Hymn Crystal i wrócić z nim jakoś do swoich przełożonych. Zadania na pewno nie ułatwi tocząca się na kontynencie cicha wojna domowa między Kościołem Elemii oczekującym na powrót trzech Bogiń i nadejście Złotego Wieku, a organizacją Tenba stawiającą na niczym nieskrępowany rozwój techniczny. Należy jednak zaznaczyć, że zdobycie kryształu wcale nie jest osią przewodnią fabuły, lecz raczej swojego rodzaju wstęp do o wiele ważniejszych wydarzeń.

Mapa Świata wprawdzie w 3D ale brzydka.
Nasz Lyner w porównaniu do większości bohaterów z podobnych gier wcale nie jest łamagą, która musi dopiero zdobywać doświadczenie. Jako Rycerz Elemii odbył przecież odpowiednie szkolenie, co widać podczas rozgrywki. Niestety jest czasem za bardzo uparty i zapalczywy, potrafi jednak postawić czyjeś dobro ponad swoje życie. Mimo iż traktuje kobiety z szacunkiem, o dziwo wcale nie ułatwia mu to relacji z nimi. Jest po prostu do niektórych spraw zbyt idealistycznie nastawiony. Będzie się jednak musiał określić, bo na jego drodze staną dwie (bądź 3) śliczne Reyvateil. Jedną z nich jest Misha - kobieta uwięziona w ciele 12-letniej dziewczynki skrywająca swoje lęki za fasadą wesołości i nadmiernego optymizmu. Jej całkowitym przeciwieństwem jest bardzo nieufna Aurica, której tragiczne doświadczenia z dzieciństwa ciągle dezorganizują praktycznie dorosłe już życie. Żeby nie było, iż obracamy się tylko w damskim towarzystwie - prawie na samym początku dołącza do nas Jack młodzieniec wyglądający na starszego niż naprawdę jest. Postać bardzo wyrazista, lecz dziwnym trafem przypominająca swojego imiennika z pierwszej części serii Wild Arms. Z pomocą przybędzie również kardynał Radolf, wierny sługa Kościoła Elemii, a także naczelny dowódca jego zbrojnego ramienia. Tak naprawdę to tylko on z całej prowadzonej przez nas gromadki posiada w miarę sprawnie funkcjonujący mózg. Przypadkiem do drużyny trafi też Krusche, nastolatka o wielu talentach poszukująca zaginionego brata. Jej zamiłowanie do piły łańcuchowej pewnie nieco zdziwi niektórych graczy. Pozostałe postacie są zbyt związane z wydarzeniami fabularnymi by je tu opisać, zresztą, dlaczego mam od razu wszystko zdradzać? W każdym razie żaden z bohaterów nie został wrzucony do gry na siłę, każdy jest potrzebny by opowieść mogła się toczyć. Niezależnie od tego, czy kogoś lubimy, bądź nie - bez pomocy kogokolwiek z nich Lyner nic by nie zdziała. Cała opowieść posiada 4 możliwe zakończenia (zależne od tego, jaką wybraliśmy Reyvateil, ale nie tylko), chociaż możliwe jest ujrzenie napisów końcowych już po 2/3 rozgrywki.

Kościelna afera zatacza coraz szersze kręgi.
Ten, kto lubuje się w produkcjach panów z Gust raczej nie będzie zaskoczony widząc oprawę wizualną Ar Tonelico. Tyczy się to zwłaszcza osób znających Atelier Iris 2. Nadal mamy kolorową, nawet nieźle się prezentującą dwuwymiarową grafikę w rzucie izometrycznym. Zaszły jednak zmiany na lepsze. W stosunku do AI2 tła zostały wykonane w wyższej rozdzielczości, co umożliwiło obniżenie nieco pułapu kamery, dzięki czemu otoczenie a także postacie naszych bohaterów oraz NPCów zyskały znacznie na szczegółowości (acz bez przesady). Również paleta barw zyskała nieco więcej odcieni. Drażnić jednak może mała różnorodność lokacji, które przyjdzie nam odwiedzać. Jest ich zaledwie kilka typów: las, ruiny, miasto, laboratorium/ pracownia bądź wnętrze wieży. Ze względu na fabułę i kreację świata takie ograniczenie jest logiczne, lecz niekoniecznie dobrze wpływające na odczucia płynące z gry. Bardzo często podczas rozmów przyjdzie nam oglądać awatary Lynera i jego przyjaciół. Wykonane zostały z dbałością o szczegóły, więc przyjemnie się na nie patrzy. W zależności od okoliczności wyraz twarzy i poza ulegają odpowiednim zmianom. Kłuć w oczy na pewno będzie niechlujnie wykonana trójwymiarowa Mapa Świata, z drugiej strony będziemy ją oglądać przez znikomą ilość czasu, tyle tylko by przeskoczyć z jednej lokacji do drugiej. Potyczki odbywają się też w dwuwymiarowej scenerii będącej odbiciem obszaru, na którym się właśnie znajdujemy. Same starcia zostały dobrze zaprojektowane, chociaż zbyt efektowne to one nie są, mimo iż część Pieśni czy ataków specjalnych jest animowana. Niektórych odrzuci pewnie nieco cukierkowy wygląd przeciwników, mimo że już tak nie denerwuje jak to miało miejsce w AI2. Menusy zrobiono w stylu przypominającym prostą bazę danych, przez co ich przejrzystość została zachowana, lecz tu i ówdzie przydałyby się poprawki. Podczas śledzenia fabuły możemy obejrzeć też niewielką ilość wstawek anime.

Cyferkowe walki.
Pod względem dźwiękowym opisywany tutaj tytuł niczym by się wyróżniał z natłoku wielu podobnych, gdyby nie Hymny śpiewane przez nasze Reyvateils. To naprawdę godny pochwały pomysł by zaimplementować je do rozgrywki. Jakość ich wykonania świadczy o tym, iż inspiracją musiały być pieśni naprawdę istniejące. Jeden z Hymnów nazywa się Rigveda, co samo w sobie wskazuje na jego pochodzenie. Reszta utworów muzycznych jak to zwykle bywa buduje klimat kiedy trzeba, bądź zagrzewa nas do walki. Standard. Na plus na pewno należy zaliczyć częsty i poprawny pod każdym względem dubbing. Postacie często rozmawiają ze sobą, nierzadko komentując, wspominając bądź uzupełniając wcześniej poruszone tematy. Na szczęście nie musimy pamiętać wszystkich dialogów, bowiem te najważniejsze zostaną nam przypomniane w formie retrospekcji. Irytuje natomiast zbytnia powtarzalność formułek wypowiadanych przez nasze czarodziejki podczas walki.
Strzałem po oczach.
A propos właśnie potyczek. Dla większości jRPG standardem jest ich losowość, a wrogów przed starciem nie widać na planszy. Tutaj też jest to samo, lecz dla wygody gracza zaimplementowano wskaźnik, pozwalający nam ocenić ryzyko ataku, a także informujący ile jeszcze złowrogich kreatur znajduje się w danej lokacji. Dobrze sprawdza się taktyka eksterminacji wszystkiego, co się rusza, dzięki czemu umożliwiamy sobie nieskrępowaną eksplorację. W walce bierze udział maksymalnie do 4ch postaci w tym jedna "pieśniarka". System tu zastosowany można by w zasadzie określić jako turowy, jednak kolejki ruchu nie są zaplanowane z góry tylko uzależnione od parametru szybkości naszych bohaterów oraz ich adwersarzy. Dodatkowo wszyscy posiadają własne paski ATB - szkoda tylko, że w bitwie nie mają one większego znaczenia - pomagają jedynie nieco rozeznać się w sytuacji. Na szczęście w (prawie) każdej chwili do akcji możemy (musimy) włączyć naszą czarodziejkę wybierając pieśń, którą będzie intonowała. Niestety, chociaż wybór jest spory, używać będziemy zaledwie kilku. Pozostała trójka zadaje ciosy na prawo i lewo osłabiając przeciwników na tyle by Reyvateil mogła ich dobić swoją Pieśnią. Przy okazji staramy się jak najszybciej zsynchronizować z dziewczyną, bo w ten sposób wyprowadzamy potężniejsze uderzenia, umożliwiamy sobie korzystanie z ataków specjalnych, a i magia zdaje się ładować szybciej. Spełniając pewien warunek, możemy nawet podczas tury przeciwnika wyprowadzić potężny kontratak. Podsumowując, pojedynki trwają stosunkowo długo i są w miarę łatwe m.in. dlatego ponieważ moc Reyvateils jest zbyt duża. Z czym nie poradzi sobie broń rozwiąże to odpowiednio wielka kula plazmy. Bossów jest jak na lekarstwo, a większość z nich i tak nie stanowi większego wyzwania. Z drugiej strony mnie osobiście jakoś nie przeszkadzał niski poziom trudności, więcej - byłem nawet zadowolony, iż nic mi nie przeszkadza w poznawaniu niuansów fabuły. To nie jest pozycja zaprojektowana dla lubiących wyzwania i należy się z tym pogodzić, bądź poszukać sobie czegoś innego. Kontrola nad rozwojem postaci jest jak zwykle zerowa, a w skład ekwipunku wchodzą tylko broń, zbroja i akcesorium. Na pocieszenie cały ekwipaż możemy wzmacniać odpowiednimi kryształami, a jest ich od groma.

Robi się tłoczno.
Jak pewnie wszystkim mężczyznom wiadomo, kobiety niechętnie ujawniają przed nimi swoje prawdziwe uczucia. A mówi się, że facet to świnia... Lyner to jedna z niewielu osób, której będzie dane zajrzeć w najciemniejsze zakamarki umysłów swoich towarzyszek. Dzięki technologii zwanej "nurkowaniem" (diving) odwiedzi miejsca zwane Kosmosferami. Każda z nich ma 9 poziomów (oprócz Shurelli), gdzie rezydują różnorakie emocje i uczucia. Całe to zwiedzanie jest ciągiem autonomicznych historii w stylu "visual novel", czyli po prostu przewijamy przeważnie całe tony nawet ciekawych dialogów. Nie będzie to jednak przyjemna wycieczka, ponieważ odwiedzimy takie miejsca gdzie nawet diabeł mówi dobranoc. Oprócz prostych spraw takich jak niepewność, czy niewiara we własne siły, pojawią się takie uczucia jak strach, pożądanie, chęć śmierci bliskiej lub co gorsza własnej osoby itp. Z zasady Kosmosfery nie są obowiązkowe, lecz będziemy je odwiedzać choćby po to, by czarodziejki mogły tworzyć nowe zaklęcia. Trzeba powiedzieć, iż osobowości naszych bohaterek są bardzo sugestywne. Niejedna osoba może zacząć się zastanawiać czy czasem i w jej głowie nie kłębią się podobne problemy. Dzięki niesamowitemu klimatowi, aż chce się zaliczać kolejne poziomy. Odpowiednio zaprojektowane tła oraz atmosferyczna muzyka dopełniają obrazu całości. Cały ten sielankowy widoczek psuje jeden fakt. Wszystkie poziomy da się ukończyć zanim właściwa rozgrywka na dobre się rozkręci, ale zawsze pozostaje jeszcze Shurelia (bądź Ar Tonelico 2).

Współczynników autorzy nie pożałowali.
Wspominałem już, że gra ma wiele wspólnego z serią Atelier Iris. Nie dziwi więc fakt, że pojawia się w Ar Tonelico coś w rodzaju alchemii, nazywanej tu grathmeld. Prosta sprawa - mamy przepis, odpowiednie składniki, kryształ Grathnode i już możemy tworzyć np. narzędzia zniszczenia albo wiele innych mniej przydatnych przedmiotów. Melding sam w sobie jest tylko kolejnym elementem uprzyjemniającym zabawę, lecz nie należy go do końca lekceważyć. Zwłaszcza jeśli chodzi o pozyskiwanie nowego oręża i zbroi, bo prawdę mówiąc nie da się ich kupić w sklepach, trzeba je stworzyć samemu. Zresztą tyczy się to większości przedmiotów, dopiero potem będziemy je mogli zakupić. Wspomnieć też należy trochę o poruszaniu się. Na Mapie Świata poruszamy się skacząc po prostu z lokacji do lokacji. O jej brzydocie już pisałem. Same lokacje przypominają system sekcji połączonych ze sobą korytarzami. Z powodu nisko umieszczonej kamery ciężko jest czasem znaleźć wyjście, ale mamy do dyspozycji półprzeźroczystą mapę poglądową, wystarczy więc rzut okiem. Po miastach poruszamy się wybierając po prostu na ekranie głównym zakładkę odpowiadającej nam dzielnicy, których szczerze mówiąc nie ma wiele. Mimo wszystko mi ten pomysł przypadł do gustu, bo dzięki niemu oszczędzamy masę czasu. Zabawa jest do bólu liniowa, ale twórcom tu i ówdzie udało się przemycić kilka zadań pobocznych. Gra usilnie stara się odchodzić od schematu nowa lokacja = boss. Nierzadko udajemy się w nowe miejsce, po to tylko by posunąć bieg fabuły naprzód bez żadnych przykrych następstw w postaci silnego przeciwnika. W zależności od wybranego wariantu zabawy przejście gry zajmie nam od 25 do 50 godzin łatwej i przyjemnej rozrywki. Zastanawia mnie tylko jeden fakt. Dlaczego muszę oglądać napisy końcowe po około 2/3 rozrywki, jeśli wybrałem kontynuowanie gry o scenariusz związany z Shurelią?

Reyvateils.
Ar Tonelico można potraktować w kategorii interaktywnej książki. Rozbudowana opowieść poruszająca intrygujące tematy jest największym atutem tegoż tytułu, a rolą pozostałych elementów jest tylko pomoc w jej poznawaniu. Nie dziwi mnie więc fakt, iż potyczki są łatwe, a system alchemii nie pełni wiodącej roli. Ktoś pewnie powie, że bliżej tej produkcji do prostej klikanki w stylu fantasy-novel niż zwykłego RPG i być może będzie miał rację, a zresztą cóż w tym złego. Gra nie zawiera poważniejszych błędów, tylko co najwyżej kilka niedociągnięć. Niesłusznie niedoceniana jest jedną z lepszych rzeczy jak przytrafiła się PS2 a ja, chociaż nie jedyny wyciągnąłem ją dla was na światło dzienne.