Lepsza niż oryginał? Recenzja Assassin's Creed Black Flag Resynced | GameFrame #53

BLOG RECENZJA GRY
14V
user-2102278 main blog image
FenixThePlayer | Dzisiaj, 13:57
Poniżej znajduje się treść dodana przez czytelnika PPE.pl w formie bloga.

Assassin's Creed Black Flag od zawsze zajmował u mnie wysokie miejsce wśród najbardziej ulubionych odsłon całej serii. Swojego czasu Origins była całkiem blisko zdetronizowania czarnej flagi, ale jednak piraci to piraci. To były czasy, kiedy ta marka była po prostu fajna. Pierwsze wiadomości o remake’u mocno mnie zainteresowały, ale spowodowały też pewne obawy. Zastanawiałem się, czy Ubisoft nie zacznie kombinować i czy gra nie zatraci swojej tożsamości. Pomimo kilku istotnych zmian gra wypada jeszcze lepiej niż oryginał. Zapraszam was do pełnej recenzji gry, z uwzględnieniem zarówno wad, jak i zalet które napotkałem podczas mojej 70 godzinnej podróży w grze.

Abstergo? A co to?

Zacznijmy od tego, że historia nie jest identyczna jak w oryginale. Pozbyto się całego segmentu korporacji Abstergo. Po zakończeniu wątku Desmonda ten motyw absolutnie stracił w moich oczach. Był dla mnie nudny, wyrzucał z immersji, a łażenie po biurze i podsłuchiwanie pracowników wypadało po prostu słabo. Tego teraz nie ma. Skupiamy się jedynie na pirackiej przygodzie. Wszystkie sekwencje ze współczesności poleciały do kosza, dzięki czemu rozgrywka stała się znacznie bardziej płynna.

W grze wcielamy się w Edwarda Kenwaya, który przypadkowo wpada w środek konfliktu asasynów z templariuszami, a jego głównym celem jest po prostu stać się bogatym i zdobyć złoto. Akcja przenosi nas do złotych czasów piractwa, gdzie poznamy największych piratów tamtych lat i weźmiemy udział w kluczowych momentach historycznych. Gdzieś w tle czają się asasyni ze swoją misją, ale ani gracz, ani Kenway nie są nimi aż tak bardzo zainteresowani. I w sumie bardzo dobrze.

Ubisoft bardzo sprawnie połączył wątki fikcyjne z historycznymi, tak aby Kenway był zawsze w centrum wydarzeń. Przed grą warto zapoznać się z dokumentem o piratach na Netflixie chociażby, żeby zobaczyć, jak wiele z tych wydarzeń miało miejsce w rzeczywistości. Edward ma dość luźny stosunek do bractwa. Nie interesuje go kredo, on chce zdobyć fortunę, a nie bawić się w ratowanie świata. To sprawia, że da się go bardzo łatwo polubić. Jest prostym człowiekiem, ale przez to wydaje się niezwykle naturalny i prawdziwy. Dawno temu ukuto stwierdzenie, że Black Flag to kiepski asasyn, ale genialna gra o piratach. Do wersji Resynced to hasło nadal pasuje idealnie.

Lądowe starcia i płynniejszy parkour

Rozgrywkę tradycyjnie podzielono na zadania lądowe oraz morskie. Na lądzie mamy sporo misji pobocznych. Odnajdywanie skrzyń, napadanie na magazyny, relizowanie zleceń zabójstw dla bractwa, polowanie na zwierzynę dla skór czy odblokowywanie tawern wiążące się z bijatyką na pięści. Do tego dochodzą mapy skarbów i szukanie zakopanych kosztowności. W Black Flag po prostu nie można się nudzić, bo zawsze jest coś do zrobienia. Nowe znaczniki pojawiają się w pobliżu wież, które musimy zsynchronizować. Co ważne, w misjach pozbyto się upierdliwej desynchronizacji, gdy przeciwnik nas zauważy podczas śledzenia. Teraz po prostu go eliminujemy w walce i historia toczy się dalej. Zniknęły też oceny oraz dodatkowe wytyczne przy każdym zadaniu, co zdecydowanie wyszło grze na plus.

W misjach lądowych dodano możliwość kucania i chowania się w wysokiej trawie na wzór Assassin's Creed Shadows. Kenway może wabić przeciwników w swoje pobliże, by cicho zatopić ostrze w ich gardle. Jeśli zostaniemy zauważeni, zaczyna się bezpośrednia starcie oparta na ciosach, parowaniu i unikach. Dobre sparowanie pozwala powalić wroga jednym efektownym ciosem kończącym. Pistolet przydaje się do eliminowania celów z odległości, ale dość długo się przeładowuje, więc traktowałem go bardziej jako dodatek niż główny oręż. Edward ma też do dyspozycji linkę do przyciągania wrogów oraz bomby dymne dające chwilę wytchnienia w tłumie, choć w praktyce rzadko po nie sięgałem.

Usprawniono też parkour. Wskakiwanie po budynkach nie jest już tak mozolne, a Kenway porusza się szybko i sprawnie. W końcu możemy przejść dużą część miast wyłącznie po dachach i drzewach, bez dotykania stopą ziemi. Bardzo brakowało mi tego w ostatnich odsłonach serii. Znacznie rzadziej zdarzają się też bezsensowne skoki w przepaść czy przypadkowe akcje, których nie planowaliśmy. (Mamy opcję włączenia parkouru podstawowego, oraz zaawansowanego)

Kawka wypływa na szerokie wody

Gdy znudzi nam się bycie szczurem lądowym, przejmujemy ster naszej Kawki i wypływamy na ocean. Łupimy kupców, dokonujemy abordażów i rozbudowujemy naszą flotę. Po udanym abordażu możemy przejąć statek, wykorzystać go do naprawy własnej jednostki albo obniżyć wskaźnik rozgłosu. Ten ostatni działa podobnie jak gwiazdki w GTA, im wyższy, tym częściej ścigają nas łowcy piratów. Z początku bywają upierdliwi, ale pod koniec gry padają od jednej celnej salwy. Pływanie Kawką jest wyjątkowo przyjemne, do wyboru mamy trzy prędkości, a rejsy umilają klimatyczne szanty. Z czasem odblokowujemy szybką podróż, ale dla wygodnych przygotowano też tryb autopilota, gdzie statek sam płynie po wyznaczonej trasie.

Walki na morzu zrealizowano kapitalnie. Mamy tu strzelanie z moździerza na dalsze odległości, salwy burtowe i dziobowe, wybuchające beczki rzucane z rufy w roli min czy taranowanie. Początkowo starcia potrafią być trudne, zwłaszcza w rejonach mapy wymagających wyższego poziomu. Jedynym małym zgrzytem bywa czasami męczący abordaż na słabych statkach z tektury, gdzie i tak musimy stoczyć pełną walkę na pokładzie zamiast szybkiego przejęcia.

Zasoby ze zdobytych statków i skrzyń pozwalają ulepszać Kawkę oraz ekwipunek Edwarda. W Resynced stonowano nieco zarobki, Kenway nie opływa w złoto tak szybko jak w oryginale, więc o fortunę trzeba się nieco bardziej postarać. Aby ulepszyć torby na leki czy kabury na pistolety, musimy polować. Polowania morskie na orki czy wielkie rekiny odbywają się w formie wciągającej minigierki z harpunem z poziomu małej łódki. Do tego dochodzi masa strojów, szabli, pistoletów i elementów dekoracyjnych do Kawki. Każdy przedmiot wykonano z niesamowitą dbałością o detale, więc fani dostosowywania wyglądu będą zachwyceni.

Nurkowanie, własna wyspa i legendarne starcia

Z czasem dostajemy specjalny dzwon do nurkowania i trafiamy na piękne rafy koralowe, gdzie spoczywają wraki statków. Unikając rekinów, przeszukujemy podwodne skrzynie i dbamy o zapas powietrza. Co prawda Edward bije rekordy we wstrzymywaniu oddechu, ale sam element nurkowania został wyraźnie wygładzony i usprawniony względem pierwowzoru.

Rozbudowujemy też naszą wyspę wypadową. Nowe budynki dają nowe możliwości, rozbudowa sklepów poszerza asortyment towarów, a łowca skarbów za opłatą poskłada dla nas kawałki map w całość. W naszej rezydencji możemy umieszczać zdobyte łupy w specjalnych gablotach, wieszać obrazy czy eksponować broń. Zarządzanie bazą jest proste i przyjemne, ale nie wpływa aż tak mocno na resztę rozgrywki.

Z poziomu rezydencji lub statku mamy dostęp do zarządzania naszą flotą. To akurat element dość nudny i wysyłanie zdobytych statków na misje po surowce odbywa się bez naszego udziału. Zdecydowanie lepiej wypada powrót legendarnych statków. Te pływające potężne fortece są bardzo trudne do zniszczenia i wymagają mocno dopakowanej Kawki oraz sporych umiejętności żeglarskich. Same ataki na forty również dają masę frajdy, a po ich zdobyciu odkrywamy cały sektor i dostajemy solidny zastrzyk surowców. Świetnie zrealizowano też poszukiwania skarbów z odręcznych map, gdzie musimy precyzyjnie odnaleźć miejsce do kopania.

Świat gry nie jest przeładowany znacznikami, bo Ubisoft zachował umiar. Wysepki są porozrzucane po całych Karaibach, więc mapa nie straszy natłokiem ikon. Wiele aktywności jest opcjonalnych. Jeśli nie chcesz polować z harpunem, możesz po prostu kupić potrzebne kości i skóry u handlarza. Na osobną uwagę zasługuje zmienna pogoda. Sztormy na morzu z formującymi się trąbami powietrznymi to prawdziwa klasa światowa. System pogodowy jest jednym z najlepszych, jakie kiedykolwiek widziałem w grach.

Garść wad i przepiękna oprawa

Ale żeby nie było zbyt pięknie, jak w każdym Assassynie, gdy mocno dopakujemy postać i statek, kolejne misje stają się bardzo łatwe. Zamieniamy się w maszynę do zabijania i wyzwanie nieco znika, co widać szczególnie w wątku głównym. Resynced nie posiada też trybu sieciowego z oryginału, co dla większości nie będzie żadną stratą. Szkoda jedynie, że nie pokuszono się o zremakowanie fabularnego DLC Freedom Cry, co uczyniłoby ten pakiet kompletnym.

Oprawa wizualna o absolutna czołówka. Dżungla wygląda fantastycznie, miasta są pełne detalicznych elementów i żyją własnym życiem. Ludzie na ulicach zachowują się naturalnie, rozmawiają, bawią się przy muzyce czy walczą. Największe wrażenie robią jednak karaibskie zatoki z białym piaskiem, niebieską wodą i krabami. W przerywnikach filmowych postacie wyglądają świetnie. W trybie wydajności na PS5 Pro gra śmiga w stałych 60 klatkach na sekundę i wygląda obłędnie. Lokacje podwodne, symulacja fal oraz zachody słońca z wyskakującymi z wody delfinami i wielorybami po prostu zachwycają.

Podsumowanie

Black Flag Resynced to niezwykle płynny i przemyślany projekt. Gra nie jest przekombinowana, wyciśnięto z niej wszystko co najlepsze z pirackiego klimatu. Pokazuje też, że dawniejsze gry o prostszych założeniach sprawiały po prostu więcej frajdy niż dzisiejsze tytuły tworzone na setki godzin, które potrafią przytłoczyć i zmęczyć. Wszystko ma tu odpowiednie proporcje. Po ukończeniu wątku głównego nadal mam ochotę wracać na Karaiby, by odkrywać pozostałe sekrety. To najlepsza produkcja Ubisoftu od bardzo dawna. Zdecydowanie polecam każdemu, bo magia tej odsłony powróciła ze zwielokrotnioną siłą!

Bywajcie!

(Wszystkie zdjęcia zostały zarejestrowane przeze mnie na platformie PS5 PRO)
Oceń bloga:
2

Ocena - recenzja gry Assassin’s Creed Black Flag Resynced

Atuty

  • Usunięcie wątku Abstergo i sekwencji współczesnych – rozgrywka stała się dzięki temu bardziej płynna, skupiona wyłącznie na pirackiej przygodzie
  • Usprawniony parkour oraz skradanie – dodanie kucania, chowania się w trawie oraz poprawa płynności poruszania się po dachach i drzewach
  • Brak uciążliwej desynchronizacji – koniec ze sztucznym powtarzaniem misji po wykryciu przez wroga podczas śledzenia
  • Doskonały system pogodowy i oprawa wizualna – sztormy, trąby powietrzne, odwzorowanie wody oraz karaibskie widoki zachwycają
  • Świetna mechanika walki i eksploracji morskiej – wciągające starcia okrętów, szanty, nurkowanie oraz poszukiwania skarbów z map
  • Proste i przyjemne zarządzanie bazą – rozbudowa własnej rezydencji daje satysfakcję bez niepotrzebnego, drobiazgowego dłubania

Wady

  • Spadek poziomu trudności pod koniec gry – mocno dopakowany Kenway i jego statek stają się maszą do zabijania, przez co późniejsze misje bywają zbyt łatwe
  • Męczący i powtarzalny abordaż na słabych jednostkach – brak opcji szybkiego przejęcia statku w sytuacjach, gdy wróg nie ma szans na obronę
  • Nudny system zarządzania flotą – misje wysyłkowe odbywają się bez udziału gracza i szybko stają się nieangażujące
  • Brak zremakowanego DLC Freedom Cry – szkoda, że nie dołączono tego dodatku, byłby świetnym dopeełnieniem całości
Avatar FenixThePlayer

FenixThePlayer

Assassin's Creed Black Flag Resynced to kapitalnie przygotowany remake, który wyciąga z oryginału to, co najlepsze, odrzucając jednocześnie jego najbardziej nużące elementy. Gra zachowuje idealny balans między wciągającą historią Edwarda Kenwaya, widowiskową walką na lądzie oraz niezwykle satysfakcjonującą żeglugą i bitwami morskimi na Karaibach. Dzięki udanym usprawnieniom w rozgrywce, brakowi przesadnego przeładowania znaczkami oraz zachwycającej oprawie wizualnej, jest to jedna z najbardziej płynnych i przyjemnych odsłon serii od wielu lat.
Grałem na: PS5

Komentarze (2)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper