Dark-O-visioN

Profesjonalnie amatorskie teksty

Darek Darek 06.02.2018, 11:15
Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri
258V

Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri

Co byś zrobił gdybyś znalazł się w beznadziejnej sytuacji? Gdyby, zdawać by się mogło, nic nie dało się już zrobić? Czy usiadłbyś i zaczął płakać? A może próbował ze wszystkich sił zaklinać rzeczywistość? Coś innego? Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri od Martina McDonagha, który dał nam takie ciekawostki jak In Bruges i Siedmiu Psychopatów to próba odpowiedzi na to pytanie.

Córka Mildred została w bardzo nieprzyjemny sposób pozbawiona życia. Sprawców nie złapano. Od tamtej pory minęło siedem długich miesięcy, a nikomu nie postawiono nawet zarzutów. Mildred, pod wpływem chwili, postanawia złapać się ostatniej pozostałej jej szansy - trzech billboardów stojących tuż za miastem. W konsekwencji, miejscowy posterunek policji postawiony jest w mocno niewygodnej, być może nie do końca sprawiedliwej sytuacji. Sami policjanci mają do tego własne problemy - kapitan Willoughby boryka się z chorobą, oficer Dixon trawiony jest poczuciem mniejszości z którym za wszelką cenę próbuje walczyć, choć raczej niezbyt odpowiednimi sposobami. Bohaterem jest tu całe Ebbing - niewielka mieścina, w której każdy zna każdego, przez co działania jednej zrozpaczonej matki wpływają na życie reszty miasta.

 three-billboards-outside-ebbing-missouri-2017.jpg

McDonagh po raz kolejny pokazuje, że jest mistrzem prowadzenia kameralnej narracji. Jego bohaterowie nie spieszą się, rozmawiają ze sobą, spędzają czas na bardzo różnych aktywnościach. W szczególności dialogi robią bardzo pozytywne wrażenie - niewymuszone, niekoniecznie pełne, brzmią często jak coś, co powiedziałby prawdziwy człowiek. Miałem wrażenie, że spora część scenariusza opierała się na improwizacji, ale co w tym złego, kiedy ma się do dyspozycji takich aktorów jak Woody Harrelson, Frances McDormand, czy Sam Rockwell. Emocje są niemalże namacalne. Kamera nigdy nie spieszy się ze zmianą ujęcia. Jeśli Mildred dopiekła w jakiś sposób Willoughby’emu, to zobaczymy jego szczerą reakcję na jej słowa; prawie jakby słyszał je po raz pierwszy w życiu. Jeśli główna bohaterka wprawia młodego gościa od reklamy w zakłopotanie, to widzimy jego twarz na tyle długo, żeby poczuć to zakłopotanie. Jakby reżyser niespodziewanie kazał dalej kręcić w momencie, w którym normalnie powiedziałby już 'cięcie' i patrzył jak zareaguje aktor. A skoro już jesteśmy przy technikach kręcenia, to nie wypada nie wspomnieć o świetnym długim ujęciu mniej więcej w połowie filmu. Uwielbiam kiedy kamera potrafi przez dłuższy czas śledzić akcję bez przerw. Zgranie takiego kilkuminutowego ujęcia tak, żeby wszystko ze sobą w odpowiednich momentach zagrało jest nie lada wyczynem, zawsze godnym pochwały, zwłaszcza kiedy człowiek uświadomić sobie jak wiele mogło się nie udać.

 dims.jpg

Trzy Billboardy to również charakterystyczna dla reżysera mieszanka różnych gatunków. W pierwszej kolejności mamy tu, jak nie trudno się domyślić, dramat. W tle pobrzmiewa również akcent kryminalny - próba rozwikłania zagadki sprzed paru miesięcy. Trzecim mocno zaznaczonym gatunkiem jest komedia, ujęta głównie w lekko złośliwych wymianach zdań, ale nie tylko, bo i okazjonalny żart sytuacyjny pomoże rozluźnić atmosferę w co bardziej poważnych scenach. Osobiście nie śmiałem się za bardzo, jako, że bardzo mocno złapała mnie ta poważna część historii, ale siedzieli wokół mnie ludzie, którzy regularnie eksplodowali kolejnymi salwami śmiechu, więc zdecydowanie film można odebrać w różny i, co ważne, równie dobry sposób.

 Three-Billboards-5.jpg

To, co odróżnia film poprawny, czy nawet dobry, od świetnego są detale. Elementy tak nieistotne, że zazwyczaj nie zwraca się na nie nawet uwagi. Mogą to być elementy dekoracji, subtelnie mówiące nam o miejscach, osobach, wydarzeniach więcej niż słowa. Mogą to być drobne manieryzmy poszczególnych bohaterów, to jak się zachowują, jak spędzają czas. Może to być muzyka, oświetlenie, cokolwiek co po prostu przyjmujemy jako gwarant. Rzemieślnik pilnuje, żeby kadr był ładny, przejrzysty, dobrze oświetlony. Reżyser natomiast dba o to, aby tło opowiadało historię razem z bohaterami. Każde kolejne ujęcie jest takie, a nie inne z jakiegoś powodu. Myślę, że spokojnie można obejrzeć Billboardy nawet i trzy razy, za każdym razem odkrywając nowe szczegóły, których wcześniej nie udało się wychwycić, a które bezinwazyjnie współtworzą historię filmu.

Bo wiedz, że jeśli spodziewasz się klasycznego wstępu, rozwinięcia i zakończenia, to srogo się zawiedziesz. To jest film o życiu. Bardziej studium, niż klasyczna fabuła.

 3 Billboards Banner.jpg

Nie ma filmów idealnych, więc oczywiście i Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri mają swoje za uszami. Okazjonalnie trafi się kwestia, której aktor nie potrafił przekręcić tak, żeby zabrzmiała naturalnie. W takich chwilach dosyć brutalnie przypominamy sobie, że mimo wszystko oglądamy po prostu film, czar gdzieś pryska. Jest to o tyle bolesne, że zazwyczaj aktorzy są tak uwodzicielsko zatopieni w swoich postaciach, że ciężko patrzeć na nich inaczej, niż jak na mieszkańców niewielkiej, południowej mieściny w stanie Missouri. Drugi problem jest równie marginalny, a jest nim jedna, znajdująca się mniej więcej w połowie filmu scena. Nie chcę wchodzić w szczegóły żeby nie psuć nikomu filmu, ale kiedy na ekranie pojawiły się napisy końcowe, poczułem zawód. Skąd ta scena się właściwie wzięła? Tak wyraźnie wskazywała na rezultat, którego ostatecznie nie otrzymaliśmy. W czym, oczywiście, nie ma niczego złego, lecz cała scena straciła przez to jakiekolwiek znaczenie. Pierwsza zasada pisania scenariusza - jeśli scena nie służy opowiadanej historii, to nie ma dla niej miejsca w filmie. Chyba, że to miał być taki, z braku lepszego wyrażenia, fałszywy trop? Ale nawet jeśli, to pierwsze wydarzenie powinno być jakoś uwarunkowane, aby  można było go użyć w satysfakcjonujący sposób później. Może się mylę, nie wiem. Może za drugim razem scena nabierze więcej sensu, ale na razie wydaje mi się dziwna.

To powiedziawszy, Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri to fantastyczne, pełne bardzo różnych emocji kino. To film, który, mimo podejmowanego tematu, pozostawia widza w raczej pozytywnym miejscu (i nie myśl proszę, że to jakikolwiek spoiler). Świetnie zagrany, mistrzowsko przedstawiający i rozwijający założone tematy i motywy, pięknie złapany na taśmę, warty obejrzenia zdecydowanie więcej, niż tylko raz. Nie często zdarza się żeby do Oskara za najlepszą rolę drugoplanową było nominowanych dwóch aktorów z tego samego filmu (Woody Harrelson i Sam Rockwell), ale to nie tylko dlatego Billboardy są wyjątkowym obrazem. Pokaż Hollywood, że warto kręcić takie filmy i przekonaj się o tym na własne oczy. W kinie, oczywiście. :)

 

Tagi:

Oceń notkę
+ +5 -

Life's too short... Let's eat!
Oceń profil
+ +72 -
Darek
Ranking: 77 Poziom: 67
PD: 38991
REPUTACJA: 16524