Gry nieco zapomniane: Survival horrory

BLOG
10V
user-26287 main blog image
Jameshowlet | Dzisiaj, 20:33
Poniżej znajduje się treść dodana przez czytelnika PPE.pl w formie bloga.

Kiedy mówimy o survival horrorach, większość graczy od razu rzuca hasłami: Resident Evil, Silent Hill. No może Alone in the dark albo Fatal Frame. Na przełomie wieków XX/XXI każdy wydawca w branży gier chciał swojego Residenta, mówił sobie: Ej, zróbmy to samo! Przecież sterowanie jak czołgiem i nieruchoma kamera to dokładnie to, czego gracze pragną od życia!”.Efekt? Dziesiątki klonów. Problem w tym, że nie wszystkim się udało. Jedne były świetne, inne... cóż, miały dobre chęci. Dzisiaj przypomnimy sobie pięć survival horrorów, które kiedyś próbowały zawojować rynek, ale dziś pamiętają o nich głównie kolekcjonerzy i ludzie, którzy mają w piwnicy działającego Dreamcasta i PSXa a są warte uwagi a przynajmniej moim zdaniem.

Chaos Break (PSX, 2000)

Zacznijmy od Chaos Break, gry wydanej w 2000 roku na pierwszego PlayStation. Już po pierwszych minutach można odnieść wrażenie, że twórcy bardzo inspirowali się Resident Evil. Kamera? Jest. Sterowanie a'la czołg? Oczywiście nawert dwie postacie do wyboru z swoimi scenariuszami. Akcja rozgrywa się na wyspie, gdzie eksperymenty biologiczne wymknęły się spod kontroli. Brzmi znajomo? Bo w tamtych czasach chyba każdy survival horror zaczynał się od słów: "Coś poszło nie tak w laboratorium."

To, co wyróżniało Chaos Break, to całkiem szybkie tempo rozgrywki. Gra była bardziej nastawiona na akcję niż wiele konkurencyjnych horrorów. Mieliśmy sporo broni, dynamiczniejsze walki i efektownych przeciwników jak na możliwości PS1. Gdy w Resident Evil kończyła ci się amunicja, wyciągałeś nożyk, chyba, że zapomniałeś go wcześniej wyciągnąć z skrzyni wtedy miałeś przesrane. W Chaos Break? Twoja postać zmienia się w mistrza sztuk walki!

  • Wybierając dziewczynę Mituki, dostajesz pełen zestaw ciosów wręcz: dziewczyna potrafi wykonywać efektowne kopnięcia z wyskoku, obrotówki i szybkie serie, które powalają potwory na ziemię. Następny horror który pozwolił zasadzić kopa z półobrotu był resident evil 4

  • Żołnierz Rick nie pozostaje dłużny – też potrafi uderzać z łokcia, kolana i wykonywać potężne kopniaki z półobrotu.

System walki wręcz miał własne animacje i pozwalał dosłownie okładać potwory po gębach, oszczędzając amunicję na większych bosów. Wyglądało to niesamowicie komicznie – stoisz w sterylnym laboratoryjnym korytarzu, z nieba spadają na ciebie obślizgłe glizdy i zielone mutanty, a twoja bohaterka w obcisłym wdzianku serwuje im serię z taekwondo niczym Tekkenie.

Co więcej, ten tytuł miał element gry akcji z automatów: liczniki combosów, szybkie uniki oraz karty dostępu wydropiane z pokonanych wrogów. Zero klimatu powolnego grozy, 100% radosnej, bijatykowej rozwałki w scenerii rodem z taniego filmu Sci-Fi. Jeśli chodzi o grafikę Większość survival horrorów na PSX-a (jak Resident Evil) stosowały sprytny trik: trójwymiarowe postaci biegały po dwuwymiarowych, wcześniej wyrenderowanych obrazkach (Dzięki temu gry wyglądały ślicznie. Twórcy Chaos Break (studio Taito) powiedzieli jednak: „E tam, zróbmy wszystko w pełnym 3D!”.

Efekt? Gra wyszła w 2000 roku, a wyglądała jak wczesne tytuły na PSX-a z 1996 roku. . Szacuje, że gra się sprzedała w niskich nakładach. Dzisiaj to prawdziwy biały kruk dla kolekcjonerów.

Martian Gothic: Unification (PSX, PC, 2000)

Szybka przeprowadzka na Czerwoną Planetę. Martian Gothic: Unification. Wydane w tym samym, obfitym w drewniane horrory roku 2000. Sterowałeś trzyosobową ekipą wysłaną do bazy na Marsie, w której wszyscy wyginęli. Mechanika była absolutnie psychodeliczna: musiałeś kontrolować trzy postaci, przełączając się między innymi, przenosząc przedmioty między nimi przez specjalne śluzy. Ale uwaga! Złota zasada gry brzmiała: NIGDY NIE POZWÓL BY DWOJE BOHATERÓW miało WEJŚĆ DO TEGO SAMEGO POMIESZCZENIA. Jeśli to zrobiłeś... połączyli się w jednego, obrzydliwego mutanta i natychmiast przegrywałeś. Tak jest, gra karała cię śmiercią za to, że twoi bohaterowie chcieli strzelić sobie piątkę.

Do tego dochodziły „zombie”, których nie dało się zabić na stałe – po kilku minutach wstawały. Istnieje wersja nas PSXa jak i ta ładniejsza na pc. W osobiścię grałem w tą pierwszą . Podobał mi się system wymiany przedmiotów i to, że nie można było ustawić dwóch postaci w tym samym pomieszczeniu. Co ciekawe nawet znajdowało sie przedmioty które ostatecznie do nieczego nie służyły, w ten spośób developerzy chcieli uczynić grę realniejszą. Jeśli chodzi o zakońzczenie gry. To chyba jedno najgorszych jakie widziałem. Zresztą zobacz cie sami.

Szacuje się, że sprzedało się około 100 – 150 tysięcy sztuk na PSX i PC

Countdown Vampires (PSX 1999JP,2000NA)

Czy ktoś kiedyś pomyślał:"A co gdyby zrobić Resident Evil... ale zamiast zombie były wampiry i wilkołaki?"Najwyraźniej tak. Tak powstało Countdown Vampires. Akcja rozpoczyna się w kasynie, gdzie nagle wszyscy zamieniają się w krwiożercze bestie. I trzeba przyznać, że był to całkiem świeży pomysł (akcja w kasynie była świeżym pomysłem, nie ludzie zmieniający się w potwory). Keith głowny bohater gry nosi ze sobą dodakowo pistolet z wodą święconą,to dawało wybór czy„odczarowywać” wampiry, czy je zabijać ale na wszystkich przeciwników to nie działało (tylko na tych ubranych). Efekt? Biegasz po kasynie i psikasz wampirze prostytutki i krupierów ze strzykawki jak niesfornego kota, który wszedł na stół. Można też było podejść do sprawnych automatów lub stołu do ruletki i po prostu grać w jednorękiego bandytę a za wygrane pieniądze kupić w automatach jedzenie i napoje (zamiast tradycyjnych apteczek). Dodajmy do tego dialogi czytane przez ludzi, którzy brzmią, jakby czytali ulotkę od leku na biegunkę, a dostaniemy absolutny klasyk kina klasy B... w wersji interaktywnej który nie dostał doceniony przez branżowe media w dniu premiery.

Wydane przez Bandai, osiągnęło oszałamiający wynik w granicach 20 tysięcy egzemplarzy. Głównie dlatego, że ludzie chyba myśleli na pierwszy rzut oka, że to spin-off Resident Evil, a potem było już za późno na zwrot do sklepu.

Carrier (DREAMCAST, 2000)

Przeskakujemy na generację wyżej! Sega Dreamcast i gra Carrier z roku 2000. W skrócie: Resident Evil przeniesiony na lotniskowiec opanowany przez... krwiożercze rośliny zmieniające ludzi w zombi. Tak, ludzkość znowu przegrała walkę tym razem z botaniką. Carrier był jedną z pierwszych gier tego typu z w pełni trójwymiarowym otoczeniem (zamiast renderowanych teł). Ale jej prawdziwą tajną bronią były BEMS – specjalne gogle, które zakładałeś na oczy, żeby skanować ludzi i otoczenie. Dzięki nim mogłeś sprawdzić, czy twój kompan z drużyny czy zwykły naptkany NPC to wciąż człowiek, czy może pod skórą wyrosły mu już łodygi i zaraz odgryzie ci głowę. Gogle również wykrywały przeciwników którzy byli niewidzialni. Znalazły się też kilka ciekawych zagadek do rozwiązania. Gra korzystała również z dynamicznego oświetlenia, które robiło wtedy naprawdę duże wrażenie a sama grafika jak na 2000 też spoko. Dreamcast nie miał lekko na rynku, co odbiło się na sprzedaży. Szacuje się, że Carrier pchnął na rynku skromne od 150 – do optymistycznie 250 tysięcy egzemplarzy na całym świecie. Większość graczy wolała w tym czasie zagrać Code: Veronica.

Blue Stinger (DREAMCAST, 1999)

Na koniec gra, która jest jednocześnie świetna...i kompletnie szalona. To survival horror, który chyba sam do końca nie wiedział, czy chce być horrorem, filmem akcji czy komedią. Co my tu mamy?wyspa meteorologiczna, dinozauro-mutanty, tajemnicza plama światła. Ale ta gra ma absolutnie wyjątkowy klimat. Przede wszystkim najlepsze było to, że akcja gry dzieje się wokół... Świąt Bożego Narodzenia! Jedna z pistaci mogła nawet ubrać strój świętego Mikołaja. Więc strzelasz do obrzydliwych maszkaronów, a w tle przygrywają ci wesołe, świąteczne dzwoneczki, a ty przeszukujesz działy z zabawkami i pijesz napoje gazowane z automatów, żeby odnowić zdrowie. Ten tytuł z wszystkich poprzednio wymienionych najbardziej kładł nacisk na broń białą. Np. Można walczyć kiljkami albo patelnią a także zasadzić kopa z półobrotu tak jak Chaos break. Główny bohater Eliot wygląda jak gość, który zgubił się w drodze na dyskotekę, a jego kumpel Dogs wygląda jak postać wyciągnięta z filmu akcji z VHS-ów lat 80 (obie postacie grywalne). Pod względem technicznym również robiła wrażenie dzięki dużym lokacjom i swobodniejszej kamerze niż wiele konkurencyjnych produkcji. Ogólnie Blue Stinger wyróźniał się żywą paletą barw (co naprawdę ładnie wygląda). Zwłaszcza dużo jest niebieskiego (morze, niebo). Szacuje się, że sprzedała około 250–300 tysięcy egzemplarzy a niektóre źródła podają, że nawet pół miliona, co czyni ją najlepiej sprzedającą się grą z naszego zestawienia.

Zakończenie

To tylko pięć przykładów survival horrorów, które kiedyś próbowały konkurować z gigantami gatunku. Moim zdaniem każda z nich miała swój urok. Jedne miały świetne pomysły, inne ambitne eksperymenty, a jeszcze inne po prostu pojawiły się w złym miejscu i złym czasie.

Dzisiaj są już niemal zapomniane, ale jeśli lubicie odkrywać mniej znane perełki, zdecydowanie warto dać im szansę.

A teraz napiszcie w komentarzach:

Który survival horror waszym zdaniem zasługuje na drugie życie?

Może jest jakaś gra, o której dziś pamięta już tylko garstka fanów?



Oceń bloga:
2

Komentarze (3)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper