Weekendowe granie #6
Kolejny tydzień się kończy, toteż u niektórych wiąże się to z odpoczynkiem. U mnie odpoczynek to w dużym stopniu granie na mojej poczciwej czarnulce i DSie. A od czego odpoczywam? Od tego całego zamieszania związanego z zarabianiem pieniędzy i od bólu, którym poczęstował mnie ząb. Na szczęście złe buby się na chwilę schowały i mogę zacząć kolejny odcinek Weekendowego grania.
Niedługo po emisji poprzedniego odcinka ukończyłem Silent Hill 4: The Room i muszę powiedzieć, że jak na pierwsze podejście bardzo mi się spodobał, ale nie potrafię powiedzieć jak wiele ma z tym wspólnego Downpour, który totalnie mi nie podszedł, a na pewno nie jako Silent Hill. Może gdybym zagrał w czwórkę w czasach kiedy jarałem się Sajlentami 1-3 to miałbym inne zdanie. Z pewnością spośród odsłon tworzonych przez Japończyków z Konami, ta o Henryku jest najgorsza. Nigdy bym nie powiedział jednak, że tragiczna jak sugerowało wiele opinii. W pierwszym odcinku Weekendowego grania, w którym opisywałem pierwsze wrażenia z ogrywania tego tytułu były raczej mało pozytywne, ale moja opinia o grze polepszała się wraz z każdym kolejnym przejściem przez dziurę w toalecie. Pisałem że mało straszne, że nie wciąga, że Henry zmulony i skrzynia, ale z czasem historia i zwiedzanie kolejnych lokacji stało się na tyle interesujące, że owe cechy przestały mi przeszkadzać. Dodatkowo spodobał mi się design niektórych potworów i końcowych lokacji. Pod koniec gry, kiedy jesteśmy w odmienionym apartamencie było pomieszczenie, w którym płacz kobiety przeplatał się z jakimś bardzo niskim, tłustym dźwiękiem. To plus mięsiste ściany i kreatury chodzące na dwóch łapach przyprawiły mnie o lekkie mdłości - już długi czas nie czułem czegoś podobnego, szkoda że tylko jeden fragment gry podarował mi takie doznania. Ogólnie bardzo podobało mi się to co pod koniec dzieje się w pokoju i to co widzimy na korytarzu podczas patrzenia przez judasza. To coś czego zabrakło w świetnym Origins, nie mówiąc o Downpour (Homecoming i Shattered Memories znam tylko powierzchownie i raczej gameplayowo). Na plus (potężny) zasługuje oczywiście ścieżka dźwiękowa, ale o tym wszyscy wiedzą - Akira jest niezastąpiony w tym temacie i mimo iż Daniel Licht (znany z Dextera i genialnego Blood Theme) wykonał kawał dobrej roboty, to jednak nie to co Yamaoka. A skoro już przy tym jesteśmy to...
Podobnie genialnej kompozycji zabrakło w ulewnym Silent Hill.
Podsumowałem chyba wszystkie zalety (najważniejsze) tego tytułu, pora więc na wady. Szczególnie te najbardziej dotkliwe (och, jak to brzmi poważnie). Najbardziej denerwowały mnie duchy ofiar - przeciwnicy, których nie sposób zabić. Jedynym na nich sposobem jest przybicie specjalnym mieczem do podłogi, lub poruszanie się w ich obecności ze świętym amuletem, który po jakimś czasie takiego używania pęka. W trakcie przechodzenia gry trafiłem chyba na trzy miecze i cztery amulety a duchów było kilkadziesiąt, niektóre szczególnie denerwujące. Kolejna rzecz to "realizm" ekwipunku. Każda paczka amunicji zawierająca powiedzmy 10 pocisków zajmowała jedno osobne miejsce - jeśli więc chcieliśmy sobie postrzelać posiadając powiedzmy 30 naboi to musieliśmy poświęcić aż cztery miejsca na jakieś 7 czy 8 dostępnych. Był to spory problem szczególnie podczas ostatniej walki. W następnej kolejności będę marudził o przebiegu walki. Ogólnie jest niewygodnie, bo Henry jakoś słabo się rusza jeśli już naszykujemy się do ataku i nieraz robi niepotrzebny silny zamach - np w przypadku kiedy zależy nam na jedynie szybkich ciosach, natomiast każdy kolejny zapełnia pasek i w efekcie któryś z nich staje się tym najsilniejszym. Mnie to denerwowało, bo zadanie go chwilę zajmuje, więc przy szybkich przeciwnikach było to utrapieniem. No i jest problem z krótkimi broniami - jak np siekiera. Psy czy inne dziwadła odskakują do tyłu, a Henry jakoś słabo się do nich zbliża (no rozumiem, boi się - w domu źle, na dworze jeszcze gorzej, chłopak nie ogarnia - ale kto by ogarnął?). Podsumowując jeszcze wady napiszę o dziwnych ruchach Henry'ego - są jakby niedopracowane. W niektórych momentach pojawiają się przeciwnicy w dość przytłaczających ilościach. Walczyć nie ma po co, a ominąć też ciężko no i całość ogólnie sprawia wrażenie jakby miało służyć wymuszeniu uczucia strachu na graczu. Przecież SH to nie o tym. No i ogólnie, gra nie jest tak zła jak mówili. Tym bardziej jeśli popatrzymy w jakim kierunku seria poszła później. W zasadzie nie wiem czy nie-fanom SH można ten tytuł polecić. Konami pewnie w ten sposób pomyślało i dlatego nie ma go w kolekcji HD, ale moim zdaniem mógł się tam pojawić. Tymczasem pozostaje wersja na PS2 oraz ta nutka.
Kolejnym tytułem, który ogrywam jest oczywiście w dalszym ciągu Final Fantasy XII i próba ogarnięcia tego na 100%. Ciągle próbuję dopaść 80 rzadkich potworów i zostało mi jeszcze trochę ponad 20. Czyli jestem bliżej niż dalej, najs. Ostatnio byłem w Pharos at Ridorana i nieźle się tam nabiegałem, bo całość jest lekko skomplikowana, ale nie tak jak The Great Crystal. Przy okazji ubiłem Magick Pot i uzupełniłem wpis o nim w bestiariuszu. Po wszystkim wróciłem się do Ridorana Cataract gdzie znalazłem jeszcze dwa rzadkie potwory i trafiłem na Yazmata. Ogromne bydlę, nie ma to tamto, ale ładnie wygląda. Zablokował mi drogę do zapisu, więc musiałem się wrócić do tyłu, by zapisać stan gry (220h na liczniku) i gdyby nie to że musiałem iść do pracy to pewnie podszedłbym do blisko dwugodzinnej walki (podobno tyle zajmuje pokonanie go). Od tamtej pory gry nie ruszyłem, bo bawię się jeszcze w inny tytuł.

Jest nim Need for Speed: Underground 2. Któż tego nie zna? Dotychczas ogrywałem tylko w wersji na PC, ale ostatnio postanowiłem nabyć w (pierwszej jaka powstała) wersji na czarnulkę, żeby uzupełnić lukę w kolekcji. Trudno mi powiedzieć czy jest lepsza od poprzednika, ale na pewno na plus jest swoboda w poruszaniu się po mieście. Trochę gorzej jest z blurem i wrażenie prędkości nie jest już tak wyraziste jak poprzednio, a szkoda. Kolejny plusik należy się za nowe tryby wyścigów (U.R.L. & Street X) oraz nowości w tuningowaniu (sprzęty audio i tym podobne). W zasadzie nawet muzyka jakby wypada gorzej, ale to oczywiście nic innego jak gust. Jest kilka mocnych kawałków i grze (oraz stacji radiowej BIS - już niestety niefunkcjonującej) jestem wdzięczy za przybliżenie mi małej części twórczości Queens of the Stone Age. Na płytkę czekałem od 2005 roku bodajże, i dopiero niedawno ją nabyłem i jestem bardzo zadowolony. In my head zaprezentowany w grze to utwór wyśmienity, najbardziej wpada w ucho Little Sister, ale jako entuzjasta całego albumu bardzo często cieszę się takimi utworami jak Everybody Knows That You're Insane czy I Never Came.
Gdyby ktoś jednak nie kojarzył to w NFSU2 zaprezentowany utwór brzmi tak:
Zawsze jak leci to przedłużam jazdę po mieście do końca utworku.
Innymi ciekawymi utworami są jeszcze piosenki w wykonaniu Mudvayne czy Ministry (na koncercie tego drugiego byłem na jednym z ostatnich Woodstocków i bardzo miło wspominam). Całość jest świetnie dobrana, ale jednak w jedynce było z tym lepiej jak mi się wydaje.
Na koniec dodam, że ogrywam jeszcze Final Fantasy Tactics A2: Grimoire of the Rift na Nintendo DS, a moja dziewczyna dalej bawi się w Dragon Quest: Journey of the Cursed King. Co mnie zaskoczyło to fakt, iż nie zniechęciła się dość pokaźnym czasem jaki musiała poświęcić na grinding przed walką z pierwszym bossem. Strażnika wodospadu pokonała całkiem sprawnie i poszło Jej to lepiej niż mi za pierwszym razem, ale ja jestem raczej niecierpliwy, a DQ8 był jednym z pierwszych jRPG jakie ogrywałem i byłem niesamowicie ciekaw co dalej, toteż poległem przy pierwszej próbie.
No i nie wiem czy jesteście świadomi, ale dawno temu, kiedy PS Site miało trójeczkę w nazwie napisałem tekst o podróży przeklętego króla. Zapraszam do lektury tak BTW :).
http://www.pssite.com/publicystyka-694-retrogranie__dragon_quest_viii__journey_of_the_cursed_king__ps2_.html

Tyle w szóstym odcinku Weekendowego grania. A w co Wy gracie obecnie? Wybieracie się może na Orange Festiwal? Ja chętnie wybrałbym się ze względu na Lily Allen i Queens of the Stone Age, ale zobaczymy jak to się potoczy z czasem.