Weekendowe granie #26
Po tym co zaszło w ostatnim odcinku, będącym ćwiercią tego co zamierzam natworzyć, nie wiem co zrobić z tymże. Powrócić do mainstreamu czy pisać bez większego sensu? No bo ile ludzi widziało ślinę wróbla, albo tańczącego konia? Nie wiem, zaczynam.
No i jak tu zacząć? Naprawdę, wybiliście mnie z rytmu. Trolle, końce gier, naśladowcy, śmiechawce, konie, zoofilia, latawce. Mówią żeby iść własną ścieżką, nie zwracać uwagi na to co mówią inni. Tak? Prawda to? No to lecim. Po mojemu. Czyli nijak.
Non stop parskając i zaśmiewając się w najlepsze, grałem w The Wolf Among Us. Pytacie czemu było mi tak wesoło? A bo jakieś psy sobie tańcowały za moim oknem. A to żadne żarty, bo mieszkam na samej górze blogu. Na jego trzecim piętrze. Wejść tam niełatwo, szczególnie od zewnątrz. No bo jak? Wszędzie tylko niebo, powietrze, może czasem jakiś ptak się rozbije o szybę (a ja potem muszę ścierać jego myśli nawilżoną szmatką). Ale tym psom się udało. Nie to że lewitowały w powietrzu. Po prostu tam tańczyły. No i odciągały moją uwagę od tego samograja. Śmiać mi się chciało, bo widok naprawdę przezabawny. I to melodyjne, śpiewne szczekanie. Ostatecznie opuściłem rolety, bo fanem spoglądania na podwórko nie jestem. Jacyś ludzie chodzą tam i z powrotem, jakby mieli coś ważnego do załatwienia. Po opuszczeniu rolet udało mi się przejść przez tego wilka i nawet wbić platynę (banalna). Ale to co o tym myślę wiecie z recenzji, która niedawno się ukazała. Wspomnę o jednej rzeczy tylko. Że bardzo podobał mi się klimat jako całość, brutalność i udźwiękowienie. Choć mało tam muzyki zachęcającej do kupna ścieżki dźwiękowej. No a przecież wilków na ścieżce i tak nie będzie. Trzeba się obejść smakiem i nacieszyć wzrok widokiem ulicznych piesów. Ogólnie takie gry nie powinny mieć racji bytu. I chodzi mi tu o charakter rozgrywki. Klikamy i patrzymy co się dzieje. Z point ‘n’ click ma to niewiele wspólnego. Pamiętam jak pierwsza Syberia dawała mi sporo frajdy, przez to właśnie że sam musiałem lokacje przeszukiwać, a potem kombinować jak jeden przedmiot połączyć z czymś innym. W TWAU tego zabrakło. Ta gra to klimatyczny festyn dla niedzielnych graczy. Taki hardkor jak ja patrzy na to jak na zwykłego crapa. Ocena 7/10 jest najlepszym tego przykładem. Krzyknąłbym niczym kibol parę niemiłych słów w stronę samograjów, ale się powstrzymam, wszak nuby (akolita i Laughter) mogą to podchwycić i mnie wezmą na spytki w studni.

Tego samego dnia, jak już była pora wieczorna postanowiłem, że podniosę rolety, by sprawdzić czy moi tańczący towarzysze dalej tam są. Okazało się, że doszedł do nich przeraźliwie czarny koń. Czyste szaleństwo. Tańczył breakdance’a zrzucając przy tym kwiatki z balkonu jakiejś starszej pani. Nie mogłem tego wyczymać! Dlatego otworzyłem okno i krzyknąłem mu prosto w kopyta: zejdź ty mie stąd obrzydliwcu! Przez chwilę myślałem że nie zareaguje, ale gdy jakiś starszy pan zawołał go do stołu, popędził w siną dal. Na tęczy. Psy też się jakoś rozbiegły po tym zajściu i jeden z nich rozbił się na drzewie stawiając tam namiot. Pożyczyłem mu miłych snów i zasłoniłem okna. Skoro zrobił się odpowiedni klimat, postanowiłem że dosiądę kury. Wsiadłem na jej grzbiet i zmusiłem do wypluwania jaj. Nie martwcie się, ta kura jest kilka razy większa ode mnie więc jej nie zgniotłem. A że sufit mam bardzo wysoki (tylko w pokoju) to się tam pomieściła! Oddałem się więc ostrzeliwaniu latających głów starców. Ogólnie o co chodzi? A no o to, że ciągle próbuję zdobyć 100% w Black Knight Sword od Sudy – posmakowałem zaledwie garstki jego dzieł i to po kawałku, ale już jestem oczarowany. Sama gra jest bardzo dobra, choć z podobnym gatunkiem miałem niewiele do czynienia. Jaki to gatunek? Jakieś połączenie slashera z elementami platformowymi – czyli o ile się orientuję, system rodem z serii Castlevania. Ciachamy kolejnych dziwnych przeciwników (chyba tylko wilki są normalne, reszta to chodzące lub latające głowy itp – z kolei „król” wilków ma ludzką twarz i jest przeogromny), skaczemy po platformach i idziemy głównie w prawo – tak, grafika jest dwuwymiarowa (nie do końca), a design gry mocno nawiązuje do teatru lalek (swoją drogą kiedyś do tego we Wrocławiu chętnie bym się wybrał, ale cen nie znam xD). Jeśli to styl podobny do Puppeteer to wybaczcie, że tego nie zaznaczam – nie grałem, a ideologia „nie znam się, więc się wypowiem” jest mi nie po drodze. Ogólnie wracając do tematu maksowania gry. Za pierwszym podejściem nie za bardzo ulepszyłem swojego rycerza i na poziomie normalnym miałem sporo trudności. Jakimś cudem udało mi się dotrzeć do ostatniej walki, ale poległem tam jak pies-imprezowicz co się za bardzo wściekł. Postanowiłem więc, że zacznę grę od początku, ale na łatwym poziomie i przejdę bez ulepszeń i straty życia. Łatwo nie było, ale w końcu się udało, więc jedne z najtrudniejszych trofeów mam za sobą. Później zacząłem grać na normalnym poziomie trudności, ale ulepszając rycerza ile wlezie i ostatnia walka została zakończona przy pierwszym podejściu. Mimo to gra jest naprawdę trudna. Teraz przechodzę na Hard i jest ciężko, ale połowa drugiego rozdziału jest za mną. Martwię się co będzie w trzecim, kiedy to latamy na kurze i strzelamy do przeciwników – bo to co się tam dzieje to istny hardkor. Tak czy siak, do gry siadam na luzie, max dwie godzinki i jedziemy z czymś innym. Z czym pytacie?

Na przykład Brothers: A Tale of Two Sons. Niby to nie indyk, ale na pewno mniejszy projekt. Co tu dużo mówić. Gra jest piękna. Spodobał mi się design, widoczki oraz oczywiście poruszająca fabuła. Nie chcę tutaj psuć zabawy tym co nie grali, więc powiem tylko tyle, że jest to opowieść o dwóch synach, którzy wyruszają po lek mający pomóc umierającemu ojcowi. Po drodze spotykają wiele mniej lub bardziej przyjaznych stworzeń, którym pomagają lub nie. W trakcie tej podróży my sami poznajemy braci mimo iż porozumiewają się językiem którego my jako gracze nie rozumiemy. Młodszy jest mniej odpowiedzialny, bardziej wredny i złośliwy. Starszy natomiast patrzy bardziej w przyszłość, stara się rozwiązywać wszystko z głową i tym samym jest opiekunem młodszego. Ma jedną słabość, ale to zbyt wiele by Wam powiedziało. Przez całą grę nie wzruszyłem się ani razu – jedynie podziwiałem widoki i kunszt twórców. Jedna z lokacji jest mocniejsza od tego co widziałem w takim God of War. Dosłownie wodospady krwi. Z kolei finał wbił mnie w fotel, przygnębił. Mimo wszystko łza spłynęła po policzku, a taki twardy ze mnie drań. Niestety nie jest to gra idealna. Czegoś zabrakło. Na pewno jest zbyt krótka, ale to mały projekt. Denerwowały mnie jęki i krzyki braci, które zdawały się głośniejsze od wszystkiego. Należy natomiast pochwalić wszelkie smaczki i wątki poboczne. Szkoda, że ta gra to mniejszy projekt, ale z drugiej strony czy to nie na tym polega jej urok? Ogólnie Bracia mają swoją popularność – chcąc nie chcąc dużo o nich przeczytałem, nawet choćby ten tytuł był mi dobrze znany. Polecam w zasadzie każdemu, mimo dość (nie za bardzo) innowacyjnego sterowania.

Kolejnym tytułem, który zacząłem i w który będę grał w ten weekend jest pierwszy Bioshock. Kiedyś przeszedłem go na Xbox360, ale było to dość dawno temu i od tamtego czasu zapomniałem, że ta gra jest naprawdę chora. Mimo iż jestem przy końcu gry, trudno mi powiedzieć o co tak naprawdę chodzi. Ot, metropolia stworzona przez człowieka zniechęconego światem przepełnionym polityką, socjalizmem czy religią. Istny raj. Każdy pracuje dla siebie, każdy jest kowalem własnego losu. Wiadomo co tutaj się zaczyna. Początkowo małe wojenki, prześciganie się w dostarczaniu najlepszych usług. Niejaki Fontaine zdaje się w tym najlepszy, za co Andrew Ryan szczerze go nienawidzi. Największym problemem podwodnej metropolii była substancja ADAM. Dawała nadludzkie zdolności obdarzając użytkownika możliwością używania telekinezy. Szybko niemal wszyscy się od niej uzależnili, stając się czymś w rodzaju mutantów – wykrzywione twarze, nadludzka wytrzymałość i zwichrowane postrzeganie rzeczywistości (prawie jak ćpuny). Wkrótce ADAM stał się najbardziej poszukiwaną rzeczą w Rapture. Do tego stopnia, że posłużono się małymi dziewczynkami, które miały specyfik odzyskiwać – oczywiście nie są to już takie zwykłe małe dziewczynki, ale to zostawię do odkrycia Wam. Chodzą więc z Wielkim Tatusiem (Big Daddy), który niegdyś był człowiekiem (ale teraz jest zmutowany do tego stopnia, że już nie wypada tak go nazywać) i wyciągają go z leżących wszędzie trupów. Ostatnio moja dziewczyna była świadkiem tego jak podchodzę z ciężkim kluczem do tej biednej, kulącej się dziewczynki, w celu zabrania od niej ADAMA. Ania patrzyła na to z niesmakiem – no bo przecież najwidoczniej chcę zabić to dziecko i widząc to z miejsca zniechęciła się do gry. Lekko zmieniła zdanie, gdy zobaczyła jak ją uratowałem, ale niesmak jednak pozostał. Wszak mam możliwość zabicia tej dziewczynki. Wykorzystania i porzucenia jej. Dlatego między innymi uważam, że ta gra jest genialna. Uwielbiam tytuły, które graczom pozostawiają tego typu moralne wybory. Może potrafiłbym kilka wymienić, ale teraz do głowy przychodzi mi tylko seria MGS. Bioshock jednak idzie dalej, bo nie unika pokazywania dzieci, a jak wiemy większość gier to robi. A jak prezentuje się samo Rapture? Przepięknie i jednak żałuję, że mogę je zwiedzać dopiero wtedy gdy chyli się ku upadkowi. Ale to ma swój urok. Panujący wszędzie wystrój Art Deco, pomieszczenia wypełnione szaleńcami o zniekształconych twarzach czy naprawdę nieludzkie reklamy odnoszące się do postępowania względem Małych Siostrzyczek. Najbardziej szokują mnie pozostawione nagrania, oraz jakby nie było okrzyki przeciwników. Gdy sobie spacerują i nas nie widzą mówią do siebie o tym, że chcieli jedynie towarzystwa, a gdy nas zauważą krzyczą „nie osądzaj mnie k***a!”. Inny z kolei śpiewa o tym, że Jezus go kocha, bo tak mówi Biblia, jeszcze inny pyta się ojca (zapewne Boga) czemu go opuścił. Cyrk, ale niech mnie pies pokąsa jeśli nie genialnie przedstawiony. Mimo wszystko najbardziej spodobał mi się moment z szalonym artystą Coheenem. Naprawdę przepiękny motyw. Wykorzystywanie i zabijanie dla sztuki, traktowanie ludzi jak masy, której trzeba nadać odpowiedni kształt by mogła nabrać jakiegokolwiek znaczenia. A motyw z grającym na pianinie? Brak słów. Geniusz. Mnie tylko zastanawia co te świry robią, gdy nie pojawia się ktoś taki jak nasz bohater? Biorą kolejnych Genofagów i się nimi bawią? Na to by wyglądało. Spodobała mi się jeszcze postać szalonego chirurga, który bawił się w asymetrię (choć ludzka twarz nie jest tak mocno symetryczna – no ale on chciał iść z tym dalej). Mówiąc krótko, dla mnie ta gra jest genialna. Od początku do końca, mimo iż na początku narzekałem na brak przerywników. Mimo wszystko, dzięki nagraniom to dzieło bardziej działa na wyobraźnię. Jeśli ktoś tej gry nie sprawdził, to nie wiem na co czeka.

Zaintrygowany genialnym Nierem, który zrodził się jako rozwinięcie jednego z zakończeń „hitu” z PS2, zacząłem grać w Drakengard. Pograłem jakieś sześć godzin i mam mieszane odczucia. Pierwsze co mnie uderzyło to bardzo słaba grafika (nawet jak na rok 2004/2005) oraz starcia naziemne. Źle mi się walczyło, szczególnie na początku, ale później jak broń trochę się ulepszyła wciągnąłem się w walkę i zabiłem jakieś 1050 przeciwników w jednej misji. Wiem, brzmi poważnie. Naprawdę ogromne ilości wrogich żołnierzy na nas nacierają, kroi się i kroi a tych nie ubywa. Niestety, broń ulepsza się tylko poprzez zabijanie odpowiednich ilości przeciwników. Jak przy mieczu napisane jest „to next level 34”, to znaczy że trzeba z tej broni zabić jeszcze 34 żołnierzy. I dobrze walczy się tylko tymi ulepszonymi – podstawowe można schować do pieca. Z kolei misje na smoku są o wiele lepiej zrealizowane, ale widać już dziwactwa. Niszczyłem jakieś dziwne kwadratowe bloki z ludzkimi twarzami. Wybaczcie, ale kojarzyło mi się to z Nierem. Co śmieszne, nawet grafika w tych sekwencjach jest lepsza. A z tego co wiem, gra miała się opierać jedynie na walce w powietrzu, na smoku. Sekwencje naziemne zostały dodane na ostatnią chwilę i nie zdążyli ich poprawić. Na Square Enix brakuje nieraz słów. Jak widać już za czasów PlayStation/PlayStation 2 były z nimi problemy (taki przykład jak Xenogears), ale cóż poradzić. Drakengard jest biedny technicznie, ocenzurowany i mam nadzieję, że fabuła mi to wynagrodzi. A podobno jest bardzo dobra. Na razie jest ciekawie, ale jeszcze mnie nie porwała. I niech mnie smoki pożrą, ale bez trofeów gra się wyśmienicie!!

Ostatnia gra, którą teraz się zajmuję jest Mafia II. Zbyt dużo nie napiszę o fabule, choć mogę tylko powiedzieć tyle, że zaczyna się gorzej od „jedynki”. Nie ma szału. Fakt, lądujemy na wojnie, ale co z tego jak to wszystko przeznaczone jest tak naprawdę na szkolenie gracza i jakby pretekst do rozpoczęcia opowieści. Nie chcę się czepiać ogólnie, ale chodzi mi jedynie o to, że wątek „Vito żołnierza” został za słabo rozbudowany i ogólnie zbyt krótko trwał. Zanim zdążyłem się nim nacieszyć, nastąpił koniec. Później jest mimo wszystko lepiej. Nie do końca podobają mi się te zadania, ale nie przejmuję się nimi, bo bardzo podoba mi się miasto i klimat. Uwielbiam chodzić (biegać tylko podczas akcji!) i rozglądać się po ludziach. Choć brakuje mi tutaj czegoś takiego jak zmiana trybu poruszania się: z chodu na bieg – jest tylko włączenie/wyłączenie skradania. Bardzo przyjemnie się jeździ, ale model jazdy mimo wszystko wydaje się jakiś mniej realistyczny. Może to przez tą zimę, wszak ulice są w śniegu. Podoba mi się to co można robić z autami (a są piękne) i postacią (kupować ciuchy, jeść itp.) – tego zabrakło w „jedynce”. Ogólnie na razie jest dobrze, bez szału. Zobaczymy jak to potoczy się dalej. Nie mogę się doczekać, aż Vito w końcu zostanie tym gangsterem. Teraz to jest chłopaczkiem na posyłki. Aha, jeszcze jedno: strzelaniny mimo iż wygodniejsze, robią mniejsze wrażenie. Szczególnie chodzi mi o krew i inne pozostałości jak łuski. Tutaj ta krew nie wygląda tak dobrze, w pierwszej części widać było, że toczyła się tutaj ostra strzelanina, nawet jeśli dotyczyła mnie i dwóch policjantów.

MUZYKA
Hm, w ostatnich czasach oczywiście króluje Die Antwoord i szykowanie się na ich koncert, ale z tym jeszcze poczekamy. Zamiast tego zaprezentuję Wam coś trochę odmiennego. Jest słonecznie (jeszcze) więc niejako wpasuję się z tym w klimacik. Swego czasu ten projekt był mi całkowicie obcy, mimo iż bodaj JEDEN singiel był grany w naszych stacjach radiowych, których przez większość życia jestem zmuszony słuchać. Sytuacja się zmieniła gdy kumpel pokazał mi co ten duet ogólnie tworzy i po kilku razach, pożyczonych płytach przekonałem się i polubiłem, a teraz taki czas nastał że sobie lubię włączyć. Zapraszam do słuchania.
Drugim projektem którym chciałbym się podzielić jest Enigma. Wiem, że nie powinienem stawiać obu wykonawców obok siebie, ale zawsze to robię i z tych dwóch bardziej podoba mi się Enigma, głównie dlatego że bardziej trafia w mój gust. Sytuacja podobna jak z Deep Forest, ale tutaj szybciej się zakochałem. Nie ma co gadać, słuchajcie! Mam tylko problem z dobraniem utworów. Jakie bym nie dobrał, warto posłuchać. Ostatni pochodzi z najnowszej płyty, jakby ktoś pytał. Reszta jest bardziej znana.
Tyle ode mnie. Filmów nie oglądałem (poza jednym o którym nie chce mi się na razie pisać – to samo tyczy się książki). Tradycyjnie. Zapraszam do dyskusji, chwalenia się tym w co teraz gracie. Muzyka, filmy i książki również mile widziane. Pozdrawiam i życzę przyjemnego wypoczynku!