Herbata pochłaniająca rzeczywistość

Slesz Slesz 02.10.2015, 11:47
Kaijū #6 - Godzilla kontra Mothra (1964)
1079V

Kaijū #6 - Godzilla kontra Mothra (1964)

„Nie boję się Godzilli tak, jak tego, że mnie z roboty wywalą”

Godzilla kontra Mothra
(1964) reż. Ishirô Honda

Głupio się czuję, chwaląc filmy, które mają „kontra” w tytule. A chyba jeszcze głupiej, gdy mają „Godzillę” w tymże. Ale cóż mogę zrobić? Spodziewałem się czerstwych, nudnych i niezbyt aktualnych już filmów i że będzie to bardziej droga krzyżowa. A tu niespodzianka, one wciąż bawią. I to niezależnie od podejścia do tematu.

Z drugiej strony, drażni mnie ludzka ignorancja i próby negatywnego oceniania tych filmów bez ich uprzedniego obejrzenia. Na Filmwebie można zobaczyć nie tylko dziwne i trollowate komentarze i wątki (to już należy uznać za normę), ale i kompletnie niezgodne z prawdą opisy do filmów. Przy „Godzilla kontratakuje” (Pytam wciąż – jak?) wspomina się o dodatkowym potworze – Gigantisie. Zapewne głównie dlatego, że w wersji USA taka nazwa pojawia się w tytule, ale Gigantis to nic innego, jak inna nazwa na Godzillę, a przeczytać możemy „Tokio atakowane jest przez Godzillę oraz Gigantisa”. Przy „Godzilla kontra Mothra” można przeczytać, że „Mothra podejmuje się walki z Godzillą, która sieje zniszczenie w Tokio”. Godzilli nie było w Tokio ani razu po pierwszej części filmu. W drugiej odsłonie niszczył Osakę, a tu sieje zniszczenie, owszem, ale w Yokkaichi i w Nagoya.
 

Poza tym o co chodzi z tym tytułem – „Godzilla kontra Mothra”? W rzeczywistości film powinien nazywać się „Mothra kontra Godzilla” i jest bardziej kontynuacją „Motry” niż „Godzilli”. Nawiązań jest sporo i niestety jest to kolejny powód, dla którego warto najpierw obejrzeć dużo słabszą „Motrę”. No właśnie, już zmieniono polską nazwę potwora w tytule z „Motra” na „Mothra”, ciekawe dlaczego (a może to kolejne fanaberie Internetowych konfabulantów?).
 

W ostatnim filmie o Godzilli, jaki omawiałem, czyli w „King Kong kontra Godzilla” nastrój był jednoznacznie komediowy i to po całości. Tym razem prezentowane podejście jest już w pełni poważne, dowcipu jest bardzo niewiele i tam, gdzie on jest, jest subtelny i uśmiech wywołujący. Gdy słyszymy tekst w stylu „Nie boję się Godzilli tak, jak tego, że mnie z roboty wywalą” pod nosem się uśmiechamy. W rzeczywistości fragment ten dobrze odzwierciedla jakże ludzkie podejście do tematu i jakże bliskie kulturze japońskiej.
 

Fabuła od początku jest dość interesująca, a motyw potworów nie pojawia się gdzieś tam w trzech czwartych filmu. I bardzo dobrze, od razu wiadomo co będziemy oglądać, po co bawić się w ciuciubabkę? Mamy ciekawy motyw ludzkiego antagonisty (nie strzela już takich min, jak ten z „Motry”, ale sama postać jest nie najgorsza). Nie jest nudno, ale prawdziwa atrakcja dopiero nadchodzi, gdy pojawia się Godzilla.

I to jak się pojawia! On wychodzi z ziemi! Nie tylko ma to logiczne uzasadnienie, ale jak wygląda! Zarówno okoliczności, jak i efekt wyjścia z ziemi potęgowany motywem muzycznym Godzilli robi spore wrażenie.
 

A jak zachowuje się Godzilla? To dość dziwne, ale jest fajtłapowaty. Jest to motyw zabawny, ale i dodaje mu … hmmm, realizmu? O ile możemy w ogóle mówić o realizmie w filmie z zionącym smokiem i wielką ćmą-motylem. Jeden niezdarny krok i wpada na pagodę. Wściekły potwór w akcie zemsty niszczy ją oczywiście. Albo zaplątuje się ogonem w jakiś słup, który spada mu na głowę. Agresywna reakcja wobec rzeczy martwych jest … słodka. W głowie Godzilli umieszczono chyba małego kotka albo pieska, który przychodzi do ludzi, żeby się pobawić (niszcząc wszystko przy okazji). Ciekawe co by zrobił, gdyby postawiono przed nim ogromne lustro…

W innej scenie możemy zobaczyć Godzillę, który autentycznie płonie. Był to wypadek przy pracy na planie, kostium był na tyle gruby i podpalił się w miejscu tak oddalonym od aktora wewnątrz, że ten nawet nie zauważył co się stało. Płomienie na szczęście szybko gasną. Szacunek za pozostawienie tej sceny w filmie, wygląda ona imponująco. Ale to nie płomienie były słabością Godzilli – w „King Kong kontra Godzilla” jako jego słabość uznano elektryczność (wbrew temu, co pokazano w pierwszej odsłonie cyklu). Tu na powrót prąd robi na Godzilli umiarkowane wrażenie z naciskiem na „prawie żadne”. W ramach „niespoilerowania” nie wrzucę wam screenów z najlepszych wizualnie momentów.
 

Godzilla po raz kolejny jest potworem negatywnym, a Mothra ma charakter postaci pozytywnej. Doprowadzenie do ich pojedynku w związku z powyższym nie było zapewne zbyt trudne, ale i tak należy pochwalić scenariusz za rozwiązanie, które wymyślono. Ich pojedynek jest maksimum, co można by wymyślić i jednocześnie widzimy znacznie więcej niż w samej „Motrze”. Ta nie tylko używa skrzydeł do wygenerowania silnego wiatru, ale także potrafi przytaszczyć „Godzillę” do dziury i próbuje ją zasypać piachem. Niestety, gdy film już wyłożył praktycznie wszystkie karty, ostatnie sceny ciągną się niemożebnie. Dzieje się wciąż to samo i tak przez dobre 5-10 minut. I to jedyny moment, w którym całość traci swoje tempo.
 

Wykonanie stworów i makiet jest już znacznie lepsze niż w „Motrze”. Czołgi nareszcie wyglądają jak czołgi i nie są prowadzone przez dziwne figurki ludzi. Pysk Godzilli jest troszkę zbyt miękki, co widać gdy trzęsą mu się wary przy wymachach głową. Ma też dość dziwnie rozbudowane brwi. Mothra wygląda tak samo, jak wcześniej. Przypomina bardziej motylka niż ćmę, jest kolorowa i włochata. Sceny, w których potwory grane są przez aktorów, wyglądają standardowo bardzo dobrze i efektownie (choć miejscami są niewyraźne). Jest także kilka scen z kukłami, które nie tylko nie robią już takiego wrażenia, ale wyglądają już po prostu dziwnie.
 

Mimo kilku drobnych dłużyzn głównie pod koniec filmu (niech te dziewczyny już więcej nie śpiewają, proszę… przez nie wkrótce będę chodził i nucił „Mosuraaaaja, Mosuraaaa”, co wcale mi się nie podoba) trzyma on dobre tempo i nie nudzi. Oprócz standardowego przesłania antyatomowego mamy tu także motyw chciwości i nieufności ludzkiej, które są przyczyną wielu nieszczęść. Jest to chyba najlepszy film z gatunku od czasów pierwszego filmu o „Godzilli”. Warto obejrzeć choćby dla sceny wyjścia potwora z ziemi! Można tu podłożyć głos „Ugh! Ale zachlałem wczoraj. Gdzie ja kurna jestem?”.

Ocena: 6/10

Tagi: film godzilla herbata kaiju mothra recenzja

Oceń notkę
+ +5 -

Oceń profil
+ +18 -
Slesz
Ranking: 1366 Poziom: 39
PD: 8417
REPUTACJA: 2042