Herbata pochłaniająca rzeczywistość

Slesz Slesz 30.08.2015, 14:02
Kaijū #4 - King Kong kontra Godzilla (1962)
991V

Kaijū #4 - King Kong kontra Godzilla (1962)

Smutny Pan przyszedł do kilku lekko podpitych sake scenarzystów i powiedział „Panowie, wracamy do Godzilli. Tylko teraz ma być superfajnie i oglądalność ma być!”. Podpici scenarzyści, niewiele się siląc (trzeba zachować siły na dzień następny), włożyli to do scenariusza i o dziwo okazuje się to strzałem w dziesiątkę.

King Kong kontra Godzilla
(1962) reż. Ishirô Honda

Miałem plan, a w tym planie po drodze było obejrzenie takich dzieł, jak „Tajemniczy przybysze”, „Varan the Unbelievable” czy „Mothra”. Cały plan wziął w łeb i postanowiłem przeskoczyć od razu do następnego w kolejce filmu. Dlaczego? Posłuchajcie teraz uważnie: King Kong kontra Godzilla! Tak. Jeżeli jeszcze nie rozumiecie, proszę powtórzyć na głos: King Kong kontra Godzilla! Teraz już rozumiecie, prawda? Bez zaglądania do jakiejkolwiek recenzji, bez spoglądania na czyjąkolwiek ocenę, bez pytania kogokolwiek o zdanie od razu staje się jasne – trzeba obejrzeć ten film!

I to właśnie zrobiłem. Od początku można zauważyć, że w przeciwieństwie do poprzednich filmów z Godzillą ten nie traktuje siebie w pełni serio. Komediowy ton dobrze sprzyja tej produkcji i idealnie pasuje zarówno do tytułu, jak i moich oczekiwań z nim związanych. Żarty są nie najgorsze, pod warunkiem, że lubicie choć trochę humor dalekowschodni.

Godzillę spotykamy tam, gdzie zostawiła nam ją „Godzilla kontratakuje” (No jak to?!?). Cóż jednak z King Kongiem, w jakich okolicznościach mogłoby dojść do tej konfrontacji? Wyobrażam to sobie tak: Smutny Pan przyszedł do kilku lekko podpitych sake scenarzystów i powiedział „Panowie, wracamy do Godzilli. Tylko teraz ma być superfajnie i oglądalność ma być!”. Podpici scenarzyści, niewiele się siląc (trzeba zachować siły na dzień następny), włożyli to do scenariusza i o dziwo okazuje się to strzałem w dziesiątkę. Telewizja w poszukiwaniu sensacji i celem podbicia oglądalności wysyła ekspedycję, a ta znajduje King Konga. Akurat w tym samym momencie uwalnia się Godzilla i sieje zamęt, więc stacja nie może pozostać temu obojętna, musi wypromować swojego potwora. Albo lepiej, spróbować skonfrontować te dwa potwory i nakręcić materiał stulecia. Niczego więcej nam nie trzeba! To są dopiero szuje, prawda? Giną setki ludzi, a ich priorytetem jest oglądalność w TV. Jak tak dalej pójdzie, mało kto zostanie przy życiu żeby ich oglądać. Ale za to jaki będą mieli wynik w punktach procentowych!
 

Rzeczy bardzo dziwne dzieją się w tym filmie. Oprócz dorosłych częstujących dziecko papierosem i przedpotopowego telefonu komórkowego rzuciły mi się w oczy dość niestandardowe właściwości King Konga. Pierwsza właściwość, zapewne niezamierzona, ale bez której film straciłby bardzo wiele, to niekonsekwencja w określeniu rozmiaru naszego przerośniętego goryla. Jak dobrze pamiętamy, King Kong wspinał się na szczyt Empire State Building. Tu widzimy, jak w ręce chwyta dzbanki i wypija ich zawartość. I do tego momentu rozmiar zgrubsza by się zgadzał. Wiemy jednak, że Godzilla będzie wielkości najwyższych wieżowców, może i większy. Zatem King Kong powinien być przy nim małym wypierdkiem. Tak, co oczywiste, nie jest – wzrostem są mniej więcej równi. Ta niekonsekwencja nie jest mocno wyczuwalna, ale mnie nieco zastanowiła. No i niestety jest konieczna, aby ich pojedynek miał jakikolwiek sens.
 

Drugą właściwością będzie fakt, że King Konga wzmacniają pioruny i ogólnie pojęta elektryczność.
„- Błyskawice sprawią, że stanie się sto razy silniejszy.
- Jak Popeye po szpinaku?”

Bardzo dziwne, prawda? I zastanawiające. Dlaczego tak się dzieje, kto wpadł na tak szalony pomysł? Aby to wyjaśnić musimy sięgnąć nieco głębiej. Otóż pierwotnie film ten miał być konfrontacją: King Kong kontra potwór Frankensteina, gdzie doktor Frankenstein buduje swojego potwora z części martwych zwierząt. Później projekt przeistoczył się w pojedynek „Godzilla kontra potwór Frankensteina”, czego liczne pozostałości w tym filmie możemy uświadczyć. Podobno w niemieckich wersjach wydania tego filmu nadal są jakieś wzmianki na ten temat. I w przypadku potwora Frankensteina ta właściwość miałaby historyczne uzasadnienie. Dlaczego w ogóle ten element scenariusza zostawili? Chyba dlatego, że ciężko byłoby im wymyślić jakąś inną sensowną i ciekawą właściwość dzięki której King Kong mógłby na równi stanąć w szranki z ziejącym Godzillą. A co z potworem Frankensteina? Nie zmarnował się, zrealizowano projekt „Furankenshutain tai chitei kaijû Baragon” znany też jako "Frankenstein conquers the world", a także nieoficjalny sequel: „Pojedynek potworów”.
 

Skoro już wspominam o procesie produkcji filmu, od razu jestem zmuszony do drobnego zastrzeżenia – swoją opinię wyrażam w oparciu o wersję japońską. Amerykanie znowu zbezcześcili ten film i przerobili go tym razem znaczniej niż kiedykolwiek. Krążyły plotki nawet co do tego, że zmienili zakończenie, ale z tego, co się orientuję, to bujda na resorach. Ścięli ponad 20 minut filmu, w tym oczywiście także żart nabijający się z ichniejszego hitu pt. „Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia”.

Dla obu potworów to debiut w kolorze i oba wyglądają w nim całkiem fajnie. Szczególną radość sprawiał mi zwycięski gest Godzilli polegający na radosnym machaniu łapkami.
 

Mimo iż to wersja japońska, możemy tu znaleźć kilka scen z amerykańskim wojskiem rozmawiającym po angielsku. No i należy zauważyć, że dość jednoznacznie King Kong jest tym dobrym, ratującym ludzi potworem w trakcie, gdy Godzilla zajmuje się głównie destrukcją.

Film ma od groma ciekawych sekwencji, przy których nie sposób się nie uśmiechnąć. Do legendy powinny przejść cytaty takie, jak:
„Pociąg dalej nie jedzie. Godzilla idzie w naszą stronę.”
Wyobrażacie sobie usłyszeć coś takiego od konduktora w naszym rodzimym PKP? Część ludzi by wysiadła, ale większość z miejsca zaczęłaby się zapewne pieklić o zwrot pieniędzy za bilety.
Albo ta sekwencja wypowiedziana w trakcie obmyślania planu przez japońskie wojsko „ONZ kazała nam uratować świat.”

Ten unikalny humor jest wyczuwalnie zamierzony i zdecydowanie bawi. Sama konfrontacja jest ciekawsza od poprzedniej potyczki Godzilli. Ciekawych cytatów i screenshotów nazbierałem z tego filmu sporo, jednak staram się wam dać jedynie mały przedsmak tego, co możecie zobaczyć. Miałem spory problem w ocenie tego filmu. Jego samoświadomość, świetne wykonanie i brak nudy na przestrzeni całego seansu sprawił, że śmiało mogę powiedzieć: podobało mi się i jestem gotowy na więcej!

Ocena: 6/10

Tagi: film godzilla herbata kaiju king kong recenzja

Oceń notkę
+ +11 -

Oceń profil
+ +18 -
Slesz
Ranking: 1373 Poziom: 39
PD: 8417
REPUTACJA: 2042