Dark-O-visioN

Profesjonalnie amatorskie teksty

Darek Darek 04.06.2018, 10:29
Han Solo: Gwiezdne Wojny Historie
183V

Han Solo: Gwiezdne Wojny Historie

Ktoś kombinując polską wersję tytułów spin-offów Gwiezdnych Wojen zapomniał chyba sprawdzić jak wymyślony przez niego przekład brzmi. Pewnie, po angielsku "Solo: A Star Wars Story" brzmi okej, ale już polskie "Han Solo: Gwiezdne Wojny Historie" to jakaś składniowa tragedia. A wystarczyło przerzucić "Han Solo" na koniec...

Dym, mgła, para, smog - co by to nie było, w obrazie Rona Howarda jest go pełno. Niemalże wszystkie sceny w filmie skąpane są we mgle, od ulic Carilli, przez wnętrze budynku kontroli paszportowej, po tunele kopalni paliwa do hipernapędu. Zastanawiam się ile w tym chęci pokazania jak strasznie szare i beznadziejne jest życie zwykłych ulicznych szczurów, a ile zwykłego, praktycznego chowania słabo wykonanych elementów scenerii. Bo w takiej na przykład scenie napadu na pociąg towarowy, która, nie czarujmy się, została stworzona w jakimś programie graficznym, już mgły nie widać. Ciekawe, ciekawe.

 

Han Solo: Gwiezdne Wojny Historie (bo samo "Solo", jak w oryginale, byłoby najwyraźniej za mało oczywiste) opowiada historię młodego Hana Solo (duh) i tego w jaki sposób stał się znanym z czwartego epizodu cwaniakiem i oportunistą. A nie, czekaj, w sumie tego akurat się nie dowiadujemy, jako, że Han od samego początku, do samego końca jest właściwie cały czas tą samą osobą. Ciężko mówić o jakiejś ewolucji jego charakteru. Tak jak był pełnym marzeń i nadziei gadułą, tak na koniec filmu wciąż nim jest. Co więc mówi nam o postaci film Howarda? Nie za wiele. Głównie to skąd w jego otoczeniu wzięły się różne znane i lubiane rzeczy i ludzie. Dowiemy się w jaki dokładnie sposób Han wygrał Sokoła Milenium od Lando. Zobaczymy od czego zaczęła się przyjaźń Solo z Chewbaccą i ile prawdy kryje się za przechwałką, że Wookie byłby w stanie bez problemu wyrwać Luke'owi ręce, jeśli ten go wkurzy. Na własne oczy obejrzymy słynny Kessel run w mniej niż 12 parseków, co wcale nie było takie proste do sensownego przedstawienia biorąc pod uwagę, że wymyślając tę przechwałkę, Lucas nie zdawał sobie sprawy, że parsek jest jednostką odległości, a nie czasu. A na koniec utwierdzimy się nawet w przekonaniu, że, owszem, Han strzelił pierwszy. Mało tego! Zgodnie z pierwotną wersją czwartego epizodu, TYLKO on zdążył w ogóle strzelić. Jak nie trudno się domyślić, spójna historia była dla autorów scenariusza wartością drugorzędną. Od początku do końca filmu najważniejsze są ciągłe, mniej i bardziej subtelne (choć zwykle mniej) nawiązania do znanych już postaci i motywów. Jednym się to spodoba, innym pewnie nie.

 

Nie oznacza to jednak, że fabuła filmu jest jakimiś zupełnymi popłuczynami i osoby nie jarające się chorobliwie przygodami Hana i Chewiego nie mają tu czego szukać. Wprost przeciwnie! Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony tym jak spójną i logiczną całość tworzą ze sobą kolejne sceny. Od ulic Corilli, przez front, napad na pociąg, nielegalne kasyno, kopalnię, a na pustynnej planecie której nazwy nie zapamiętałem kończąc. Akcja nigdy nie skacze z miejsca w miejsce dla samego pokazania kolejnych miejscówek. Od początku do końca jesteśmy w stanie spokojnie śledzić ciąg przyczynowo-skutkowy pchający Hana i spółkę w kolejne miejsca.

Solo to typowe kino przygodowe. Akcja goni akcję, stawka rośnie z minuty na minutę, barwne, do bólu przerysowane postacie pojawiają się i znikają, przyjaźń zamienia się w nienawiść, miłość w zazdrość, partnerstwo w zdradę. Klasyka gatunku aż do bólu. Ale to dobrze. Brakuje mi w dzisiejszych filmach przygodowych tej dawnej prostoty. Dzisiaj zawsze ktoś musi być wybrańcem, świat musi chylić się ku upadkowi i tak dalej. W Hanie Solo banda złodziei próbuje ukraść cenny ładunek żeby spłacić swoje długi wobec gangstera. Koniec. Proste i sympatyczne.

 

Kino przygodowe zawsze przepełnione jest wyrazistymi postaciami z którymi obcować będzie nasz główny bohater. Nie inaczej jest i w odległej galaktyce. Hana i Chewiego nie trzeba nikomu przedstawiać, powiem więc tylko, że Alden Ehrenreich podołał powierzonemu zadaniu i bardzo elegancko wcielił się w młodego Harrisona Forda. Nie próbuje kalkować stworzonej przez niego postaci, ale w jego twarzy, niektórych ruchach i sposobie wypowiadania się czuć, że oto stoi przed nami stary, dobry Han Solo. Z nowych postaci mamy przede wszystkim, granego przez jak zawsze świetnego Woody'ego Harrelsona, Tobiasa Becketta (ale niestarwarsowe nazwisko!) i jego ekipę złodziei do wynajęcia. Beckett jest mentorem Hana. To dzięki niemu przyszły król przemytu nauczy się wielu definiujących go w przyszłości rzeczy, jak choćby wspomnianej już wyżej zasady aby zawsze strzelać zanim zrobi to przeciwnik. Poza nim w zespole gra jeszcze Thandie Newton i John Fawreau. Ona jako ostra, nie owijająca w bawełnę kochanka Becketta, a on jako całkiem zabawny, wyszczekany kosmita. Jest jeszcze grana przez Królową Smoków Qi'ra, ale tu nie ma o czym za bardzo rozmawiać. Ot, kolejna rola pokazująca jak przeciętną aktorką jest Emilia Clark. W dalszej części filmu poznamy też na nowo Lando Calrisiana, gościa, który w oryginalnej trylogii wsławił się tym, że nosił pelerynę, sprzedał głównych bohaterów Vaderowi i przegrał Sokoła Milenium w karty. Innymi słowy, Lando był czystą kartą, toteż scenarzyści zrobili z niego lekki comic relief. Młody Lando wali komplementami na lewo i prawo, gada niemalże non stop i nie kocha nikogo równie bardzo jak samego siebie. Fani rozwijających postać, starych książek mogą być niepocieszeni, ale ja się do nich nie zaliczam, toteż uważam, że Donald Glover zagrał go bardzo sympatycznie.

Po drugiej stronie barykady stoją wyglądający trochę jak czarny charakter z Jamesa Bonda Dryden Vos (Paul Bethany) i wypisz, wymaluj sith tego filmu, nawet pomimo, iż sithem nie jest, Enfys Nest (nikt znany). Żaden z czarnych charakterów nie robi jakiegoś piorunującego wrażenia, ale też nie musi go robić. Jak już wspominałem, Solo to przede wszystkim kino przygodowe i to przygoda jest tu najważniejsza. Jasne, Vos jest trochę straszny i czuje się, że mógłby mocno uprzykrzyć życie naszym bohaterom gdyby tylko chciał, ale w filmie nie ma go jakoś dużo i ostatecznie ciężko traktować go jako pełnoprawną postać. Powiedział bym, że to taki trochę motor napędowy kolejnych wydarzeń. Mało istotny, ale jednak wiarygodnie pchający fabułę do przodu. A Enfys Nest? Fajnie wygląda. I tyle. Byłbym zapomniał o jeszcze jednej postaci! Nie jest to co prawda czarny charakter w sensie stricte, ale nie lubiłem jej znacznie bardziej niż jakiejkolwiek klasycznie "złej" postaci w filmie, więc i tak ląduje tutaj. Mowa oczywiście o L3-37 - robocie służącym jako drugi kapitan na pokładzie Sokoła Milenium. L3 jest... Irytująca. Słyszałeś na pewno choć raz w swoim życiu skrót SJW (social justice warrior) odnoszący się do osób bardzo głośno walczących o prawa mniejszości, dbających, aby każda rasa, wyznanie, orientacja seksualna była odpowiednio reprezentowana w kinie, literaturze, w polityce, marudzących, że the Ancient One w Doktorze Strange'u grana była przez białą aktorkę i jednocześnie piejących z zachwytu, że Hermiona na deskach teatru jest czarna, a Negasonic Teenage Warhead ma dziewczynę (nie zważając na fakt, że nie ma to najmniejszego wpływu na fabułę filmu, więc po co). L3 jest właśnie kimś takim, tyle, że zamkniętym w metalowe pudło. Jej kolejne "żarty" w ogóle mnie nie bawiły, a jeśli trochę się nad tym zastanowić, okaże się, że jej postać nie ma żadnego sensu. Gwiezdne Wojny dzieją się dawno, dawno temu, w odległej galaktyce. Motywy takie jak wojna z okupantem, rebelia, tyrania, itd. są na tyle uniwersalne, że zadziałają w dowolnym settingu i za kolejnych czterdzieści lat pozostaną równie aktualne i czytelne jak w dniu premiery filmu. Tego samego nie można natomiast powiedzieć o odniesieniach do naszej rzeczywistości wygłaszanych przez L3. Raz, że problemy te nigdy w tej galaktyce nie istniały (kobiety na wysokich stanowiskach, zerowy nacisk kładziony na seksualność postaci, roboty będące pilotami, żołnierzami, kowalami, przyjaciółmi, wszystkim), więc gadanie o równouprawnieniu nie ma w tym wypadku za dużo sensu, a dwa, że jest to temat, moim zdaniem, przejściowy, który za kolejnych czterdzieści lat zupełnie straci na znaczeniu i ludzie, żeby zrozumieć o co chodzi, będą musieli orientować się, że lata temu był taki problem z równouprawnieniem i to jest właśnie nawiązanie do tego.

 

Za muzykę odpowiadał tym razem John Powell, facet którego strona na imdb mówi nam o nim wszystko co chcielibyśmy wiedzieć - dziesiątki znanych filmów na koncie, wszystkie z fajną muzyką, ale nie jestem w stanie przypomnieć sobie choćby jednej melodii z choćby jednego tytułu. Dokładnie tak samo można opisać muzykę w Hanie Solo. Jest poprawnie, tu i ówdzie udało się wkleić znane motywy skomponowane dawno temu przez Johna Williamsa, nowe utwory elegancko komplementują wydarzenia na ekranie i mimo, że film oglądałem w sobotę, już nie jestem w stanie sobie przypomnieć choćby jednej nowej melodii.

 

Han Solo nie miał lekko, nie ma lekko i nie będzie miał lekko. Ludzie, zdaje się, postawili na nim kropkę na długo przed premierą. Kiedy wszedł do kin, wielu widzów zupełnie go zignorowało, a część z tych co do kina się mimo wszystko wybrała mówi, że to najgorszy syf od prequeli, a może nawet i większy. Nie wiem czego ci ludzie się spodziewali, ale muszę przyznać, że zupełnie ich nie rozumiem. Jasne, brzydkie, pełne mgły/innego syfu ujęcia potrafią trochę odrzucić, postaciom zdarzy się zrobić coś zupełnie pozbawionego sensu, a robot Lando to kolejny nieudany comic relief mający pchać widzom bardzo mocno dzisiejszą propagandę, która, gwarantuję ci, nie zestarzeje się ładnie i za kolejnych, nie wiem, dwadzieścia, trzydzieści lat ludzie nie będą już czaili tych odniesień, przez co część filmu, niewielka na szczęście, stanie się zupełnie niezrozumiała. Tak, czy siak, Han Solo to bardzo sympatyczne kino przygodowe, które ogląda się na jednym oddechu i które spokojnie mogę polecić każdemu. Nie patrz na Solo jak na kolejny film Star Wars, a po prostu samodzielną przygodę w kosmosie, a gwarantuję, że będziesz się dobrze bawić. Narzekać będą jedynie ci "prawdziwi" fani, którym i tak nic się nie podoba, więc po co się przejmować.

 

Tagi:

Oceń notkę
+ +8 -

Life's too short... Let's eat!
Oceń profil
+ +82 -
Darek
Ranking: 71 Poziom: 69
PD: 42168
REPUTACJA: 17862