Nie umiem pisać...

...ale próbuję

akolita akolita 04.02.2015, 18:19
Sięgając ku Prawdzie
630V

Sięgając ku Prawdzie

Jak wepchnąć w ramy recenzji grę, przy której spędziło się ponad 100 godzin, a w planach ma się kolejne podejście? Będzie trudno, ale nikt nie powiedział, że droga do celu jest prosta. Często znika we mgle, z której wyłaniają się kolejne niebezpieczeństwa.

Odkurzcie swoje Vity, bo czeka na Was jedna z najlepszych gier wydanych na przycisk do papieru produkcji Sony. A przecież jest tylko ulepszoną wersją gry z PS2

Maze of Life

(Poniższy akapit w formie rysunkowej dla nielubiących czytać -> klik)

Grę zaczynamy, gdy wraz z naszym bohaterem przybywamy do prowincjonalnej Inaby, gdzie przyjdzie nam spędzić najbliższy rok. Nasi rodzice wyjechali za granicę, a my jako dziecko w wieku licealnym zostajemy oddani pod opiekę naszego wujka (7-letnia kuzynka w komplecie). W czasie pierwszych pięciu minut gry zdążymy już zobaczyć dużą część mieściny, do której rzucił nas los. Jednak zanim doznamy typowego dla wieku kryzysu egzystencjalnego, czeka na nas pierwszy dzień w szkole - może to będzie nasza szansa? Dość szybko nasze nadzieje zostają podeptane, bo lądujemy w klasie najgorszego nauczyciela, który nie omieszka nam pokazać, kto tu jest najważniejszy. Fakt, że jesteśmy z miasta, nie pomaga (choć to mogę zrozumieć). Krótkie zapoznanie z resztą naszej klasy zostaje zakłócone przez wycie policyjnych syren, tyle dobrego, że możemy wcześniej opuścić placówkę szkolno-wychowawczą. W ramach zapowiedzi naszej przyszłej popularności, zostajemy zaproszeni na wycieczkę krajoznawczą przez Chie i Yukiko, nasze koleżanki. Niestety, oglądanie pola ryżu kończy się wraz z informacjami o morderstwie.

Tyle słowem wstępu, bo choć można opisać kilkanaście pierwszych godzin P4G i nadal poruszyć jedynie ułamek zawartości, to wątpię, by moje dalsze popisy grafomańskie kogokolwiek zachęciły do gry. Na przestrzeni dobrych kilkudziesięciu godzin fabuła zdąży się zresztą rozgałęzić na kilka jednoczesnych wątków. Oprócz próby wyjaśnienia wydarzeń, jakie zaczną wstrząsać Inabą, będziemy prowadzić modelowe życie japońskiego licealisty, kompletować drużynę, zacieśniać więzi (social links), szukać swojej waifu czy brać udział w kolejnych wydarzeniach... W Personę 4 nie grałem, ale z tego co wiem, to już przy tym wydaniu nie można było narzekać na brak zawartości. A w wersji Golden Atlus dopchał jej jeszcze więcej, więc wypadałoby trochę szerzej omówić poniektóre aspekty naszego codziennego życia w Inabie.

 

Like a dream come true

Jak wiadomo, szkoła jest tylko dodatkiem, więc poza okazyjnymi quizami i egzaminami, pełni rolę punktu startowego, w którym będziemy zaczynać właściwą część dnia, czyli popołudnie. Wtedy przyjdzie nam decydować czy i z kim spróbujemy zacieśnić znajomość, wyruszymy na zakupy lub do któregoś z przybytków uciechy (kino, mam na myśli kino!). Niezależnie od wybranej czynności, czas mija nieubłaganie - nie oznacza to jednak, że naszą jedyną opcją pozostanie sen. Również wieczorem będziemy mogli budować social linki ekskluzywne dla tej pory, czytać książki, sklejać modele, czy zajmować się pracą dorywczą. A jeśli zadzwonicie teraz, gratisowo otrzymacie takie opcje jak łowienie ryb, łapanie robaków, zajmowanie się ogrodem czy przyrządzanie lunchboxów na następny dzień*. O mój Boże! Nie mogę uwierzyć w te wspaniałości!

*(pory, w których te czynności można wykonać, różnią się w zależności od dnia. Sprzedający nie ponosi za to odpowiedzialności)

...um, w każdym razie, twórcy naprawdę postarali się, by gracz miał co robić na przestrzeni całej gry. Nie wspomniałem jednak o jeszcze jednej dostępnej czynności, która jest mimo wszystko najważniejsza. Próba wyjaśnienia, co do cholery jest nie tak z Inabą.

Nie wiem, czy napisanie, gdzie przyjdzie nam walczyć w P4G, można uznać za spoiler, bo dowiadujemy się tego gdzieś w 2 godzinie z kilkudziesięciu. Ciężko też pominąć ten element w recenzji. Jeśli jednak ktoś jest wyjątkowo uczulony na zdradzanie jakichkolwiek elementów fabuły, to właśnie został ostrzeżony (choć pewnie powinienem to zrobić przed pierwszym akapitem).

 

 

(Poniższy akapit w formie rysunkowej dla nielubiących czytać -> klik)

Choć Persona 4 chce być jeszcze bardziej fajna, rozrywkowa i date simowa od trzeciej części, również nie zapomina o swoich korzeniach (choć próżno szukać nazwy Shin Megami Tensei na pudełku lub w grze). Zanim gra faktycznie się zacznie, zdążymy odwiedzić charakterystyczny dla serii Velvet Room, gdzie Igor wciśnie nam kontrakt do podpisania - będziemy musieli "odkryć prawdę". A biorąc pod uwagę wydarzenia, jakie zaczną wstrząsać Inabą, będzie co odkrywać. Poza wspomnianym morderstwem, po mieście zaczynają krążyć pogłoski o tajemniczym The Midnight Channel - "jeśli o północy w deszczowy dzień spojrzysz na wyłączony telewizor, ujrzysz swoją miłość". Jakkolwiek niedorzecznie to brzmi, nasz bohater postanawia to zweryfikować (czego się nie robi za namową znajomych z klasy...). I choć brzmi to jeszcze niedorzeczniej, *ktoś* się pokazuje. Postać jest jednak wyjątkowo niewyraźna, więc logicznym jest, że nasz bohater wsadza swoją rękę w telewizor, co niestety nie poprawia jakości obrazu. Gdy następnego dnia spotyka się ze wspomnianymi wcześniej znajomymi z klasy, Chie i Yosuke, by podzielić się chwilę, wsadza rękę *w* telewizor?! Nasz bohater najwidoczniej posiada moc przechodzenia przez telewizory. Po krótkiej naradzie z resztą ekipy wyciągnięty zostaje jedyny logiczny wniosek - "sprawdźmy to!".

 

Shadow World

Po drugiej stronie znajduje się cały świat, w którym, choć jeszcze tego nie wiemy, przyjdzie nam spędzić dużą część gry. Choć określenie świat, jest tutaj użyte na wyrost - z tego co zdołamy dostrzec wśród otaczającej nas gęstej mgły, równie dobrze moglibyśmy być w studiu telewizyjnym. Pełnym mgły. Z której wyłania się średnich rozmiarów istota przypominająca pluszowego misia. Nazywa się Teddie. Tak, gra jest z Japonii.

Po dłuższej rozmowie mamy jako taki obraz, gdzie się znajdujemy oraz tego, że nie jesteśmy tu jedynymi ludźmi. Ktoś jeszcze trafił tutaj z "zewnętrznego świata", jednak dotarcie do niego uniemożliwiają Cienie (Shadows). Wszelki kontakt z nimi ma duże szanse skończyć się śmiercią i bez pomocy potężnych sojuszników sobie nie poradzimy. Na szczęście scenarzyści są gotowi zrobić wszystko, by nasz bohater był *super* i gdy w końcu stajemy w obliczu nieuchronnego zagrożenia, ten budzi w sobie moc do przyzywania Person. Oczywiście ratuje to sytuację i pozwala zweryfikować zamiary eksploracji świata kryjącego się za ekranami telewizorów. Pod naszym światłym przewodnictwem również reszta ekipy obudzi w sobie te moce. Więc gdy intryga zacznie zataczać coraz szersze kręgi, a kolejni ludzie zaczną pojawiać się "po drugiej stronie" (co może zakończyć się zgonem, o czym dość prędko się przekonamy), będziemy gotowi, by stawić jej czoło. I w tym momencie można postawić kropkę. Bo choć obiecałem wcześniej skończyć grafomańskie popisy, musiałem wypisać wszystkie rzeczy, które składają się na podstawy rozgrywki w P4G.

Od tego momentu dalsza sytuacja rozwijać się będzie coraz szybciej. Kolejni ludzie będą pojawiać się w deszczowe dni na The Midnight Channel, zmuszając nas do kolejnych wypraw na "drugą stronę" w celu ratowania nieszczęśników. Ta część gry to typowy dungeon crawler, gdzie dosłownie będziemy pokonywać kolejne poziomy lochów, w trakcie której będziemy walczyć z Cieniami, zdobywać materiały potrzebne do ulepszania ekwipunku oraz coraz mocniejsze Persony. W końcu fuzje kolejnych istot, będących jedynie "obrazami naszej duszy" są jednym ze znaków charakterystycznych gier z serii i na szukaniu coraz potężniejszych sprzymierzeńców spędzimy w Velvet Roomie długie (choć opcja podglądu dostępnych połączeń znacznie nam to ułatwi) godziny. Ale będzie to opłacalne, bo tylko szeroki wachlarz dostępnych opcji pozwoli nam wygrywać kolejne walki oraz da nam szansę, by stawieniem czoła bossom, czekającym na końcu każdego z lochów nie skończyło się naszym zgonem. A czy starcia te będą proste, zależy tylko od nas i przygotowanej wcześniej strategii.

Skupienie się na Personach nie oznacza, że levelowanie naszych bohaterów nie będzie bez znaczenia, choć na tę kwestię nie położono aż tak silnego nacisku, jak w pozostałych RPGach. To od naszego poziomu zależy, ile Person będziemy mogli mieć "przy sobie" oraz jak potężne istoty będziemy mogli przywołać w Velvet Roomie. A w trakcie kolejnych walk również one będą zdobywać doświadczenie i nowe umiejętności, przez co nawet niezbyt interesujące początkowo opcje będą mogły stać się naszymi asami w rękawie. Do tego Persony, choć ich liczba jest bardzo duża (179), w przeważającej mierze są bardzo ciekawie przedstawione. W sumie podziękowania należą się ludziom pracującym nad uniwersum Shin Megami Tensei, bo to stamtąd wywodzi się zdecydowana większość wyobrażeń nt. wyglądu poszczególnych demonów. A dla wszelkich miłośników mitologii każdą z istot opatrzono krótką notką nt. "pochodzenia" i roli w danych wierzeniach.

 

Want to be close

Ciągle zbliżając się do końca, chciałbym jeszcze wspomnieć o drugim znaku rozpoznawczym gry, czyli całej sferze socjalnej, tak w postaci social linków, jak i wydarzeń ze szkolnego kalendarza. Te pierwsze to nasze więzi, jakie nawiązujemy, a następnie zacieśniamy z odpowiednimi postaciami. Po co? Każdy social link odpowiada innej Arcanie, a każda Arcana odpowiada za wybrane Persony. Oznacza to, że im wyższy jest poziom naszego social linku, tym większy bonus w postaci doświadczenia dostaniemy w trakcie łączenia odpowiadających mu Person w Velvet Roomie - znaczy się warto. I choć już to sprawia, że warto się tematem zainteresować, to w porównaniu do trzeciej części social linki są w zdecydowanej większości. Każda z osób, z którymi będziemy przebywać, ma swoje małe historie, poznawane przez nas na przestrzeni 10 "poziomów" znajomości. Poza autentyczną chęcią zobaczenia ich finału, na końcu każdego z social linków czeka na nas potężna Persona, do której fuzji otrzymamy dostęp. A jeśli najdzie Was ochota, możecie wybrać jedną z dziewczyn, by wyrwać się z friendzone'y i pogłębić swoje relacje. Lub po prostu chcecie zdobyć trofeum (hehe...).

Jak wypadają zaś wszelki aktywności związane ze szkołą? Jest ich dużo i są raczej zabawne, ale w pewnym momencie ich natężenie zaczyna być zbyt częste. Kolejne etapy social linków trwają góra trzy minuty, więc nie ma mowy o zmęczeniu. Za to wspomniane wydarzenia, ugh... W małym natężeniu kilkunastu minutowe przerywniki fajnie pokazują relacje panujące w naszej drużynie, dając każdej z postaci pole do popisu. Gorzej, że często wspomniane natężenie małe nie jest. Nie po to gram w Personę, by spędzać pół godziny na oglądaniu scen żywcem wyjętych z jakiegoś obyczajowego anime. Pewnie w grę wchodzą moje osobiste preferencje i jeśli ktoś lubuje się we wszelkiego rodzaju slice of life'ach, to ucieszy się na myśl o czekających go wyprawach na plażę, wycieczkach szkolnych itp. Reszcie pozostanie zmywanie nieprzyjemnego posmaku, rzucając się w wir grindu w kolejnych lochach.

Że nie napisałem nic konkretnego o naszej drużynie? W związku z tym, że jednym z głównych motywów gry jest zdolność do stawienia czoła własnym słabościom i lękom, a w efekcie ich akceptacja, kontakty z naszymi towarzyszami będą w dużej części przypominać sesje psychoanalityczne. Atlusowi udało się jednak *napisać* bardzo dobre postaci, więc nie będzie to stanowić problemu, a w trakcie kontaktów z nimi naprawdę będziemy czuć, że się do nich zbliżamy. Nie chcę się jednak wdawać w szczegóły, bo nie taka rola recenzji, a i samodzielne poznawania naszych towarzyszy jest jednym z jaśniejszych punktów gry. Dodam tylko, że nawet najbardziej denerwujący poszukiwacz prawdy nie wypada w połowie tak źle jak niektórzy z P3 (hej, Yukari). Jedynym minusem jest to, że tradycyjnie dość długo zbieramy drużynę. Przez to niektórych towarzyszy ledwo zaczniemy poznawać, podczas gdy innych będziemy mieć już dość.

 

Light the Fire Up in the Night

Warstwa techniczna? Cóż, widać, że gra wywodzi się z PS2, co nie znaczy, że jest szpetna. Wszelkie pomieszczenia, po których się poruszamy są przyzwoicie wykonane, choć często dość ubogie pod względem zawartości. Bardzo dobrze za to wypadają pomysły "na nie" - mam tu na myśli kolejne lochy, które przyjdzie nam przemierzać. Każdy ma swój niepowtarzalny motyw przewodni - raz będzie to disneyowski zamek, innym razem sauna. Nigdy nie będziemy wiedzieli, co czeka nas tym razem. Do tego dochodzi wątek fabularny, gdyż na kształt każdego z lochów jakiś wpływ ma osoba uwięziona na jego końcu.

Jedynym słabszym elementem grafiki są modele postaci. Jeśli nieopatrznie ustawimy kamerę pod złym kątem, można się nieźle wystraszyć. Oglądane z bliska postacie przypominają kiepsko wykonane lalki. Na szczęści tak w trakcie walki, jak i eksploracji nie jest to widoczne, ponieważ kamera zachowuje odpowiedni dystans. A w trakcie częstych rozmów na pierwszym planie mamy do czynienia ze świetnie wykonanymi sprite'ami postaci. Również zdarzające się od święta przerywniki są bardzo dobre.

 

 

W końcu! Muzyka! Jest świetna! ...z twórczością Shojiego Meguro spotkałem się przypadkowo, nic o nim wcześniej nie wiedząc (choć to może kwestia mojego dyletanctwa). I choć mam za sobą trzy gry, do których komponował muzykę, to jeszcze nie spotkałem się z utworem, który by mnie odrzucił. W Catherine był w stanie zremiksować klasyczne utwory, jednocześnie ich nie bezczeszcząc, w Personie 3 znów cieszyłem twarz, słuchając hip-hopu (tak jakby). Z kolei w P4G tupię sobie nogą do j-popu, śpiewanego Engrishem. Nie przeszkadza mi nawet bezsensowność niektórych zwrotek. Również wszelkie utwory instrumentalne stoją na typowym dla tego kompozytora poziomie, współgrając z wydarzeniami na ekranie lub urozmaicając zwykłą włóczęgę po mieście. I chociaż po tylu godzinach odczuwałem przesyt częściej powtarzającymi się utworami, to nadal nie można było powiedzieć o irytacji. A po kilkudziesięciu godzinach spędzonych w grze jest to duży komplement.

Przy udźwiękowieniu gry należy też wspomnieć o angielskim dubbingu, który na szczęście wypadł bardzo dobrze. I choć czasem trafi się jakiś słabszy moment, to spokojnie można to tłumaczyć ilością materiału. Aktorzy wykonali kawał naprawdę dobrej roboty*. A teraz jeszcze trochę muzyki!

 

 

Never More

Osoby, które grały, na pewno zauważą, że nie wspomniałem jeszcze o masie ważnych rzeczy, których nie można pominąć (gdzie wzmianka o mierzeniu się z samym sobą?!). Osoby, które nie grały, odpadły już w połowie tekstu. Mam tylko nadzieję, że nie jestem sam w grupie docelowej tego tekstu. A jeśli nie udało mi się tego do tej pory przekazać - tak, polecam zagrać w Personę 4: Golden. Jeśli posiadacie przenośną konsolę Sony, tolerujecie japońszczyznę, a nie graliście w P4G, z miejsca tracicie prawo do narzekania, "że nie ma w co grać". Zagrajcie i dopiero wróćcie do powtarzania tej mantry. Zaryzykuje nawet tezę, że jeśli lubicie jRPGi, to dla tej gry warto rozejrzeć się za tanią Vitą,

 

Tagi: chinskie_bajki persona 4 golden

Werdykt
  • + Fabuła
  • + Towarzysze
  • + Social linki
  • + Design lochów
  • + Świetne sprite'y
  • + Mnogość Person
  • + Muzyka!
  • + To kolejna gra z serii Persona - jeśli ją lubicie
  • - Przesyt eventami
  • - Aktualne modele postaci w grze
  • - Główny bohater czasami jest *zbyt* idealny
  • - To kolejna gra z serii Persona - jeśli jej nie lubicie
9.0
akolita
akolita Nie poruszyłem wszystkich ważnych kwestii w recenzji, a teraz miałbym się jeszcze ścisnąć do tego okienka?! Haha, nie.
Oceń notkę
+ +20 -

Ringo! Mogire! Beam!
Oceń profil
+ +4 -
akolita
Ranking: 880 Poziom: 45
PD: 12375
REPUTACJA: 3123