Pan_Iwon - Resident Evil 9: Requiem - Opinia
Witam na moim blogu.
Będzie tu wszystkiego po trochu: gram, czytam, regularnie coś oglądam, więc tematów raczej nie zabraknie. Wszystko z perspektywy zza okularów – a mam wrażenie, że tego w branży growej wciąż trochę brakuje.
Dzisiaj zaczynamy od Resident Evil 9: Requiem.
Moja ulubiona, ale nie najlepsza odsłona
1. Wstęp
Wiem, że największy boom na RE9 już trochę minął, ale udało mi się ukończyć ten tytuł cztery razy, wbiłem platynę, więc mam ochotę opowiedzieć Wam o nim coś więcej. Jest kwiecień, a ja mam poczucie, że już teraz mamy jednego z kandydatów do gry roku – sytuacja bardzo podobna do 2025, kiedy Kingdom Come 2 wyszło bodajże w lutym, i pozamiatało.
Od razu muszę zaznaczyć: to mój ulubiony Resident, ale nie uważam, że to najlepsza część serii. Dlaczego – do tego dojdziemy. Nie jestem recenzentem i to nie jest klasyczna recenzja, choć może nosić jej znamiona. Nie ma sensu robić kolejnej, „porządnej” recenzji po premierze, kiedy macie już w sieci masę materiałów od bardziej kompetentnych osób, jak choćby NrGeek czy UV. To są moje mocno subiektywne wrażenia.
2. Grafika i technikalia
Grałem na PS5 Pro i muszę powiedzieć jedno: technicznie jest fantastycznie. Stałe 60 klatek, ostra jak żyleta grafika, ray tracing włączony domyślnie. Przy wyłączonym RT możecie wyciągnąć 120 fps, a na bazowym PS5 gra śmiga w 60 fps bez RT.
Zdarzają się ściany z mniej imponującymi teksturami, ale całościowo to jedna z najlepiej wyglądających gier multiplatformowych – co jest ważne, bo na konsolach tytuły multiplatformowe często cierpią na kompromisy. Zwykle mamy wybór między ładną grafiką w 30 fps albo 60 fps i obrazem „z dupy”, plus jakieś dodatkowe tryby z RT albo bez. Tutaj wybór jest prosty: 60 fps z RT albo 120 fps bez. I to się chwali – pierwszy raz czułem, że grając na konsoli, nie idę na ustępstwo „tańszy sprzęt = gorsza grafika”.
Pierwsza lokacja, czyli ulice miasta, wygląda obłędnie. Jasne, to trochę makieta, ale jeśli poruszamy się po niej tak, jak przewidzieli twórcy, iluzja świata jest przepotężna. Późniejsze, zamknięte i mroczne miejscówki nie robią już aż takiego wrażenia, choć nadal wyglądają świetnie.
Warto dodać, że nie jest to gra z jakąś wielką interakcją ze światem – poza hektolitrami krwi zostającej na ścianach i podłogach, otoczenie jest w dużej mierze statyczne. To nic nowego dla głównych odsłon Residenta, ale trzeba o tym wspomnieć: dla jednych to wada, dla innych po prostu standard.
3. Pierwszy segment – Grace
Jak wiecie, raz gramy Grace, raz Leonem. Pierwsza część gry, ta z Grace, jest zdecydowanie bardziej mroczna i horrorowa. Atmosfera jest gęsta jak smoła – może nie skakałem na krześle jak Nieuczesana, ale kilka razy musiałem zrobić przerwę na papierosa, bo zwyczajnie czułem się przytłoczony.
Bardzo dobrze działa wrzucanie kilkunastominutowych fragmentów z Leonem w tej połowie gry – dają chwilę na złapanie oddechu. Bałem się, że to rozwodni klimat, ale finalnie to strzał w dziesiątkę.
Świetnie wypada pierwsza lokacja, choć nie jest idealna i tu pojawia się jedna z większych wad gry. Przy pierwszym podejściu tego nie czuć, bo jesteśmy skupieni na przetrwaniu, ale przy kolejnych – szczególnie przy speedrunie – wychodzi na wierzch ogromna liniowość. Idziemy do punktu A, bierzemy klucz, idziemy do punktu B, bierzemy klucz do punktu C. Koniec.
W Resident Evil 2 Remake eksploracja była dużo bardziej naturalna, dawała więcej możliwości, nie czuliśmy się prowadzeni za rękę. W RE9 nie odblokowujemy masy pomieszczeń i zakamarków – gra wymusza bardzo konkretną kolejność przejścia. Gdy bierzemy ostatni potrzebny klucz, często otwieramy nim dosłownie jeden sektor. Szkoda, bo gdyby eksplorację pogłębić, gra byłaby dużo bliżej „topki” serii.
Do tego praktycznie brakuje zagadek. Jeśli już są, rozwiązanie zwykle leży w pokoju obok albo dosłownie na tym samym ekranie. Nie oczekuję mega trudnych łamigłówek, ale bardziej rozbudowane puzzle bardzo by tu pasowały.
Z pozytywów: bardzo podoba mi się crafting i zbieranie krwi. Ma to średnio sens fabularny, ale działa świetnie gameplayowo i daje mocne poczucie progresu. Zarządzanie ekwipunkiem wypada dobrze, choć mam wrażenie, że jest odrobinę łatwiej niż w „dwójce” czy „siódemce” – rzadziej miałem momenty typu „co wyrzucić, żeby podnieść coś ważniejszego”.
4. Drugi segment – Leon
Po etapie z Grace, przerywanym okazjonalnymi wystąpieniami Leona, przechodzimy do jego pełnoprawnej części – i tu mam chyba największy zarzut do gry. To nie jest tak, że ten fragment jest zły. Gra się wyśmienicie, strzelanie ma świetny „impact”, czujemy ciężar strzelby czy potężnego Requiem. To daje masę frajdy.
Jest tu też masa fanserwisu – kiedy widzimy nawiązania do poprzednich odsłon, „morda się cieszy”. Problem w tym, że w drugim segmencie dużo mocniej czuć RE4 niż RE2 czy RE7. A ja jestem team RE2/RE7. Lubię poczucie zaszczucia, świadomość, że jak nie przypilnujemy amunicji, to będziemy w tyle, a ktoś depcze nam po piętach i zaraz zapędzi nas do rogu.
Wiem, że taki był cel: druga połowa ma być bardziej nastawiona na akcję. Tyle że w mojej opinii przez to odstaje od pierwszej. Nadal gra się świetnie, są bardzo fajne pomysły (lokacja ze szklaną podłogą czy wręcz hollywoodzkie akcje z motocyklem), ale zabrakło mi tu zwyczajnie strachu.
Gdyby lepiej zrównoważyć te dwie części, mógłby to być obiektywnie najlepszy Resident. A tak – dla mnie na tronie wciąż siedzi „dwójka”, a Requiem zostaje na drugim miejscu.
5. Poziom trudności
Jeśli chodzi o poziom trudności, muszę oddać Capcomowi, że naprawdę się przyłożył. Mamy cztery poziomy, z czego trzy dostępne od razu, a czwarty odblokowuje się po przejściu gry.
Ja zacząłem od razu na trzecim, tzw. klasycznym, i to była świetna decyzja. Pomysł z tuszem do maszyny do pisania, bez którego nie zapiszemy gry, jest kapitalny. Nie sprawia, że gra nagle staje się hardcorowa, ale robi ogromną robotę psychologiczną – czujemy presję, musimy decydować, czy zrobić amunicję, czy poświęcić krew na tusz do zapisu. Rewelacja.
Czwarty poziom, Obłęd, to już jazda bez trzymanki. O ile na niższych poziomach czasem można coś przebiec, o tyle tutaj zwykle trzeba się mocno nagłowić, żeby przetrwać. Gra bawi się naszymi oczekiwaniami: myślisz, że w danym miejscu znajdziesz konkretny przedmiot? A tu niespodzianka – jest pusto albo leży zupełnie coś innego. Crafting nabiera nowego znaczenia, musimy mocno zmienić styl gry i dostosować się do nowych warunków.
Mnie udało się ukończyć ten poziom w osiem godzin „realnie”, choć licznik pokazuje około czterech, bo nie dolicza powtórek czy siedzenia w menu. Świetny motyw na kolejne przejścia.
6. Muzyka i audio
Muzycznie i dźwiękowo jest bardzo dobrze. Gra trzyma wysoki poziom, na słuchawkach brzmi rewelacyjnie, choć mam wrażenie, że jednak ciut słabiej niż w polskim Cronosie, gdzie audio było absolutnie wybitne.
Muszę się jednak przyczepić do Grace i aktorki, która ją gra. W pierwszej połowie rozedrgany głos pasuje – gramy młodą, nieopierzoną kobietą, która dopiero wchodzi w ten koszmar. Ale pod koniec zaczyna to zahaczać o manierę i momentami po prostu irytuje. To trochę czepianie się na siłę, ale musiałem o tym wspomnieć.
7. Fabuła
Jeśli chodzi o narrację, to chyba najbardziej filmowa odsłona serii. Bardzo dobrze przekłada się to na odbiór, widać, że Capcom nie odpuścił tego elementu i mocno przyłożył się do sposobu pokazywania wydarzeń.
Sama historia? To Resident, do tego japońska gra – rządzi się swoimi prawami. Albo to kupujesz, albo nie. Podobnie jak w gameplayu, uważam, że druga połowa wypada gorzej. Jest więcej „głupotek” (Grace i hasło – kto widział, ten wie), a zakończenie i wątek małej dziewczynki to dla mnie już lekka abstrakcja.
8. Accessibility
Na plus: można powiększyć czcionkę i interfejs. Dobrze, że tego nie zabrakło, bo wciąż zdarzają się gry, gdzie wybór jest pomiędzy super małymi napisami a po prostu małymi, które twórcy uznają za „duże”.
Capcom może nie zrobił tu jakiegoś ogromnego wachlarza opcji, ale nie powinno być to przeszkodą w komfortowej grze. To nie jest poziom problemów jak np. w Wukongu, gdzie czytelność tekstu bywa naprawdę kłopotliwa.
9. Podsumowanie
To obiektywnie nie jest najlepsza część serii – na tronie zostaje Resident Evil 2 – ale jednocześnie to moja ulubiona odsłona. Kocham ją za klimat, za masę fanserwisu, który nie przechodzi w cringe, i za połączenie moich ulubionych elementów serii. WIem, że dla niektórych może być tu za dużo funserwisu, czy że Capcom nie miał pomysłu na wprowadzenie nowych elementów do serii, ja to traktuje jednak jako zabieg celowy. Trzydziestolecie serii zbiegające się z datą premiery gry, powrót Leona, którego też już jakiś czas nie mieliśmy okazji spotkać w serii - to wszystko wręcz układa się idealnie. Pytanie w jakim kierunku podąży teraz serii, bo śmiem twierdzić, że na pewno nie jest to ostatnia część.
Druga połowa gry odstaje od pierwszej, ale nie powstrzymało mnie to przed wyczyszczeniem absolutnie całego dostępnego contentu, przejściem na speedrunie (czego zazwyczaj nie robię) i wbiciem pierwszej w serii platyny.
Pytanie brzmi: co teraz? Bo mam po tym tytule straszną pustkę.
Do następnego!