Z ciemnością za pan brat, czyli jak zostałem wojownikiem ninja

BLOG RECENZJA GRY
436V
Pablos Mobile | 11.12.2013, 12:57

Dzięki Mark of the Ninja na chwilę wróciłem do starych, dobrych dni, gdy królowały platformówki 2D.

W dawnych, dobrych czasach nie było gier oferujących środowisko 3D. A ponieważ grafika była o wiele bardziej umowna, producenci zamiast skupiać się na kwestiach audio-wizualnych znacznie więcej czasu i sił poświęcali na grywalność; fabułę, wyzwanie, pomysł i sprawienie graczowi przyjemności płynącej z gry, a nie głównie z patrzenia na nią. Wtedy graliśmy w Another World, Flashback czy mój najulubieńszy BlackThorne. Dzięki Mark of the Ninja na chwilę do tych dni wróciłem – tytuł pokazuje, że także dziś można zrobić grę 2D, z klasycznym widokiem z boku, od której bardzo trudno jest się oderwać.
 
Wcielamy się w tytułowego wojownika ninja, który musi rozwiązać zagadkę napaści na swój klan. To tak pokrótce. Warto jednak powiedzieć, że fabuła jest swego rodzaju osiągnięciem – otóż historia tu pokazana niewątpliwie jest stosunkowo prosta, lecz przedstawiona z dużą umiejętnością stopniowania napięcia. Mark of the Ninja zaoferował mi dzięki temu to, o co coraz trudniej w dzisiejszych czasach – ja nie grałem w grę o cichych zabójcach. Ja byłem cichym zabójcą.
 
Choć patrząc na grę można mieć skojarzenia z leciwymi tytułami należącymi do gatunku gier platformowych, Mark of the Ninja w o wiele większym stopniu należy do gatunku gier zwanych potocznie skradankami. Tu bowiem ważne jest nie tyle przejście z punktu A do punktu B oraz zebranie przy tym możliwie największej ilości różnego rodzaju bonusów. Znacznie bardziej istotny jest styl, w jakim tę trasę odbędziemy. I tym, co jest najlepsze jest prowokowanie gracza do nie zabijania przeciwników. Otóż najwięcej punktów za każdy etap, wymienialnych potem na interesujące elementy i ulepszenia otrzymamy wówczas, gdy nie tylko znajdziemy wszystkie bonusy, nie tylko nie wywołamy alarmu, ale też nie zabijemy ani jednego strażnika. A to jest wyzwanie – nie tylko systemowe (o ileż prościej jest zabić i eksplorować, niż eksplorować z sercem na dłoni, stale monitorując ruchy przeciwnika), ale też moralne – wcale nie jest takie proste pozostawienie żywymi tych, którzy pragną naszej śmierci.
 
Jak na skradankę przystało gra oferuje bardzo wiele elementów typowych dla tego gatunku. Przede wszystkim mamy rozróżnienie na miejsca ciemne i oświetlone. Sporą część lamp można zniszczyć, inaczej być nie może. Bohater posiada rzutki, którymi śmierci zadać co prawda nie może, jednak potrafi celnie trafić w żarówkę. Przydają się one także do innych celów, jak szybko się okaże. Ponadto ninja ma i inne zabawki, w tym rzecz jasna także miecz, którego aż chce się używać. Eliminacja wrogów to niewielkie mini-gry, które choć zawsze kończą się śmiercią przeciwnika, to jeśli nam źle pójdzie spowodują wywołanie zamieszania.
 
Rzecz jasna zamieszanie to pojęcie tak samo pozytywne, jak i negatywne. Często należy je wywołać, by zmusić patrole do zmiany trasy, odwrócić uwagę żołnierzy. Przyda się do tego także wywoływanie hałasu, dymne bomby, a nawet kolce umieszczane na ziemi, które niektórych uśmiercają, a innych ogłuszają. Bowiem wrogów jest kilka rodzajów, niespecjalnie dużo, ale tu nie o ilość chodzi, a o jakość. Strażnicy bywają mądrzy, często po skierowaniu wzroku tam, gdzie teoretycznie byśmy chcieli kojarzą skąd mógł nadejść atak, nieraz można się zdziwić ich inteligencją. Nie są to durnie – wiedzą, że ninja nadciąga, że gdzieś tu jest. Potrafią nawet spanikować, a nasz bohater ma narzędzia skutecznie tę panikę wywołujące.
 
Gra to nie tylko akcja, ale także sporo zagadek. Dość nieskomplikowanych, to fakt, ale cóż – takie czasy. Znajdziemy kilka „plansz wewnątrz planszy”, będących tylko i wyłącznie zagadkami, ale trafią się do rozwiązania także inne, umieszczone bezpośrednio wśród wrogów. Ten element jest dość przyjemny, bowiem zagadki to też pułapki, a jak każdy ninja wie, pułapki działają w dwie strony. Etapy wypełnione tego typu przeciwnościami były według mnie najlepsze, a wprowadzanie przeciwników w ich własne pułapki dawało sporą satysfakcję.
 
Gra oferuje kreskówkową grafikę, zresztą kreskówką często jest przerywana rozgrywka w celu poprowadzenia fabuły. Ma to swój klimat, bardzo przyjemny. Udane są także dźwięki, szczególnie odgłosy, tak bardzo istotne w trudnym fachu wojownika ninja. Każdy krok jest słyszalny, tak jak wszystkie tajne przejścia można dostrzec. Co prawda większość zabawy to średnio atrakcyjne wizualnie okolice szeroko rozumianej ciemności, lecz na tym polega ten cały wic, by z ciemnością się zjednoczyć.
 
Gdybym miał szukać minusów tytułu, to po chwili zastanowienia powiedziałbym, że może jednak rozgrywka jest nieco zbyt prosta. Nasz ninja ma chyba trochę za dużo zabawek, a już ta umiejętność, która pozwala mu na coś w rodzaju teleportacji to zdecydowana przesada. Na szczęście po ukończeniu zabawy od razu otrzymujemy możliwość rozpoczęcia kolejnej, z zachowaniem wszystkich ulepszeń i bonusów, ale z mocniejszymi, sprytniejszymi i mniej przewidywalnymi strażnikami. Zatem i ten minus znika, niczym wojownik ninja po wykonaniu zadania. Polecam, nie tylko fanom klasycznych gier sprzed lat.
0

Atuty

  • klimat
  • fabuła
  • kusi do grania powtórnego

Wady

  • może odrobinę za prosta

Pablos Mobile

Coraz trudniej o gry, które chce się zaliczać więcej, niż raz. Mark of the Ninja jednak do takich należy.

8,5

Komentarze (0)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych