Dark-O-visioN

Profesjonalnie amatorskie teksty
Darek Darek 01.12.2018, 09:17
Creed 2
138V

Creed 2

Nie mam pomysłu na wprowadzenie. Jest sobota rano, jadę do pracy, zimno mi, fuck my life. Creed 2.
 

Pierwszy Rocky. Ale to był film. Nakręcony w niecały miesiąc, za przysłowiowego piątaka, z zupełnie nieznanym, bełkoczącym Włochem w roli głównej, który na dodatek napisał też scenariusz. Brzmi jak The Room, a jednak Rocky okazał się być jednym z największych, jeśli nie w ogóle największym sukcesem 1976 roku. Historia Roberta "Rocky'ego" Balboy, wielkiego ściągacza długów o gołębim sercu, któremu marzy się lepsze życie, potrafiła złapać za serce. Nie był to może idealny film (chociaż dla mnie osobiście dużo mu nie brakuje), ale za sprawą podnoszącej na duchu fabuły i uroczej, szczeniackiej niewinności bijącej od wielkiego, niezbyt pięknego Sylvestra Stallone'a film zapisał się w historii kina wielkimi, złotymi literami - ROCKY.

Dalej było już różnie. Druga część poprawiła wiele mankamentów oryginału, ale generalnie brakowało jej świeżości. Trójka zaczęła przypominać autoparodię, a czwórka to już w ogóle jedna wielka celebracja Stanów Zjednoczonych, przepasana znanymi i lubianymi hiciorami, pisanymi chyba głównie po to, żeby ktoś użył ich później w sportowym montażu. Piąta część na wiele lat zabiła całą markę i dzisiaj nie mówi się o niej na głos. Dopiero wyprodukowany na fali popularnosci  wszelkiego typu powrotów dawnych marek Rocky Balboa pokazał, że z Rockym można jeszcze zrobić coś ciekawego. I to był koniec tej historii. Tak się w każdym razie mogło wydawać, bo kolejna część, o wdzięcznym tytule Creed, ukazała się dopiero dziewięć lat później i dzięki sprawnej reżyserii Ryana Cooglera okazała się niemałym sukcesem. Wiadomo, że w Hollywood żelazo kuje się na gorąco, więc szybko zamówiono kontynuację i oto przed nami... Creed 2.

 

Pierwszym co rzuca się w oczy jest zmiana na stołku reżysera. Cooglera zastąpił kolejny świeżak w branży, Steven Caple Jr. Brakuje mu, niestety, pomysłowości, którą jego kolega wykazał się trzy lata temu. Na próżno szukać tu scen tak ciekawych jak nagrana na jednym ujęciu, pozbawiona niepotrzebnej muzyki walka bokserska z części pierwszej, ciekawej pracy kamery, czy po prostu ładnie skadrowanych obrazków (tzn. kilka ładnych kadrów się znajdzie, ale mało ich). Nie znam poprzednich obrazów Caple'a, więc ciężko mi powiedzieć, czy styl Creeda 2 podyktowany został jego rzemieślniczym podejściem do sztuki, czy może najzwyklejszym w świecie strachem. Nie często młodzik dostaje do zrobienia kolejną część zasłużonej serii, zwłaszcza po tym jak poprzednia część okazała się być niespodziewanym sukcesem.

 

Rzecz dzieje się kilka lat po zakończeniu jedynki. Adonis Creed zdobył właśnie tytuł mistrza świata wagi ciężkiej, ale nie czuje z tego powodu satysfakcji. Media drwią, że odebrać tytuł "dziadkowi" to żadna sztuka, że do legendy ojca mu jeszcze daleko. Na taką właśnie okazję czekał znany i lubiany (?) z części czwartej Ivan Drago, którego syn, Victor, od dzieciństwa trenowany był w jednym celu - być najlepszym. Chłopaki przylatują do Stanów i rzucają młodemu Creedowi wyzwanie. Rocky nie jest zachwycony, ale Adonis już wie, że musi podnieść gardę. W końcu będzie mógł przebić Apolla. W końcu zbuduje własną legendę. 

 

Fabularnie Creed 2 jest przewidywalny do bólu. Scenariusz nie próbuje nawet zmienić skostniałej formuły - główny bohater musi nauczyć się pokory, aby pokonać przeszkodę stojącą na drodze do sukcesu. Drago senior jest wciąż tak samo zły i niereformowalny jak w 1985. Tyle, że wtedy Rocky IV był niczym więcej jak pełnometrażową propagandą, pokazującą jak dobre są Stany Zjednoczone, a jak zły Związek Radziecki z ich nieludzkim podejściem do treningu, używaniem sterydów i tak dalej. W 2018 oczekuję, że film będzie miał sensowną fabułę i ciekawie napisane postacie, że nie będzie jedynie powtórką sprzed ponad trzydziestu lat. Drago mógł być bardzo ciekawą postacią. Mógł okazać skruchę, mógł chcieć dla swojego syna czegoś lepszego. Dałoby to nam postać skądinąd sympatyczną, dzięki czemu finałową batalię oglądałoby się znacznie przyjemniej, bo nie bylibyśmy pewni komu właściwie powinniśmy kibicować. Zamiast tego mamy naszego kochanego głównego bohatera i ruską niemowę, która do kompletu nie boi się faulować żeby coś ugrać. Bardziej czarno biało się już nie dało.

 

Ta scenariuszowa mielizna przebija też w pozostałych fragmentach scenariusza. Adonis na początku filmu deewoluuje do poziomu nieznośnego gówniarza, którego nikt nie rozumie, który wkurza się na wszystkich za wszystko i generalnie nie da się go lubic, bo niby jak. I po co? Żeby mógł zrozumieć (znowu) co w życiu jest naprawdę ważne, dlaczego walczy i tak dalej. Michael B. Jordan jest dobrym aktorem, nie ma dyskusji, ale nawet największy artysta na świecie nie wyrzeźbi posągu z gówna (pardon my French).

 

Tak naprawdę film ratują jedynie urocze, mniejsze momenty między Rockym, Adonisem i Biancą. Sylvester Stallone nie potrafi nie gibać się we wszystkie strony kiedy mówi, ale jego Rocky-emeryt jest równie, jeśli nie jeszcze bardziej, uroczy co dobroduszny olbrzym, który rozkochał w sobie publiczność w 1976 - zawsze służy dobrą radą, martwi się i troszczy o swoich bliskich, zapominając przy tym o sobie. Drugim grającym na emocjach elementem układanki jest związek Bianci i Adonisa. Kolejne problemy, którym stawiają czoło nie raz potrafią wycisnąć z oczu łzy - tak ich, jak i naszych. Nie chcę rzucać spoilerami, ale jest w filmie jeden taki moment, kiedy poczułem z nimi taką bliskość, kiedy zrobiło mi się ich tak szkoda, że aż przeszły mnie dreszcze. Gdyby tylko cały film mógł być tak zbudowany. 

 

Wiem, że nic tylko narzekam, ale tak naprawdę bawiłem się na Creedzie 2 całkiem dobrze. Cieszyłem się, kiedy były ku temu powody, płakałem, kiedy robiło się smutno i wzruszyłem się, kiedy było już po wszystkim. Nie można powiedzieć żeby film, który potrafi takie emocje wyzwolić był zły. Tak naprawdę narzekam tylko dlatego, że widzę jak inny, przełamujący stereotypy film mogliśmy dostać. Jak ciekawymi postaciami mogli być Ivan i Victor. Jak zupełnie inaczej, niespodziewanie można było zakończyć całą historię i potencjalnie całą serię. Zamiast tego dostaliśmy po prostu kolejnego Rocky'ego - w sumie też nieźle. 

Tagi:

Oceń notkę
+ +6 -

Life's too short... Let's eat!
Oceń profil
+ +72 -
Darek
Ranking: 77 Poziom: 67
PD: 38543
REPUTACJA: 16291