Wyleciało mi z głowy

a pozostać w niej powinno.

kALWa888 kALWa888 05.11.2015, 19:53
Weekendowe granie #93
378V

Weekendowe granie #93

Jak to dobrze, że WG jest na czas. Po ostatnim poślizgu czułem się nieco wybrakowany, pusty w środku. Tak jakby ktoś wyrwał mi pada z rąk i trzasnął nim o podłogę, a potem rozkruszył go kopytami.

Dobra, dość tych wstępów! I tak nic z nich nie wynika. Trzeba wziąć się do roboty. Mało dzisiaj gier będzie opisanych, bo jednak moje tempo przechodzenia ich, jest ostatnio dość powolne. Fakt, mam zamiłowanie do gier długich, ale mimo wszystko jak na kogoś kto się ściga o bycie najlepszym graczem na świecie (pod względem ilości ukończonych gier), nie staram się tak jak powinienem. Tym bardziej że wciąż trwa cała ta zabawa w 52 gry w ciągu roku. Dobra, mniejsza w to. Oczywiście gram przede wszystkim w KINGDOM HEARTS FINAL MIX HD (PS3). Wciąż poluję na platynę, ale co najlepsze jeszcze nie ukończyłem wątku fabularnego (ohahaha). Wszystko dlatego, że czekam aż minie 100h, abym mógł dopuścić się pewnego oszustwa. Tak czy siak, dotarłem do Final Rest, czyli ostatniego miejsca w którym mogę zapisać grę. Po tym jest już seria ostatnich walk i w sumie całkiem rześkie zakończenie. Poza tym walka z Unknown (znowu...), jakimś wariatem z FF7 co ma długi miecz jak mój cały pokój i jakieś tam jeszcze bajery. Ogólnie sporo zabawy. Najwięcej tego wszystkiego będzie przy całym tworzeniu przedmiotów w warsztacie Moogli. Przeciwnicy pojawiający się rzadko i rzadko dający potrzebne składniki. Myślę więc, że zanim to wszystko zrobię, minie jakieś 100 godzin. Sama przyjemność. Na szczęście mam już za sobą poszukiwanie tych śmiesznych Trinity oraz dalmatyńczyków. W przeciwieństwie do oryginalnej odsłony jaką jest Kingdom Hearts (PS2) wydanie Final Mix pozbawione jest rzeczy, które można bezpowrotnie pominąć. Zawsze można je jakoś zdobyć. Wcześniej był problem z jednym czerwonym Trinity, które po walce z Oogie Boogie w Halloween Town po prostu przepadało. Jeśli więc graliśmy z Jackiem w składzie to byliśmy w tzw. Ciemnej Nicości Przepełnionej Smutkiem I Zdenerwowaniem Straconym Czasem. Naprawdę przykra rzecz, ale w moim przypadku demolka nie za bardzo była opcją wartą choćby rozpatrywania. Teraz jestem na etapie walki z Tytanem Lodu znanego z animacji Hercules od Disneya. Zasady walki są w sumie banalnie proste, ale łatwo dać się zrobić w konia. Wystarczy chwila nieuwagi i zaczyna brakować many, czy czegokolwiek innego. Trzeba się mocno skupić i nie pozwolić sobie na błędy. Będzie więc ciężko, tym bardziej że nie jestem cierpliwy, ale... Czy to jakiś problem? Plan na weekend to zrobienie jak największych postępów w tej przezabawnej produkcji, ale wszyscy wiemy jak jest. Człowiek nie koń, tańczyć musi, a i w gardle nieraz może zaschnąć. Niech to jasna cholera, ja chcę już Kingdom Hearts III (PS4)!!!!!! Obrazek.


No i cóż. Zacząłem sobie też grać w Resident Evil HD Remaster (PS3). Uwielbiam ten remake. W wersji oryginalnej na Nintendo GameCube zdobyłem o ile mnie pamięć nie myli, wszystko. Już od jakiegoś czasu jednak miałem ogromną ochotę na powtórzenie tego doświadczenia i na szczęście pojawił się ten remaster. Tak, mówię "na szczęście", choć ktoś mógłby przypuszczać że jako "oldskulowiec" (po polsku znaczy to tyle co "ktoś mający starą czaszkę") jestem takim produkcjom przeciwny. Sama idea remasterów nie do końca mi się podoba, bo... W sumie nie wiem dlaczego. Łatwemu zarobkowi przeciwny nie jestem (byłbym bardzo dobry w zarabianiu za siedzenie na przykład), ale uważam że nie każdy produkt na taki remaster zasługuje - czy może nie po takim czasie po premierze. Taki The Last of Us Remastered (PS4) w moim odczuciu pojawił się nieco za szybko. Dodatkowo oryginał na PlayStation 3 wydawał mi się czymś w co grali WSZYSCY zainteresowani grami na konsole. Decyzja o wydaniu jest w pełni zrozumiała jeśli idzie o sprawy finansowe, ale mnie boli jednak fakt, że nie mam co liczyć na to, że taka Xenosaga Episode I: Der Wille zur Macht (PS2) i Xenosaga Episode III: Also sprach Zarathustra (PS2) dostanie swoją edycję HD w jakimś pakiecie wraz z Xenosaga Episode II: Jenseits von Gut und Böse (PS2), która jako jedyna pojawiła się w Europie. Co więcej fani tejże serii uważają drugą odsłonę za najgorszą. Trudno mi to zweryfikować, bo w inne części nie grałem, a taka kolekcja HD byłaby dla mnie świetną okazją do nadrobienia tego w całkowicie legalny sposób. Już nawet nie musiałaby być w pudełku. No, trochę zszedłem z tematu i sobie bezsensownie pomarudziłem. Pewnie też macie jakieś swoje wymarzone remastery, bo albo nie graliście albo chcecie sobie zagrać jeszcze raz. Takich życzeń mam kilka, szkoda tylko że często są to produkcje o tyle niszowe, że wydanie ich ponownie nie wydaje się opłacalne (Okami HD (PS3) jest tutaj chyba wyjątkiem). Zmierzam ogólnie do tego że to niesprawiedliwe iż tylko popularne gry się tutaj liczą. To w sumie paradoks, bo po co komu przypominać popularne i do dzisiaj łatwo dostępne gry?! Smuci mnie to do tego stopnia, że co któryś wieczór płaczę nad tym, że moje ukochane gry w które jeszcze nie grałem nie mają wydań haj definiszyn. A wracając do opisywanej tutaj gry... Resident Evil HD Remaster (PS3) to bardzo dobra gra warta polecenia. Można w niej robić wszystko. Nawet to co sobie wymyślisz. Nie no. Ogólnie sam remake w sobie jest bardzo wysoko ocenianą produkcją. Sam remaster jest nieco wzbogacony. Mamy lepsze oświetlenie, nowe sterowanie (z możliwością skorzystania z klasycznego), możliwość udostępnienia swoich wyników na oficjalnej stronie poświęconej flagowej serii Capcomu i coś tam jeszcze. Całość prezentuje się prześlicznie - szczególnie jeśli chodzi o grafikę. Klimat to mistrzostwo świata, podobnie jak udźwiękowienie - choć od tego odciąłbym voice acting, bo ten idealnie wpasowuje się w ideę horrorów klasy B, które nie słyną z najlepszej jakości. Jestem niemal na samym początku. Znów zacząłem od najtrudniejszego poziomu i mam mały problem. Mimo iż całkiem niedawno ukończyłem scenariusz Leona w Resident Evil 2 (PS One), to tutaj trochę się motam i wbiegam w objęcia przyjaznych, ale zagłodzonych zombie. Ciągle brakuje miejsca w ekwipunku, amunicji, czy tych roślinek leczniczych, ale to jest właśnie piękno tej gry. Podoba mi się cała idea eksploracji w poszukiwaniu tych przedmiotów mających otworzyć nieco absurdalnie zamknięte drogi. W dzisiejszych grach niestety nie uświadczyłem za bardzo czegoś podobnego, a przecież nowoczesny system rozgrywki (dajmy na to Resident Evil 6 (PS3)) nie wyklucza eksploracji i odpowiedniego nastroju. Mam wrażenie, że tworząc taki gameplay twórcy są zdania, że NIE MA INNEJ OPCJI, MUSI BYĆ SZCZELANINA. Niestety. Jest jednak mały rozdział w Resident Evil 5 (PS3) (wydanie Gold), który udowadnia że da połączyć się świetny klimat z nowszym systemem. Co prawda, samo ułożenie kamer w klasycznych odsłonach daje nieco od siebie, ale... Dałoby się to zrobić. Tak czy siak. Plan jest taki: za dnia Kingdom Hearts HD 1.5 ReMIX (PS3), nocą Resident Evil Zero HD Remaster (PS3).


W sumie na tym mógłbym zakończyć pisanie o grach. Wyruszyć w poszukiwaniu nostalgii i nigdy nie wrócić. Nie zrobię tego jednak, bo zagrywałem się też w Capcom Arcade Cabinet (PS3). To zestaw chyba 12 klasycznych gier Capcomu. Najbardziej spodobał mi się tytuł o nazwie Avengers. Głównie dlatego, że jest przezabawny, tym bardziej jeśli gra się z kimś. Cały zamysł polega na uratowaniu chyba 6 kobiet (czy pięknych to trudno stwierdzić). Przebijamy się więc przez zastępy tępych przeciwników. Bijemy ich, kopiemy lub częstujemy jakimiś shurikenami czy czymś podobnym. Na końcu każdego z poziomów jest boss, na którego trzeba znaleźć sposób (jednym z nich jest jakiś plujący gruby pan - ta jego ślina zamienia się w wielkie kule które nas zabijają). Nie zawsze jest to takie proste, ogólnie sporo żyć natraciliśmy z kumplem, ale jakoś poszło. Jeśli zamierzacie kiedyś w to zagrać, to polecam przede wszystkim kopać. Pięści zatrzymują postacie w miejscu, podczas kopania można się normalnie przemieszczać. W kooperacji świetna zabawa, naprawdę. Niestety za krótka, bo nam przejście całej gry zajęło jakieś 30-40 minut. Graliśmy jeszcze w 1942, ale trochę się znudziliśmy, bo nie była na tyle zabawna i przy tym zbyt długa (przeszliśmy ją w jakąś godzinę). Najgorsza w tej produkcji jest monotonność. Ciągle jest to samo, brakuje zróżnicowania choćby w przeciwnikach. Była jeszcze jedna produkcja godna odnotowania. Savage Bees. Sama w sobie jest bardzo przyjemna (znów samolociki które zestrzeliwują nadlatujących przeciwników), ale muzyka jest o tyle dziwna i męcząca, że pogranie w to około półtorej godziny (tyle potrzeba na ukończenie gry) skutkuje pasztetowaniem mózgu. Człowiek przestaje mówić, tępo wpatruje się w ekran i chce mu się spać. W pewnym momencie mój kumpel stracił wszystkie życia i nie mógł ponownie dołączyć do gry. Zostałem sam. Chwilę ze mną posiedział, ale stwierdził że nie da rady i wyszedł z pokoju. Byłem niestety skazany na ukończenie produkcji. Zabrnąłem zbyt daleko, by móc się wycofać. Musiałem robić przerwy, pogadać z kimś, całość groziła szaleństwem i wyłączeniem się, ale ostatecznie dobrnąłem do końca. Poniżej macie próbkę. Co ciekawe, kolekcja pozwala na nagrywanie całego postępu i udostępnianie tego na YouTube. Mi jednak nie do końca coś wyszło, bo przed samym uploadem na YT pojawia się jakiś błąd.


W sumie to tyle na temat gier. Ostatnio zdarzyło mi się obejrzeć kilka filmów. Jedne były spoko, inne już mniej. Ukończyłem też serial z którym męczyłem się od dłuższego czasu. Synowie Anarchii to jedna z najgłupszych rzeczy jakie widziałem. O ile pierwszy sezon, może jeszcze drugi jest całkiem spoko, tak już w trzecim zacząłem się naprawdę denerwować tym co się dzieje na ekranie. Decyzje postaci, cała absurdalna tematyka serialu i wiele naprawdę słabych rzeczy. A jak się skończyła całość? Niby można sporo o tym zakończeniu powiedzieć. Jest symboliczne, jest... No jest. Po prostu jest. Być może zdradzę za dużo mówiąc to, ale mam wrażenie że reżyser czy ktokolwiek bardziej odpowiedzialny sam się zmęczył i chciał to jak najszybciej skończyć. Dlatego skorzystał z najłatwiejszych rozwiązań. Jest brutalnie, nieraz szokująco, ale niestety nie trzyma się to kupy. Zaś ostatnie sceny to esencja najgorszych efektów specjalnych - co dość dziwi, bo dotychczas były na przyzwoitym poziomie. Obecnie serialu nie poleciłbym nikomu, no chyba że tylko dwa pierwsze sezony. Późniejszych nie warto oglądać. Ja obejrzałem, bo mam taką zasadę. Jak już cały pierwszy sezon obejrzę, to reszta też musi być. Choć przyznam się teraz (bo mi się przypomniało), że Pamiętników Wampirów (tak kończy się wybieranie serialu wspólnie z dziewczyną i bycie zbyt miękkim by powiedzieć NIE) nigdy już nie uruchomię, mimo iż skończyłem chyba nawet pierwszy sezon. Tak czy siak, cieszę się że Synów mam za sobą. Teraz mogę zabrać się za dwa ostatnie sezony Dextera, czego też nie chcę robić. Na szczęście są inne produkcje.


Takie jak Narcos chociażby. Na razie mam za sobą pierwszy odcinek, ale niech mnie kule biją - jakież to wspaniałe! Nie wiem, może to dlatego że wcześniej widziałem pierwszy odcinek serii Fringe: Na granicy światów, który był na tyle słaby że nie zachęcił do następnych. Horror który aspiruje do bycia czymś poważniejszym, ale korzysta z tych samych schematów co każdy inny należący do tego gatunku. Do tego dodajmy jeszcze naprawdę wiele głupich rozwiązań, czy brak przywiązania do szczegółów. Chyba dlatego przestałem oglądać horrory. W pewnym momencie głupota bohaterów, tanie motywy itp, zaczęły mnie irytować. Co innego horrory, które tworzone są z przymrużeniem oka. Przy Zombiebobrach bawiłem się naprawdę świetnie - grunt to mieć odpowiednie nastawienie na tego typu kino i nie traktować go poważnie. Problem Fringe polega na tym, że chce być traktowany poważnie, a jest podobnie głupi (choć pierwsza połowa pierwszego epizodu była naprawdę spoko). Wracając jednak do Narcos. Film opowiada o chyba pierwszym baronie narkotykowym, Pablo Escobarze. Narratorem jest agent DEA, a całość zaczyna się w momencie kiedy to Pablo jest guru w przemycaniu. Ma w kieszeni niemal wszystkich mundurowych, a jak któremuś układ się nie podoba to dostaje wybór: "pieniądze albo ołów". Piękna rzecz. Warto przy tym wspomnieć o fakcie, że postacie wypowiadają się w swoim ojczystym języku. Strasznie nie lubię w tych hollywoodzkich produkcjach tego, że nawet Niemcy w takim Chłopcu w pasiastej piżamie mówią po angielsku. Tutaj zadbano o ten szczegół, co bardzo mnie cieszy. Obejrzę więcej odcinków, to i wypowiem się bardziej szczegółowo. Na razie przechodzę do kolejnego serialu.


The Man in the High Castle to adaptacja książki Philipa K. Dicka. Jest to alternatywna wizja Ameryki Północnej. Cały myk polega na tym, że film zadaje takie pytanie: jak wyglądałoby życie po drugiej wojnie światowej gdyby naziści wygrali wojnę. Za sobą mam dwa pierwsze odcinki (na razie nie ma ich więcej) i muszę powiedzieć, że zapowiada się naprawdę super. Podoba mi się spore przywiązanie do szczegółów, to jak przedstawiony jest świat. Do tego dodajmy naprawdę cudowne zdjęcia, muzykę i klimat. Jest też kontrowersyjnie - sama tematyka serialu to coś co przysporzyło produkcji nieco krytyki. Nie brakuje niestety wad. Pierwszą jaką zauważyłem to fakt, iż ważniejsi bohaterowie porozumiewają się po angielsku mimo iż są Niemcami, czy Japończykami. Nieważne jest czy to dwóch Niemców rozmawia, czy może Niemiec z Japończykiem (bo to byłoby już bardziej uzasadnione). No ale można to przeboleć, bo wizja jest wystarczająco ciekawa. Nie chcę Wam za dużo zdradzać, myślę też że to co napisałem jest wystarczająco zachęcające do zabrania się za serial.


Był jeszcze film. Czas na kilka słów o Kryptonimie U.N.C.L.E.. Jest to najnowszy film Guya Ritchie - twórcy wielbionego przeze mnie Przekrętu. Uwielbiam jego styl. W swoich filmach potrafi zaczerpnąć najlepszych cech z danego gatunku i idealnie wykorzystać, tak aby entuzjaści czuli się jak w domu. Robi to chyba nawet tak dobrze jak słynny Quentin Tarantino. Nie widziałem wszystkich jego dzieł, mam jednak wrażenie że najnowsze to nieco inne klimaty niż dotychczas. Przekręt i Porachunki to przede wszystkim filmy gangsterskie. Revolver to w sumie też ten sam rodzaj kina, ale tutaj pojawiły się również elementy psychologiczne. Z kolei film z tego roku to przede wszystkim film szpiegowski. Jest to ukłon w stronę dzieł z Bondem w roli głównej, gdzie na pierwszym planie mamy przystojnego agenta, piękne kobiety, ten określonego rodzaju humor i ogólnie sporo eleganckich rzeczy. Przyznam że byłem zaskoczony, że Ritchie podjął się czegoś takiego, ale wyszło to nad wyraz dobrze, choć fanem Jamesa Bonda nie jestem. Uważam że film warto sprawdzić, głównie ze względu na unikalny styl reżysera. W jego wykonaniu o wiele bardziej przypadła mi do gustu podobna tematyka.


Na koniec wspomnę jeszcze o Legend. Film gangsterski który opowiada historię opartą na faktach. Chodzi o braci Kray, którzy w latach 60, w pogoni za pieniędzmi sterroryzowali Londyn. Pojawiają się jednak większe pieniądze, kobieta i wtedy wszystko zaczyna się sypać. Zaznaczę przy tym, że obu braci gra jeden aktor jakim jest Tom Hardy. Odstawił świetną robotę. Jeden z braci jest tym ogarniętym: wszystko trzyma w ryzach. Drugi jest niepoczytalny, ma talent do psucia interesu, uwielbia brutalne rozwiązania i jako homoseksualista lubi zabawić się ze znaczącymi personami w świecie choćby polityki (po prostu Mistrz Skandali). No cóż, złego aktorstwa jak najbardziej nie można jemu zarzucić, ale postać gorszego brata denerwowała mnie jak mało kto. Świadczy to o autentyczności samej postaci, dlatego nie narzekam. W pewnym momencie miałem również wrażenie że film jest zbyt ugrzeczniony, czy może przeznaczony dla młodszych odbiorców - głównie przez wątek romantyczny. Są to jednak mało znaczące zarzuty. Film zdecydowanie polecam, ale ci którzy obniżają ocenę filmowi ze względu na denerwujące (ale dobrze zagrane) postacie, niech go ominą.


Tyle ode mnie. Na ten prawdziwy koniec zaprezentuję Wam kilka remiksów artystki Björk. Oryginalne wersje pochodzą z albumu Post, a w swojej zmienionej formie wylądowały na kompilacyjnym albumie o nazwie Telegram. Sama artystka wypowiada się jednak o tej kompilacji w sposób przeczący temu że są to remiksy. Jak w jednym z wywiadów stwierdziła, dla niej jest to ten sam album, ale nieco bardziej przesadzony, nie starający się brzmieć ładnie i przyjaźnie. Niestety, albumu Post jeszcze nie słyszałem, ale porównując Telegram do Debut, jest on o wiele bardziej surowy, bezkompromisowy. Nic to, zapraszam do słuchania.
Ten utwór jest bardzo przyjemny, niemal radiowy, no chyba że ktoś nie trawi jej stylu.

Ten tutaj to niemal typowy drum 'n' bass, tyle że wokal Björk nieco odróżnia go od reszty.

Kolejny to coś nieco brudniejszego. Utwór otwierający album. Przyznam, że ciężko było mi się przekonać. Teraz stwierdzam że brakowało mi podobnej muzyki.


No i na koniec zdecydowanie jedna z najciekawszych pozycji.

Tyle ode mnie. Standardowo: spamujta ile wlezie o wszystkim co tylko chcecie. Ja znikam.

Tagi:

Oceń notkę
+ +13 -

Oceń profil
+ +19 -
kALWa888
Ranking: 440 Poziom: 50
PD: 17188
REPUTACJA: 3446