kwadratowy blog

squaresofter

squaresofter squaresofter 15.10.2015, 00:07
W co gracie w weekend? #120  [Aktualizacja #1]
1053V

W co gracie w weekend? #120 [Aktualizacja #1]

  Witajcie. W ten weekend ogrywam Phoenix Wright Ace Attorney: Justice For All (NDS), pierwszy epizod Xenosagi (PS2), Lost Odyssey (X360), Jeanne d'Arc (PSP), Soul Blade (PSone) plus malutka niespodzianka. Moim dzisiejszym gościem jest Daaku. Za możliwość poznania dalszych losów Phoenixa chciałbym podziękować Dajznerowi.

[Aktualizacja #1]

Daaku chciał wystąpić w dzisiejszym odcinku, więc najpierw on zabierze głos nt ogrywanych gier. Moja część znajduje się na drugiej stronie.

 


 

Daaku: square, czego tam szukałeś do wpisu o Xenosadze?
squaresofter: Nietzchego.
Daaku: Aha...
 
  Strasburger byłby dumny. Ustawowy suchar za nami, a przed wami - niezsynchronizowany w czasie (unikamy tu słowa "spóźniony") wpis dotyczący gier, jakie ogrywał będę w najbliższym czasie. Czyli pewnie nie w tytułowy weekend, kiedy to będę głównie powłóczył nogami po halach wystawowych Poznań Game Arena, ale na pewno zaraz po nich. 
 
 
Aliens: Colonial Marines (PS3, Gearbox 2013r.)
   Dawno już nie grałem kooperacyjnie przez sieć. Jeżeli dobrze pamiętam, to ostatni taki przypadek miał miejsce przy Halo 4, kiedy to razem z Affkiem (próbowaliśmy) przebić się do końca misji specjalnych - czyli gdzieś na początku roku, co mnie na równi zaskakuje i przeraża. Ale tak to jest, jak się spędza czas głównie na konsolach przenośnych, zaniedbując stacjonarki. Okazja na zmianę tego stanu rzeczy pojawiła się na początku października, kiedy to eksploatowana przeze mnie z zaciętością szefa-wroga Vita zaczęła towarzyszyć bratu (@XeRo, pozdrawiam gorąco!) jako 16-gigowy zbiór klasyków z PSXa podczas jego miesięcznej podróży do Japonii. Pozbawiony głównego źródła rozrywki, przeprosiłem się z resztą moich konsol - a nic tak nie rozkręca wieczornych posiedzeń przed telewizorem, jak gra online! Wybór padł na w/w "Marines", od niedawna w obiegu dzięki shoutowym zapaleńcom. Ponieważ nowy egzemplarz gry (zafoliowany, w pudełku) jest do nabycia w sklepach w cenie 19PLN, z miejsca wykluczyłem możliwość odsprzedaży i szarpnąłem się na Extermination Edition (za PLNów dla odmiany 49) - jak szaleć, to szaleć! Zebranie raz już wypróbowanej ekipy (@Banzai, @Koma, @Affek) nie nastręczyło żadnych trudności, szybko więc utworzyliśmy doborowy oddział i ruszyliśmy na pokład zaatakowanego przez tajemniczego napastnika statku kosmicznego S. S. Sulaco. Kadra żołnierzy prezentowała się następująco:
 
 
Kapral Banzai "Host" Winters
Najstarszy stopniem w drużynie, a także najbardziej doświadczony w walkach z ksenosami. Jego wiedza pozwala mu wybrnąć cało z wielu opresji - ot, puścić jednego z kotów przed szereg, żeby to on zginął od eksplozji Baniaka czy równie błyskotliwe wybiegi. Ze względu na problemy z dołączaniem do boju (określane niekiedy "anomaliami kwantowymi"), to pod jego egidą zawsze zbierają się marines.
 
 
Szeregowy Affek "The Niggest" Short
Jedyny afroamerykański członek oddziału, a z horrorów wiadomo, że jeśli jesteś czarny - giniesz pierwszy. Szeregowy Affek stosował się do tej prawdy niezwykle skrupulatnie nawet jak na żołnierza, gryząc piach w pierwszej kolejności podczas kolejnych starć z przeciwnikiem (oraz z własnymi granatami). W okolicach 1/3 kampanii przeszedł nawet samego siebie, ginąc naprawdę, przez co skład marines był zmuszony realizować kolejne cele misji w trójkę. To się dopiero nazywa oddanie sprawie!
 
 
Szeregowa Koma "Jumper" Quintaro
Jeżeli można komuś zepsuć dzień - nawet podczas inwazji obcych form życia - to ona już to zrobiła. Niereformowalny diabeł wcielony oddziału, Koma zawsze szuka okazji do zaznaczenia swojej obecności podczas misji - i zwykle jej się to udaje. Zamknięcie komuś drzwi przed nosem, kuksańce podczas jazdy windą, poruszanie się wyłącznie skokami, teabagging nad twoimi zwłokami jeśli reanimacja nie przyniesie skutku - lista jest tak długa, że protokolant podczas jej spisywania złamał dwa palce. Szeregowa Koma ma też jednak przejawy instynktu macierzyńskiego - sama z siebie doprowadzi mniej doświadczonych członków oddziału do ukrytych nagrań, nieśmiertelników czy legendarnych broni. Złota kobieta.
 
 
Szeregowy Daaku "Shotgun" Quintaro
Przygodę z armią zaczął dość nieszczęśliwie (podczas inwentaryzacji zaginął jego ekwipunek z edycji specjalnej), ale nie wpłynęło to negatywnie na jego motywację. Podczas gdy jego towarzysze używali głównie karabinków pulsacyjnych, on dla zrównoważenia arsenału biegał ze strzelbą - a że ta wymaga walki na bliski dystans, szeregowy Daaku posiadał drugi najwyższy licznik śmierci zaraz po ś.p. Affku. Dwukrotnie odznaczony Orderem Murphy'ego za próbę ratowania kolegów położonych przez ksenosy - raz przestrzeliwując obu na wylot strzelbą, a raz - podpalając oboje z nich miotaczem płomieni.
 
 
  Ekipa równie udana i barwna, co drużyna Robin Hooda, prawda? Tylko że w Sherwood nie ginęli podczas każdej kolejnej wymiany ognia. Może też dlatego, że nie grali na Ultrabrutalu - najwyższym możliwym poziomie trudności, jaki sobie zażyczyliśmy. A jak już stwierdziliśmy, że wystarczy nam poznawania kolejnych kulisów fabularnych (strasznie sztampowych na dodatek), to wskakiwaliśmy sobie do multiplayera, by wypróbować kolejne tryby rozgrywki. Mnie najbardziej do gustu swoimi założeniami przypadła Ewakuacja, w której jako Marines musimy wzajemnie osłaniać się podczas przebijania się przez mapę aż do punktu wyjścia, a jako Ksenomorfy - uniemożliwić ucieczkę żołnierzom. Styl gry drapieżnikami różni się jednak znacznie od dość bezpiecznego i wypróbowanego prowadzenia ludzi - ksenosy potrafią widzieć swoje cele przez ściany, przylegać do ścian i sufitów oraz wciskać się w przewody wentylacyjne, ale walka nimi prowadzona jest na bardzo bliski dystans. Ważne jest więc tropienie potencjalnej ofiary, czekanie na jej oddzielenie od reszty marines, a następnie szybkie skrócenie dystansu tak, aby jej broń okazała się bezużyteczna. Dlatego więc - mimo preferowanego przeze mnie widoku z perspektywy trzeciej osoby - jakoś bardziej przemawia do mnie żołnierski karabinek.
 

 

Transformers: Devastation (PS3, Platinum Games 2015r.)
 
  Pierwsza generacja najlepszą generacją. Żadne tam Beast Warsy, Armady, Energony, Prime'y i kinowy festiwal eksplozji od Michaela Baya. Gdybym miał podać dwie marki, które towarzyszyły mi podczas burzliwego okresu dorastania, to byliby to emitowani na Polsat 2 Power Rangersi oraz dostępne wybiórczo w trzech (!) pobliskich wypożyczalniach kaset wideo przygody Transformersów. To dzięki walkom Autobotów z Decepticonami w kolejnych latach - tym razem towarzyszących karierze Gracza - tak chętnie sięgałem po serie Armored Core czy Front Mission. Niestety, jak wiele zasłużonych serii z tamtych lat, zdolne do przemiany roboty zostały najpierw zapomniane przez świat, a następnie odkopane i zeszmacone przez studia animacji, "unowocześniających" ich designy do postaci karykaturalnych, powykręcanych figurek z zaburzonymi proporcjami ciała. Z tym większą radością przyjąłem do wiadomości fakt, że Transformersy doczekają się w najbliższym czasie kolejnej growej adaptacji - tym razem w nostalgicznym klimacie Pierwszej Generacji! I to spod dłuta Platinum Games, którzy już niejeden raz pokazali, że na swoim fachu się znają!
 
  W odróżnieniu od poprzednich gier o zmiennokształtnych puszkach spod szyldu Acitivision, tym razem kontrolę nad Autobotami sprawować będziemy nie na powierzchni ich ojczystego Cybertronu, a na organicznej Ziemi. A konkretnie w jednej z naszych ziemskich metropolii, gdzie do betonu i szkła stanowiącego podstawę współczesnej architektury nikczemny Megatron postanowił dodać element stali - najlepiej od razu w ilościach hurtowych. Stąd też powstałe w wyniku tzw. "cybernetyzacji" metalowe macki, ściany i sieci autostrad przecinające tętniące kiedyś życiem miasto. A wśród nich mnóstwo ukrytych znajdziek, wyzwań i czasówek, za które zdobędziemy dodatkowe elementy arsenału oraz kolejne obrazki w rozbudowanej galerii. Początkowo przełączamy się między trzema dostępnymi przedstawicielami tych dobrych - Optimus Prime jest dość wypośrodkowaną postacią używającą młota, nieco powolny Sideswipe sieka dwoma mieczami i zaczyna grę z zestawem rakiet pocisków samonaprowadzających, a żwawy Bumblebee przy pomocy gołych pięści i wślizgów buduje bardzo, bardzo długie combosy. Jednak im dalej w grę, tym nasz wybór nieznacznie się poszerzy, mianowicie o naukowca Wheeljacka i potężnego, siejącego pożogę w swojej formie tyranozaura Grimlocka.
 
  Jeżeli jednak na podstawie materiałów promocyjnych nastawialiście się na mało skomplikowaną sieczkę w stylu Dynasty Warriors, to szybko zostaniecie zmuszeni do zrewidowania swoich poglądów - Devastatio n to gra Platinum pełną gębą. Nieważne, jak mocno atakujesz czy jak soczystego combosa aktualnie klecisz - podstawą walki jest tutaj unikanie nadchodzących ataków (najlepiej "o włos", aby aktywować spowalniający czas Focus) i płynne przechodzenie między krótkimi seriami ciosów a obroną. Nie szalejcie za bardzo z fuzjami broni czy chipów i zebraną na początku gry walutę od razu wydajcie na umiejętności parowania i kontrataku - to one będą podstawą waszego stylu walki, który musicie jak najszybciej opanować. Tu nie ma powolnego wzrostu poziomu trudności rodem z Revengeance'a czy Bayonetty - dwa udane ciosy przeciwnika zabiorą ci połowę paska życia, a każde combo szybko zostanie przerwane ich własnym. Skupienie, zręczność i cierpliwość w dawkowaniu obrażeń - te trzy zasady pozwalały nam przeżyć w każdej poprzedniej grze Platynowych i tutaj - mimo zmiany stylistyki - także ma to najwyższy priorytet.
 
  Przede mną jeszcze długa droga ku końcowi, więc myślę, że z czasem przypomnę sobie odpowiednie nawyki. Poza tym wiem, że tendencja ta zabija rynek, ale bardzo liczę na DLC z dodatkowymi postaciami - brak możliwość gry np. Warpathem czy Beachcomberem, o stronie Decepticonów nie wspominając, bardzo boli w tego typu tytule...
 

 

Pokemon Rumble World (3DS, Ambrella 2015r.)
  3DS wrócił do łask, trylogia Ace Attorney czeka na karcie, reroll drużyny w Etrian Odyssey IV kusi, na eShopie tani Azure Striker Gunvolt tylko czeka na zatwierdzenie zakupu... A ja na to jak na lato - Pokemony trzeba łapać! I to nie w tym klasycznym, erpegowym wydaniu (bo na wersji Y definitywnie skończyłem swoją stworkową edukację), ale w takim prostym, niezobowiązującym, w formule free-to-play. I co z tego, że odpala się toto raz na kilka godzin, na kwadrans, pół godziny góra? 27 godzin na liczniku Activity Loga nie kłamie... 
 
  A o czym tu w ogóle mowa? O 3DSowej iteracji serii gier z tradycją sięgającą jeszcze czasów pierwszego Wii, na którym to Pokemon Rumble był jednym z klejnotów WiiWare - raczkującej wtedy jeszcze platformy sieciowej, która na kolejnej generacji przyjmie formę eShopu. Ale za bardzo odbiegamy od tematu - zabawę zaczynamy jako nasze Mii, które jako nowy podróżnik pojawia się na dworze Króla. Całość mocno opiera się o formułę streetpassowych gierek, za którymi niezbyt przepadam, ale bez obaw - królestwo wraz z zamieszkującymi je Miiludkami to tylko nasza baza wypadowa. w której pchamy mało ważną fabułę do przodu oraz dokonujemy zakupów. Prawdziwe mięsko polega na podróży balonami do kolejnych lokacji pełnych czekających na złapanie gatunków Pokemonów. Im więcej z nich złapiemy, tym większy będzie asortyment naszego sklepiku - za pomocą zarówno zwyczajnej waluty, jaki i bardziej ograniczonych Poke-Diamentów dokupimy nowe ciuszki dla naszego Mii, nowe balony z lokacjami, zwiększymy limit trzymanych jednocześnie potworków czy zasadzimy drzewka zwiększające nasze statystyki. Wraz z rosnącą rangą naszego podróżnika otworzą się przed nami kolejne zlecenia wydawane przez samą koronowaną głowę, często z dodatkowymi warunkami ukończenia. Może to być zwykłe odpieranie kolejnych fal nacierających przeciwników, misja eskortowa albo walka na czas - za ich wypełnienie i trzymanie się ustalonych założeń zdobywać będziemy Poke-Diamenty, których nigdy mało.
 
  Diamenty służą przede wszystkim do wykonywania mikropłatności oraz ogólnego ułatwiania sobie rozgrywki (spowalnianie koła wyboru, możliwość restartu podczas misji, natychmiastowe skrócenie czasu oczekiwania itp.). Po średnio udanym Pokemon Shuffle, gdzie gra na każdym kroku rzucała nam kłody pod nogi, a kolejne pojedynki bez kupnych wspomagaczy były prawdziwą drogą przez mękę, Nintendo poszło po rozum do głowy i Rumble World jest już w tej materii dużo bardziej zbalansowany. Początek gry zaczynamy z niewielką pulą diamentów, które spokojnie pozwolą na pierwsze, wygodne zakupy, również kolejne wyzwania pozwalają utrzymać stały ich dopływ. Sprawa komplikuje się później (ok. 30. rangi), kiedy to warto rozważyć sięgnięcie do portfela na zakup odgórnej puli świecidełek. Tutaj gra ponownie wychodzi naprzeciw grającym - jeżeli zdecydujemy się już nabyć walutę wirtualną za tę prawdziwą, dwa najniższe pakiety jednorazowo kupimy z 25% zniżką! 
 
 
  Jak w tej chwili wygląda mój postęp? Wspomniane 27 godzin, 37. ranga, złapanych 290 rodzajów Pokemonów, najsilniejszy o potencjale 1.221 - a końca nadal nie widać, bo wciąż z chęcią wracam do tego bezproduktywnego draństwa. I pewnie jeszcze trochę przy nim posiedzę, bo kolejne balony mają zabierać mnie do rejonu Kanto - z legendarnymi ptakami i Mewtwo do złapania!
 
 
  To tyle ode mnie. Od siebie życzę wszystkim miłego weekendu i liczę, że z paroma z Was uda mi się skrzyżować drogi w Poznaniu!
 
Daaku

 

Tagi: affek aliens banzai Daaku Dark Souls Jeanne d'Arc koma lost odyssey nietzsche phoenix wright Pokemony Soul Blade transformers xenosaga

Przejdź do strony
Oceń notkę
+ +41 -

W co gracie w weekend?
Oceń profil
+ +223 -
squaresofter
Ranking: 12 Poziom: 82
PD: 69773
REPUTACJA: 66109