kwadratowy blog

squaresofter
squaresofter squaresofter 21.09.2016, 00:08
jRPG-i mojego życia
3108V

jRPG-i mojego życia

Mr. Bushido zaproponował mi stworzenie rankingu z moimi ulubionymi jrpgami na wzór jego topki slasherów i bijatyk, więc postanowiłem podjąć się tego tematu, gdyż jrpgi są bardzo bliskie mojemu sercu.

Zanim jednak przedstawię Wam swoje zestawienie wyjaśnię kilka spraw. Uznałem, że dziesiątka to zbyt mało pozycji na taki ranking. Zestawienie będzie składać się z dwudziestu pozycji. Oczywiście obowiązują u mnie te same zasady co we wszystkich dotychczasowych rankingach [TOP 50 Siódmej Generacji (Ostatnich Lat), TOP10 Remake'ów, Platformówki Mojego Życia], a więc w zestawieniu nie znajdziecie dwóch tytułów z tej samej serii, nawet jeśli powinno się w nim znaleźć kilka z nich. Uznałem, że o wiele lepszym pomysłem będzie przypomnienie Wam lub zapoznanie młodszych z Was z mniej znanymi przedstawicielami gatunku jrpg.

Dosyć istotną kwestią jest też to jak rozumiem termin japoński rpg. Są tacy, którzy do tego gatunku zaliczają gry taktyczne w klimatach fantasy, co jest niezłym naciąganiem sprawy. Dla mnie sprawa jest prosta. Za jrpga uznaję każdego rpga, który został wyprodukowany w Japonii, nieważne ile lat temu i nie ważne jak bardzo przypomina on produkcje japońskie lub zachodnie.

Jestem też ciekaw Waszych zestawień i opinii na temat mojej listy, bo gwarantuję, że nie każdemu się ona spodoba.

Jest to tylko i wyłącznie moje spojrzenie na ten rozległy gatunek i jeśli o mnie chodzi, to mógłbym zrobić nawet listę składającą się z 30 lub więcej pozycji, ale skoro i tak będę pewnie protesty dotyczące niektórych pozycji, więc czemu mam się bardziej starać? Jest to tylko i wyłącznie mój ranking, o który zostałem poproszony przez jednego z moich kolegów. Zapraszam go i innych zainteresowanych do lektury. Podpowiem tylko, że dzięki niej zrozumiecie tylko jedno, a mianowicie to z jak bardzo kwadratowym człowiekiem macie do czynienia. 

W nawiasie obok tytułu gry podałem platformę, na której ogrywałem daną produkcję lub ogrywaną wersję gry, producenta oraz rok wydania ogrywanego przeze mnie tytułu.


20.Star Ocean: Till the End of Time (PS2, tri-Ace, 2004r.)

Kiedyś byłem człowiekiem, który twardo stąpa po ziemi. Później jednak doszedłem do wniosku, że takie życie, życie, w którym grafika jest najważniejsza, jest nie dla mnie, więc pozostało mi tylko jedno...sięgnąć gwiazd. Star Ocean to mój pierwszy jrpg, w którym udałem się w kosmos i poznałem obce rasy. W trzeciej odsłonie gwiezdnego cyklu pierwszy raz zetknąłem się też z muzyczną twórczością Motoia Sakuraby, który jest tak samo ważny dla serii Tales of, jak ważny dla serii Final Fantasy był kiedyś Nobuo Uematsu. Człowiek, który rozkochał graczy swoimi kompozycjami w Golden Sun, Valkyrie Profile, Eternal Sonata oraz w Dark Souls sprawił, że pierwszy raz w życiu zacząłem patrzeć na gry pod kątem muzyki a nie grafiki. Dziś, po ponad dekadzie od tamtej chwili, mogę Wam powiedzieć, że jego twórczość będzie towarzyszyć mojemu sercu aż do końca czasu.

SO:TtEoT to jednak nie tylko muzyka. To także wciągający system bitewny, trofea bojowe, walka o tytuł najlepszego wynalazcy w przestrzeni kosmicznej, to nieliniowa fabuła z wieloma zakończeniami, to wymagający bossowie opcjonalni, którym jest ciężko dać radę nawet gdy masz 255 poziom postaci, to walki bonusowe, w których jeden błąd kończy wszelkie zdobyte wcześniej bonusy, to wesołe miasteczko pełne atrakcji, to arena, to Dirna Hamilton, czy wreszcie bohaterowie z przeróżnych zakątków wszechświata, którzy postanawiają się zjednoczyć w celu rozwiązania intrygi stanowiącej wątek główny gry. Jest to także jeden z trzech jrpgów, z którymi spędziłem ponad tysiąc godzin i nawet przez chwilę nie żałuję setek godzin spędzonych na grindowanu i na kombinowaniu jak zdobyć maksymalny poziom bohaterów oraz na tym, jak zyskać usługi innych konkurujących ze mną wynalazców lub stworzyć jakiś przedmiot.


19.Rogue Galaxy (PS2, Level-5, 2007r.)

Na miejscu dziewiętnastym postanowiłem umieścić kolejną grę o podróżach w kosmosie. Historia Rogue Galaxy nie jest może jakaś wybitna, ale japońska produkcja broni się klimatem międzygalaktycznych podróży, podczas których zwiedzimy pustynię, dżunglę, lasy, miasto opanowane przez mafię, rajskie plaże, tajemnicze ruiny, więzienie, kosmiczny statek widmo i wiele innych. 

Oprócz wątku głównego gracz ma wiele innych rzeczy do roboty. Możemy rywalizować z innymi podróżnikami o miano najlepszego łowcy w całej galaktyce, kompletować nowe stroje dla członków naszej drużyny, polować na unikatowe potwory, zbierać insectrony i brać z nimi udział w turniejach, produkować nowe bronie poprzez łączenie dwóch innych a nawet postawić własną linię produkcyjną w fabryce i tworzyć niesamowicie przydatne rzeczy. Potrzeba też niezwykłej cierpliwości, aby nauczyć naszą ekipę każdej zdolności w grze.

Świat Rogue Galaxy jest przepastny, zróżnicowany, pełen niebezpieczeństw i sekretów do odkrycia, więc cieszy mnie, że naszym wojażom towarzyszy genialna czasami muzyka autorstwa Tomohito Nishiury, którego kompozycje mogliście też usłyszeć w serii Dark Cloud/Chronicle oraz w serii Prtofessor Layton.


18.Lost Odyssey (X360, Mistwalker, 2008r.)

Kupiłem X360 specjalnie, aby zagrać w kolejną grę od dwóch osób, które uczyniły kiedyś z serii Final Fantasy coś nieosiągalnego dla innych producentów. Mam tu na myśli ojca FF Hironobu Sakaguchiego oraz kompozytora Nobuo Uematsu. Minęło trochę czasu zanim podszedłem do Lost Odyssey na poważnie. Dziś wiem jedno, jest to produkcja znacznie lepsza od przereklamowanego Final Fantasy XIII, które, choć dobre, to nie spełniło oczekiwań fanów serii. Każdy kto zagrał w tytuł ekskluzywny na konsoli Microsoftu powtarza, że jest mu bliżej do klasycznych i najlepszych części Final Fantasy. Zgadzam się z tym całkowicie.

Jest to jrpg turowy, który spośród innych przedstawicieli gatunku wyróżnia się nie tylko dobrą grafiką jak na rok, w którym debiutował (w 2008r. zagrywałem się jak szalony w najlepsze gry na PS2), ale też piękną muzyka oraz historią skupioną wokół nieśmiertelności. Nie znam innego jrpga, który poruszałby tą kwestię tak dokładnie, więc jedyne z czym mogę go porównać to jeden z najlepszych filmów jakie widziałem, czyli z Highlanderem.

Jedyne czego żałuję to to, że inni nieśmiertelni bohaterowie nie dostali tak dużo opowieści z Tysiąca Lat Snów jak Kaim (mam tu w szczególności na myśli Seth oraz królową Ming Numarę, której nieśmiertelność i stateczność pozwoliły rządzić królestwem setki lat) oraz tego, że nie dało się ich rozgrywać jako misji pobocznych, bo z tych historii jasno i wyraźnie wynika, że nieśmiertelność wcale nie jest taka dobra, gdy cierpisz setki lat z jakiegoś powodu i nic z tym nie możesz zrobić.  


17.Odin Sphere (PS2, Vanillaware, 2008r.)

Każdy kto spojrzy pierwszy raz na Odin Sphere powie, że największym atutem tej produkcji jest piękna, dwuwymiarowa i malowana grafika. Znajdą się też tacy, którzy twierdzą, że na PS2 nie było nic piękniejszego w 2d. Po spędzeniu niejednej godziny z Guilty Gear X2 #Reload mógłbym pokręcić jedynie nosem i wyśmiać kogoś takiego, ale nie to jest przedmiotem tego wpisu.

Co więcej, uważam, że Odin Sphere ma jeszcze inne zalety, o których należy wspomnieć. Możemy w niej grać piątką bohaterów, z których każdy ma inne, często sprzeczne ze sobą, motywy działania. W ten sposób gracz poznaje historię z różnych punktów widzenia.

Dosyć ciekawie autorzy wymyślili też sposób rozwijania bohaterów. Odbywa się on dwuetapowo. Walcząc z przeciwnikami i absorbując wypadające z nich fozony rozwijamy jedynie magiczną broń, której używa dany bohater.

Natomiast, żeby rozwinąć bohaterów musimy jeść owoce i co ważniejsze odwiedzać okoliczną restaurację oraz kawiarnię, próbując tam wyśmienitych specjałów, które mają do zaoferowania swoim klientom.

Samą grę zaczynamy z niczym, ale w lochach zdobywamy przepisy na coraz to wymyślniejsze napoje (leczniczy, antidotum, rozświetlający ciemność itd.) i potrawy.

W grze posłuchamy także wzorowego japońskiego dubbingu i pięknej muzyki skomponowanej przez Hitoshiego Sakimoto, którego można skojarzyć m.in. z:

  • Vagrant Story
  • Final Fantasy Tactics
  • Final Fantasy XII
  • Final Fantasy Tactics A2: Grimoire of the Rift
  • Valkyria Chronicles
  • Final Fantasy XII: Revenant Wings
  • Breath of Fire: Dragon Quarter

Jednak wcale nie uważam tego wszystkiego za element najważniejszy w Odin Sphere. Gdybym miał wybrać jeden, najważniejszy element tej gry, to bez namysłu powiedziałbym, że ta produkcja jak mało która pokazuje w piękny sposób miłość kwitnącą w sercach jej bohaterów.


16.Grandia (PSone, Game Arts, 2000r.)

Jednymi z najlepszych jrpgów, z jakimi miałem do czynienia są dwie pierwsze Grandie. Drugą część poznałem na PS2. Z oryginałem, który debiutował początkowo na Saturnie a później trafił na PSone miałem do czynienia dopiero w 2011r. Dziwne mam wyczucie czasu, bo właśnie wtedy opuścił nas Takeshi Miyaji, autor tej znamienitej niegdyś serii i jeden ze współzałożycieli Game Arts. To wielka strata, gdyż pierwsza Grandia nie jest wcale kolejną grą o ratowaniu świata. Ten wątek pojawia się co prawda w tym klasyku, lecz jest on nieaktywny przez ogromną część historii.

Celem autorów gry było pokazanie graczom jak ekscytujące i pouczające potrafi być podróżowanie i przeżywanie nowych przygód. Grandia to doskonały przepis na zaspokojenie czyjejś ciekawości. To gra, która powinna spodobać się graczom, którzy lubią poznawać świat.

W swoim czasie była to również produkcją ze świetnymi animacjami czarów i zdolności bohaterów oraz, co rzadko wtedy spotykane, częściowo zdubbingowana, choć znajdziecie takie osoby, które stwierdzą, że nie był to dubbing najwyższych lotów.

Naszym wyprawom w nieznane towarzyszyły kompozycje Noriyukiego Iwadare, który doskonale uchwycił emocje kierujące bohaterami oraz ducha przygody tego wyjątkowego jrpga.

Grandia to gra, która sprawi, że bardzo szybko polubicie bohaterów, dla których podróże i zaspokajanie ciekawości są na pierwszym pierwszym miejscu. To pozycja, którą tworzą nie tylko członkowie drużyny, ale też i inne osoby, które Justin, Sue, Feena i Liete spotkają na swojej drodze i to właśnie one sprawiły, że pokochałem Grandię od pierwszego zagrania.

Tak bardzo przejąłem się ich losem, że końcówkę tej wielkiej przygody grałem zasępiony i zasmucony, pukając się w głowę jak gracze mogą stawiać jedynkę obok dwójki...i wtedy zobaczyłem dwie ostatnie sceny w grze. Mało która gra ma tak piękne zakończenie.

Dziękuję twórcy przygody, która porwała mnie niesłychanie i nie wyobrażam nawet sobie, aby mogło jej zabraknąć w moim zestawieniu.


15.Kingdom Hearts (PS2, Squaresoft, 2002r.)

Od najmłodszych lat uwielbiałem bajki Disneya z Myszką Miki, Donaldem i Goofy'm. W czasie, gdy stawiałem swoje pierwsze kroki w serii Final Fantasy Squaresoft wydał swoje ostatnie ip zanim zszedł ze sceny...niepokonany.

Japończycy po raz ostatni w historii popisali się swoim geniuszem. Stworzyli miks, który nie miał prawa się udać. A jednak hybryda najlepszych bajek Disneya i ich własnej, najwspanialszej 'bajki' zwanej Final Fantasy sprawił, że poczułem się znów jak dziecko. 

Sora, jego przyjaciele, z którymi musi się rozstać, a o których nie może zapomnieć na chwilę, bo nie pozwala mu na to serce i niechciany z początku sojusz z Donaldem i Goofy'm szukającymi swojego króla, Myszki Miki, stał się doskonałym pretekstem do spotkania z syrenką Ariel, Piotrusiem Panem, Dzwoneczkiem, Kapitanem Hakiem, Tarzanem, Alicją z Krainy Czarów, Jane, Herculesem, Hadesem oraz...uwaga, uwaga...z żywą i zdrową jak ryba, Aerith, Cloudem, Cidem i innymi bohaterami z serii Final Fantasy.

Budowanie własnych statków kosmicznych i latanie za ich pomocą od jednego świata do drugiego, szukanie dalmatyńczyków, produkcja coraz to lepszych broni w warsztacie z najpotężniejszą Bronią Ultima, niepowtarzalne walki z tytanami, Kurtem Zisą, Upiorem i śmiertelnie niebezpieczny pojedynek z Sephirothem sprawiły, że nie mogłem nie pokochać Kingdom Hearts, tym bardziej, że muzykę doń stworzyła wspaniała Yoko Shomomura, która ma na koncie muzykę w m.in.:

  • Street Fighterze II
  • Parasite Eve
  • Legend of Mana
  • Xenoblade Chronicles
  • Radiant Historii.

14.Tales of Symphonia HD (PS3, Namco Tales Studio, 2014r.)


W Tales of Symphonię chciałem zagrać już wiele lat temu, gdy tylko pojawiła się na GameCubie i zobaczyłem jej recenzję w Neo Plus. I pewnie dopiąłbym swego, gdyby nie to, że u mnie żadne PS2 nie ostało się nazbyt długo, ale jak grasz w jrpgi po kilkanaście godzin dziennie i w prawie każdym masz wbitych po kilkaset albo i więcej godzin, to oczywistym jest, że laser w konsoli prędzej czy później odmówi posłuszeństwa. Tak też się stało. Miałem do wyboru: albo sprzedać GameCube'a razem z grami (do dziś nie mogę się pogodzić ze sprzedażą The Legend of Zelda Wind Waker + TLoZ: Ocarina of Time) i mieć pieniądze na naprawę konsoli Sony albo na niej nie grać wcale. Wybrałem to drugie rozwiązanie. Nie była to dobra decyzja a jedynie wybór mniejszego zła. 

Symphonia wymknęła mi się z rąk. Wtedy uważałem, że na zawsze. W międzyczasie ograłem Tales of Eternię na PSP, która mi się spodobała, bo jak miałaby mi się nie podobać, kiedy na teście uniwersyteckim byłem pytany kiedy miał premierę pierwszy Tekken albo jakim zwierzątkiem jest Mappy?

Jednak dopiero gdy zagrałem w Tales of Vesperię na X360 poczułem magię tej serii. Dziś uważam ją za jrpga znacznie lepszego od Final Fantasy XIII i prawdopodobnie dodałbym ją do tej listy, gdyby nie zdarzyła się pewna rzecz. Namco zapowiedziało remaster wersji Tales of Symphonii z PS2 na PS3. To miał być pierwszy raz gdy wersja tej gry z konsoli Sony opuści granice Japonii. 

Tales of Symphonia na GCN kosztowała w chwili zapowiedzi 350-400zł na portalach aukcyjnych, więc gdy tylko dowiedziałem się, że w skład tego remastera wejdą jeszcze dwie gry z serii Tales of, to moja decyzja zakupu była natychmiastowa, tym bardziej, że kosztowało mnie to kilkakrotnie mniej niż wynosił koszt samej Sympbonii na Kostkę.

Z początku wziąłem Syphonię za podróbkę Final Fantasy X pozbawioną własnej tożsamości, wszak tu też pojawia się motyw pielgrzymki, która ma uratować świat. Jednak w miarę rozwoju wypadków dostrzegłem wiele zalet niniejszej produkcji.

Muzyka Motoia Sakuraby w tej odsłonie serii jest po prostu niesłychana. Spokojne, dynamiczne i pełne smutku melodie stanowią najlepszą wizytówkę tego kompozytora. Gra ma też oryginalne japońskie głosy, w tym niesamowitego Fumihiko Tachikiego, znanego fanom anime jako Kenpachi Zaraki z Bleacha oraz graczom jako Odyn z Odin Sphere. W ten sposób odkryłem jedną z ciekawszych rzeczy, o których mało który gracz wie. Okazuje się bowiem, że to nie Kratos z God of War jest pierwszym bohaterem o takim imieniu w grach wideo. Jest nim Kratos Aurion z Tales of Symphonii.

Jasne, że można wziąć Tales of Symphonię za kolejną grę o ratowaniu świata. Ja to wszystko odbieram jednak inaczej. Dla mnie jest to historia, która nawiązuje do okropieństw Drugiej Wojny Światowej, kiedy ludzie byli przetrzymywani w obozach koncentracyjnych tylko ze względu na swoją rasę lub pochodzenie. Co więcej, gra stawia zarzut każdemu człowiekowi, który jest obojętny na ludzką krzywdę. Nie wystarczy powiedzieć o kimś, że jest rasistą, że robi źle itd. Jeśli nie pokonamy negatywnych emocji we własnym sercu, to świat nie ma żadnej przyszłości i dzięki temu przesłaniu musiałem wspomnieć o tej grze, a poza tym rzadko się zdarza spotkać takiego anioła jak ten z Tales of Symphonii, anioła, dla którego zrobiłbym wszystko, byle jeszcze raz usłyszeć jego piękny głos.


13.Dragon Quest VIII: Journey of the Cursed King (PS2, Level-5, 2006r.)

Do Dragon Questa ciągnęło mnie już od pierwszych screenów. Cyborg powiedział mi, że za projekty postaci odpowiada ten sam człowiek co za Dragon Balla, czyli Akira Toriyama. Seria o kosmicznych wojownikach nigdy nie była częścią mojego dzieciństwa. Wychowywałem się na Yattamanie, Gigim, Dajmosie, Tygrysiej Masce, Tsubasie i jego kolegach Wakabayashim, Misakim oraz na innych bajkach z Polonii 1, więc nie był to dla mnie żaden argument przemawiający za zakupem tej produkcji. Było nim co innego. Wystarczył napis Square Enix na okładce.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że SE to tylko wydawca a autorami gry są ludzie odpowiedzialni za serię Dark Cloud/Chronicle, czyli Level-5. Nie wiedziałem też tego, że spędzę ze szlamami ponad tysiąc godzin, przechodząc całą grę ze wspomnianym już znajomym. Niby jrpgi są grami dla pojedynczego gracza, jednak po odnalezieniu we Władcy Pierścieni: Trzecia Era opcji pozwalającej dwóm graczom na przechodzenie gry i przejście jej z moimi dwoma znajomymi w kooperacji, co do dziś uważam za największy atut tej produkcji, pomyślałem, że w innym jprgu turowym wystarczy podać komuś pada, gdy jest jego tura i można grać tak samo, a że w DQVIII można zmieniać postać, którą biegamy po ekranie, więc przechodzenie jej z kimś, kogo znałem było czymś wyjątkowym. Zupełnie nie przeszkadzało mi to, że to maniak Toriyamy, który wie, ile razy i w jakim odcinku DBZ Goku puścił bąka. Ja grałem seksowną Jessicą i Yangusem - nieporadnym złodziejaszkiem spod ciemnej gwiazdy, on zaś pokierował niemówiącym głównym bohaterem, który przypominał mu Gohana oraz Angelem, który nie dość, że trochę podobny do Trunksa, to jeszcze był zakonnikiem, hazardzistą i podrywaczem. Była to iście wybuchowa mieszanka. Nie uważam jednak, że to wszystko, co można powiedzieć o tej produkcji. Mamy tu możliwość produkcji nowych przedmiotów za pomocą alchemicznego gara, pływanie statkiem, latanie ptakiem w przestworzach czy szybki bieg na tygrysie szablozębym, arenę, umiejętność przywoływania złapanych w świecie gry potworów, aż pięć gałęzi umiejętności do rozwoju dla każdej postaci, dodatkową miejscówkę z najtrudniejszymi oponentami po skończeniu gry, zbieranie medali rozsianych po całym świecie gry i potwory, które mają genialne przyzwyczajenia. Koty liżą się w walce, trolle przewracają się po zbyt silnym zamachu maczugą a prawdziwą wisienką są i tak bossowie. Co powiecie na ośmiornicę, która odgrywa przed Wami teatrzyk albo na kreta, który tak fałszuje na harfie, że jego podkomendni mają ochotę się zabić lub na przeciwnika, który robi dym, bo ktoś mu nabił guza i nawet nie umie wykrztusić z siebie jak bardzo go to poirytowało, bo sepleni przy każdym wyrazie i ciężko go zrozumieć?

Czemu więc ta gra nie jest wyżej? Dlatego, że bohater nie mówi, dlatego, że bez żadnego opisu tak dobraliśmy z Cyborgiem umiejętności naszej ekipie, że najpotężniejsze smoki padły jak mieliśmy ledwo 59 poziom (spróbujcie pokonać Yiazmata z FFXII lub Omega Weapon z FFVIII na tak marnym poziomie), dlatego, że Yangus to chyba najgorszy złodziej, jakiego widziałem w grze a częstotliwość z jaką wrogowie zostawiają przedmioty woła o pomstę do nieba. Czasem musiałem pokonać jednego przeciwnika ponad tysiąc razy, żeby sprawdzić jakie dwa przedmioty zostawia. Irytowały mnie też receptury w stylu ??? + ??? = ???. Do jasnej cholery, skąd mam wiedzieć jakie przedmioty mam połączyć po czymś takim? Nie podobało mi się też to, że gracz nie ma kontroli nad przywoływanymi potworami oraz żenująca momentami fabuła. Do dziś śmiejemy się z Cyborgiem na samą myśl, że musieliśmy zbierać siedem kryształowych kul oraz to sztuczne przedłużanie gry w nieskończoność z kolejnymi opętywanymi postaciami. Nic to, uniwersum DQ już na zawsze będzie mi się kojarzyć z Toriyamą. Samemu DQVIII udało mi się przejść dopiero na PS3 60GB FAT i absolutnie nie żałuję tego czasu, bo raz przez przypadek złapałem trzy najgorsze szlamy a po wezwaniu ich do walki przeżyłem szok, gdy transformowały się w króla szlamów. Wtedy znalazłem sposób na przejście areny, co najlepiej pokazuje, że nawet przy kolejnym przejściu gra wciąż miała jeszcze jakieś sekrety do zaoferowania.


12.Valkyrie Profile 2: Silmeria (PS2, tri-Ace, 2007r.)

Och, cóż to była za gra. Walkirie, einherjary, Odyn, drzewo Ygggdrasil, Asgard a gdzieś pośród tego mała, bezbronna i nieporadna Alicia, zindoktrynowana przez zbiegłą półboginię Silmerię, no i Hrist, jedna z najpotężniejszych postaci kobiecych w jrpgach, olśniewająco piękna, władcza i nieubłagana. W skrócie: kobieta, dla której zwykli śmiertelnicy znaczą mniej niż kurz na butach.

Kiedyś stwierdziłem, że ta gra nie zasługuje na maksymalną notę, bo ma słabą muzykę. Autorem ścieżki dźwiękowej jest mój ulubieniec Motoi Sakuraba i dziś mam ochotę zapaść się pod ziemię za wygadywanie takich bzdur.

VP2: S to obok Final Fantasy XII jeden z najpiękniejszych jrpgów szóstej generacji. Po zakupie Silmerii wydawało mi się, że zagram w kolejnego jrpga, nie wyróżniającego się niczym na tle innych przedstawicieli omawianego przeze mnie gatunku, tymczasem samo poruszanie się postaci bardzo przypomina to, z czym mieliśmy do czynienia w klasycznych odsłonach Castlevanii. Postać może poruszać się na boki, skakać, unieruchamiać wroga na krótki czas za pomocą wystrzeliwanych z ręki fotonów a nawet wykorzystywać zamrożonych wrogów jako platformy służące do dostania się w trudno dostępne miejsca. Żeby tego było mało, tri-Ace wymyśliło jeden z najciekawszych systemów walki w historii gatunku. W tej grze kierujemy czterema postaciami, które możemy rozdzielić w zależności od sytuacji zaistniałej na polu walki. Aby zaatakować którymś z bohaterów musimy nacisnąć odpowiedni przycisk. Postacie uczą się nowych zdolności, jeśli założymy na nie ekwipunek w ten sposób, że poszczególne jego elementy stworzą wzór danej umiejętności. To jeszcze nic. Chyba najlepszym pomysłem Japończyków są zaklęte kamienie, które znajdujemy w poszczególnych lochach. Jeśli uda nam się je wykupić, to uzyskamy możliwość używania ich w dowolnych lochu. Stwarza to praktycznie nieograniczoną liczbę kombinacji w zależności od tego, czy chcemy zwiększyć siłę naszych ataków, dodać im jakiś żywioł do ataku fizycznego, zwiększyć obronę, osłabić wroga a nawet wpływać na samo środowisko gry, zwiększając liczbę odbitych fotonów lub dodając niewrażliwość na dotknięcie nas przez spotykane potwory. Możemy nawet uczynić naszych bohaterów lekkich jak piórko lub ciężkich jak głaz. Wszystkich kamieni jest ponad sto i poszczególne zdolności można nawet łączyć.

W tytule, w którym krucha i potykająca się o własne nogi Alicia rzuca wyzwanie nordyckim bogom nie zabraknie także czegoś, co uwielbia każdy maniak tego gatunku. Wystarczy zajrzeć do Serafickiej Bramy a znajdziecie tam skarby, o których Wam się nie śniło. Można tam nawet spotkać Dirnę Hamilton, która była prawdziwym utrapieniem wszystkich graczy, którzy mieli do czynienia ze Star Ocean: TtEoT.


11.Xenosaga Episode I: Der Wille zur Macht (PS2, Monolith Soft, 2003r.)

Pierwszy epizod Xenosagi to jeden z najwspanialszych prezentów, jakie kiedykolwiek otrzymałem w życiu. Miałem nigdy nie zagrać w tą grę tylko dlatego, że urodziłem się w Europie i postanowiłem kiedyś, że nigdy nie przerobię PS2.

Zacznijmy jednak od początku. Tetsuya Takahashi założył po odejściu ze Squaresoftu Monolith Soft i postanowił stworzyć to, co nie udało mu się przy okazji  Xenogears, czyli wielką kosmiczną sagę jrpg utrzymaną w klimatach science fiction.

Niestety trafił z deszczu pod rynnę, bo tak jak jego poprzedni pracodawca również i Namco nie chciało wydawać jego gier w Europie. Wydali u nas tylko drugi epizod Xenosagi z dołączonym filmikiem opowiadającym prawe w całości wydarzenia z epizodu pierwszego. Przez dziesięć lat od ukończenia drugiej części Xenosagi i po obejrzeniu kilkukrotnie tego filmu czułem się jak człowiek z trzeciego świata, któremu odmawia się prawa do grania w gry takie, jakie chcę. To wielka niesprawiedliwość, gdy ktoś traktuje Twoją rasę jako tą gorszą, tylko ze względu na miejsce urodzenia.

Pikanterii temu wszystkiemu dodawał fakt, że mit rasy panów i nadczłowieka autorstwa Fryderyka Nietzsche jest też podstawą filozoficzną fabuły pierwszej Xenosagi.

Jednak rok temu wydarzyło się coś nieprawdopodobnego i moja koleżanka z Ameryki oddała mi swoje PS2 wraz z dwoma Xenosagami przeznaczonymi tylko na rynek amerykański (Episode I i III), dzięki czemu poznałem na własnej skórze jak wspaniała gra ominęła Europę. Choć spotkacie się z opiniami, że trzecia część Xenosagi jest najlepsza z całej serii, wybrałem pierwszy epizod historii, której podwaliną jest filozofia niemieckiego myśliciela, bo to właśnie ta część oddaje najlepiej jej sens i nie ma tak wielu nielogicznych wydarzeń jak hołubiona trójka. Postanowiłem umieścić na liście pierwszą Xenosagę również ze względu na chyba ostatnią wielką ścieżkę dźwiękową skomponowaną przez Yasunoriego Mitsudę, znanego także ze swojego kunsztu przy okazji Chrono Trigger/Chross i Xenogears. Jednak to tylko kolejne z powodów umieszczenia tego tytułu w tym rankingu. Najważniejszym z nich jest i tak najbardziej zaawansowany android bojowy w przestrzeni kosmicznej, imieniem KOS-MOS, który jest chyba najsilniejszą kobiecą postacią w grach z gatunku jrpg w ogóle. Gwarantuję Wam, że ciężko Wam będzie znaleźć kiedykolwiek tak piękną i opanowaną deus ex machinę.

Tagi: jrpgi mojego życia

Przejdź do strony
Oceń notkę
+ +99 -

W co gracie w weekend?
Oceń profil
+ +222 -
squaresofter
Ranking: 11 Poziom: 82
PD: 69773
REPUTACJA: 68177