Silent Hill Apokalipsa - warto?

BLOG
1492V
Darek | 23.03.2014, 21:27
Z filmami na podstawie gier wideo problem zwykle polega na tym, że same nie wiedzą komu właściwie mają się podobać. Czy Silent Hill Apokalipsa 3D może podobać się nam, graczom?

W tekście znajdą się spoilery dotyczące zarówno filmów jak i gier na podstawie których powstały.

 

 

Z filmami na podstawie gier wideo problem zwykle polega na tym, że same nie wiedzą komu właściwie mają się podobać. Z jednej strony film powinien przede wszystkim przynieść zysk, tak aby producenci wypchali swoje grubaśne portfele kasą, a fani swoje buzie popcornem. Tylko wtedy możemy mówić o tym, że film odniósł sukces. Z drugiej strony, nie oszukujmy się, film powstający na podstawie gry wideo powstaje przede wszystkim po to, aby obejrzeli go właśnie fani danej produkcji, więc wypadałoby, żeby to właśnie im w pierwszej kolejności film się podobał. Entuzjasta gry oczekuje, że film wiernie odzwierciedli przedstawiony w jego ulubionej produkcji świat i zamieszkujące go postacie, że klimat filmu będzie zgadzał się z uczuciami, jakie wywoływała gra. Niestety, z punktu widzenia producenta filmowego, takie zagranie nie ma prawa istnienia, ponieważ film, który ma zostać letnim blockbusterem zwyczajowo pisany jest w taki sposób, aby przyciągnąć do kina jak najwięcej ludzi. Bohaterowie muszą spełniać pewne kinowe standardy, akcja musi być wartka, a role kobiece muszą zostać obsadzone przez kobiety zarabiające głównie urodą, a nie talentem (co akurat nawet by się zgadzało, bo przecież większość postaci kobiecych w grach wideo to praktycznie chodzące ideały, z tym drobnym mankamentem, że nie są prawdziwe). I zataczamy takie błędne koło, ponieważ nikt jeszcze nie znalazł sposobu, aby pogodzić jakoś te dwie wizje. Fani chcą wierności, producenci chcą pieniędzy. W moim odczuciu najbliżej osiągnięcia sukcesu na obu frontach była pierwsza ekranizacja kultowego horroru Konami, czyli Silent Hill. Film może pochwalić się niezłymi recenzjami od fanów, choć już słabszymi od profesjonalnych krytyków. Przy budżecie 50,000,000$ udało mu się zarobić światowo blisko dwa razy tyle, więc wynik jest jak najbardziej zadowalający. Jak lew będę bronił stwierdzenia, że Christophe Gans wiedział na czym polega siła materiału źródłowego, a także w jaki sposób przerobić go na dziewięćdziesięciominutowy obraz dla masowego widza. Pewnie, jest wiele drobnostek, do których można by się przyczepić, niemniej jednak jest to zdecydowanie najbliższa duchem i klimatem adaptacja jakiejkolwiek gry wideo, która kiedykolwiek zaszczyciła srebrny ekran (choć goni go Prince of Persia). A potem ktoś postanowił nakręcić kontynuację...

 

Nie wiem jak można było dopuścić do powstania takiego koszmarka. Silent Hill Revelation 3D (u nas Silent Hill Apokalipsa - nie mam pojęcia czemu) bazuje luźno na trzeciej części gry, co jest zupełnie zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że jest to bezpośrednia kontynuacja jedynki, na podstawie której powstał pierwszy film. Sharon, czyli growa Cheryl  mieszka z ojcem. Udało im się uciec z Silent Hill i od tamtej pory często się przeprowadzają, aby polujący na dziewczynkę wyznawcy kultu Valtiela ich nie odnaleźli. Prócz miejsca zamieszkania zmieniają również nazwiska, toteż Sharon obecnie nosi imię Heather. I już mamy pierwszy problem. Jeśli dobrze pamiętacie, pierwsza część kończy się tak, że Rose wraz z Sharon uciekają z miasta i wracają do domu, jednak okazuje się, że w dalszym ciągu znajdują się innym wymiarze, co symbolizuje fakt, że zarówno one, jak i Harry są już bezpiecznie w domu, jednak żadne nie widzi drugiego. Pytam się więc, skąd nagle Sharon wzięła się u Harry'ego i co stało się z Rose?! Film udziela odpowiedzi na to pytanie, jednak jest to odpowiedź niezwykle niesatysfakcjonująca i zwyczajnie za krótka. Rose udało się "znaleźć portal do naszego świata" ale "może przez niego przejść tylko jedna osoba" więc przekazuje Harry'emu małą i tyle jej widzieliśmy.

 

 

W filmie występują całkiem nieźli aktorzy. Jest zawsze przykuwający uwagę Sean Bean i jego kolega z planu Gry o Tron, Kit Harrington, jest miła dla oka i całkiem utalentowana Adelaide Clemens, a krótkie występy zaliczają nawet Malcolm McDowel i Trinity. Wiem, jej rola w fabule jest całkiem spora, ale nie oszukujmy się, w filmie pojawia się na może z dziesięć minut. Historia względnie trzyma się tego co mogliśmy zobaczyć w trzeciej części gry, ale wprowadzono kilka zmian, niekoniecznie in plus. Po pierwsze Claudia Wolf przestaje być siostrą Alessy, a staje się mamą Vincenta. Sam Vincent zdegradowany został do roli nastoletniego kolegi/chłopaka Heather, a Leonard... a zobaczcie sobie sami. Jakby to powiedział Comic Book Guy z Simpsonów, "Worst. Villain. Ever."

 

 

Zmiany w stosunku do gry idą niestety dalej. W grze, główna bohaterka nagle trafiała do tego dziwnego, zardzewiałego, ponurego świata, w którym polowały na nią różnego rodzaju potwory. Przez większą część przygody nie wiadomo było dlaczego tak się dzieje, wiadomo było natomiast, że jeśli Ty nie zabijesz ich, to one zabiją Ciebie. Dopiero bliżej końca Cheryl dowiadywała się, że kult z Silent Hill przez cały czas próbował sprowadzić ją do miasta, aby móc wypełnić jeden ze swych chorych rytuałów. Dodatkowo, każdy napotkany przez Heather potwór przedstawiał pewną metaforę, a zrozumienie tego tylko jeszcze bardziej potęgowało i tak już mocny klimat produkcji. Podstawowym problemem filmu jest fakt, że nie jest straszny. Jest to katastrofalne niedopatrzenie, biorąc pod uwagę fakt, że jest wzorowany na jednym z najlepszych growych horrorów w historii i, z założenia, miał być horrorem. W filmie, bardzo szybko dowiadujemy się, że kult chce sprowadzić Heather do miasta i, że musi wejść na jego teren z własnej, nieprzymuszonej woli. Czyli film praktycznie mówi nam, że główna bohaterka nie znajduje się w żadnym niebezpieczeństwie, ponieważ świrom z Silent Hill zależy, żeby pozostała przy życiu. Jeśli głównemu bohaterowi filmu nic nie grozi, to w jaki sposób mamy martwić się o jego los, w jaki sposób mamy się bać? Drugim problemem jest fakt, że potwory są strasznie nijakie. Nie ma za nimi żadnej głębszej treści, mają być po prostu brzydkie, albo obrzydliwe (a pielęgniarki cycate). Rzeźnik odkrajający komuś kawałek brzucha, jakby kroił kebab jest zdecydowanie obrzydliwy, ale nie straszny! Patrzący się co jakiś czas na Hearter ludzie z "zaszytymi" twarzami wyglądają dziwacznie, ale nie robią nic poza gapieniem się, więc też ciężko się ich bać. W filmie pojawia się jeden całkiem ciekawy potwór, który niestety nie przypomina kreatur zwyczajowo spotykanych w Silent Hill, a raczej coś w stylu Cedobity z serii Hellraiser. Patrzysz na niego i faktycznie możesz zacząć się martwić, bo z tym kolesiem nie ma żartów. I co?! Okazuje się, że to Trinity (wiem, że ta aktorka nazywa się Carrie Ann Moss, ale dla mnie to zawsze będzie Trinity z Matrixa). A już najgorszą potwarzą jest to, co scenarzyści zaserwowali nam na koniec. Oto Piramidogłowy, wizytówka serii i jedna z najstraszniejszych horrorowych postaci w ogóle... staje ni z tego ni z owego po stronie Heather i walczy z Trinity. Można sobie to tłumaczyć faktem, że Heather to przecież de facto Alessa, więc może mieć nad nim kontrolę, ale ta scena zwyczajnie nie pasuje filmu, który ma być przecież horrorem (wiem, powtarzam się, ale niech to wsiąknie). Po chwili Piramidogłowy wygrywa i koniec. Tak po prostu. Znajdujemy się w sercu całego kultu, przed chwilą jeden potwór załatwił swoim wielkim scyzorykiem drugiego, ale w dalszym ciągu dookoła znajdują się dziesiątki wyznawców Valtiela. Cięcie. Znajdujemy się na obrzeżach miasta. Harry dowcipkuje z Heather i Vincentem, stwierdza, że wraca do miasta szukać Rose, a nasza para zakochanych łapie podwózkę do domu od Travisa z Silent Hill Origins. Jeszcze tylko krótkie puszczenie oczka w stronę fanów gier i jednocześnie furta dla kolejnej kontynuacji i napisy końcowe. Przysięgam wam, tak się ten film kończy. Musiałem cofnąć odtwarzanie o kilka minut, bo myślałem, że się chwilkę zdrzemnąłem.

 

 

Mamy rok 2014, powstało już wiele filmów na podstawie gier wideo. Niektóre były po prostu złe (Street Fighter, Mortal Kombat Anihilation), niektóre za bardzo odchodziły od materiału źródłowego i tylko zupełnie przy okazji były złe (Double Dragon, Super Mario Bros., Legend of Chun-Li), niektóre miały pecha, bo wziął się za nie Uwe Boll (Postal, Bloodrayne, House of the Dead), a jeszcze inne po prostu nie wiedziały kiedy skończyć (seria Resident Evil). Na szczęście są wśród tych kosmicznie katastrofalnych koszmarków kinematografii znaleźć można również kilka filmów wartych obejrzenia. Pierwsza część Mortal Kombat, mimo kategorii wiekowej 13+ może poszczycić się całkiem ciekawą choreografią walk i czymś co faktycznie nazwać możemy fabułą. Pierwszy Resident Evil to ciekawe spojrzenie na temat - film nie tyle przenoszący wydarzenia z gry na srebrny ekran, co po prostu osadzony w tym samym świecie, opowiadający alternatywną historię. Jasne, więcej w nim strzelania niż horroru, ale mimo wszystko był to kawałek całkiem przyjemnego kina. Prince of Persia podniósł półkę wyżej o ładnych kilka stopni. Producenci pokusili się o stworzenie wielkiego, wysokobudżetowego blockbustera. Ciężko nie zgodzić się, że film wygląda obłędnie. Wielu moich znajomych narzekało, że historia jest naiwna i na kilometr czuć, że Ben Kingsley nie jest pozytywną postacią, ale przecież taka właśnie jest gra! Prince of Persia to kino przygodowe, a nie thriller z milionem zwrotów akcji i niejednoznacznych postaci. No i w końcu - Silent Hill. Część pierwsza zrobiła na mnie na prawdę pozytywne wrażenie. Jestem fanem serii niemalże od początku jej istnienia, więc szedłem do kina nastawiony raczej sceptycznie. Na szczęście zupełnie nie potrzebnie. Christophe Gans czuł grę. Wiedział jak prowadzić bohaterów i jak ustawiać ujęcia, żeby były straszne i kojarzyły się z grą. Ten film po prostu pasował, wszystko było na swoim miejscu. Dlaczego pisząc podsumowanie tekstu o Silent Hill Apokalipsa piszę o wszystkim, tylko nie o tym? Bo nie warto. Film jest zły, nie trać na niego czasu, kropka.

6

Komentarze (0)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych