Wbrew pozorom kraina Ys nie jest współczesnym wymysłem scenarzystów, a jednym z wielu mitycznych zatopionych lądów, dzisiaj lokalizowanym nieopodal francuskiej Bretanii. Przez lata mitologia z nim związana służyła za kanwę i inspirację dla przygód rudowłosego i nieco naiwnego młodzieńca - podróżnika Adola Christina. Wydana pierwotnie w 2015 roku na PS Vitę Ys: Memories Of Celceta to remake czwartej części jeszcze z lat dziewięćdziesiątych, będącym połączeniem  dwóch jej wersji: Ys IV: Mask of the Sun oraz Ys IV: The Dawn of Ys  pochodzących odpowiednio z konsol SNES i PC Engine. Później ten przyjemny jRPG akcji pojawił się także na PC, a obecnie wkracza na większe ekrany. Przyjrzyjmy się więc edycji PlayStation 4.

Hej! idem w las – piórko się mi migoce!

Ys: Memories of Celceta recenzja postacie

Warstwa fabularna, jak to seria ma w zwyczaju, do rozbudowanych nie należy, zresztą gra nie udaje iż jest inaczej. Scenariusz w recenzowanym Ys: Memories Of Celceta skupia się na opowiedzeniu nam ciekawej, ale lekkiej historii, co całkowicie wystarcza na potrzeby rozgrywki. Zaczynamy od widoku naszego bohatera pałętającego się bez celu po pogranicznym miasteczku Casnan, w regionie Celceta. Okazuje się że Adol stracił pamięć po wyprawie do okolicznej puszczy a dlaczego to właśnie będziemy odkrywać szukając fragmentów jego wspomnień ostatecznie zabijając kolejne Wielkie Zło, które się tam zaległo.

Przy okazji dostajemy zadanie stworzenia mapy okolicy od miejscowej, ponętnej pani gubernator. Las Celceta skrywa jednak o wiele więcej tajemnic niż początkowo się wydawało, więc uważny gracz z pewnością się nie znudzi. W takcie wyprawy poznamy jak zwykle sporo interesujących postaci, jak choćby jego przyjaciela Durena, czy plemienną księżniczkę Karnę, więc główny bohater znów będzie rozkochiwał w sobie kolejne kobiety, ciągnąc ze sobą mały haremik. W każdym razie pod względem opowieści gra trzyma standardy serii i nie ma się tutaj do czego przyczepić. 

Ys: Memories Of Celceta walką stoi

Ys: Memories of Celceta recenzja walka

Najważniejszym jednak elementem całej gry jest wprawdzie prostacka, ale mocno uzależniająca rozgrywka. W dniu swojego przenośnego wydania posiadała najbardziej rozległy, wypełniony po brzegi sekretami świat na tle całej serii. Owszem, gdy piszę recenzję Ys: Memories Of Celceta, wiele zdążyło się pozmieniać, ale wciąż mamy naprawdę sporo do zwiedzenia nawet w wersji PS4. Na pierwszy rzut oka szwendanie się po wiecznym lesie i przyległościach wyrzynając wszystko co się rusza, wydawać by się mogło nudne na dłuższą metę, lecz o dziwo tak nie jest. Sama walka daje naprawdę sporo frajdy, pomimo iż wiele od nas nie wymaga, ot jednym przyciskiem ciachamy bronią, drugim się zasłaniamy, a trzeci służy za uniki. W razie potrzeby posiłkujemy się zdolnościami specjalnymi bądź zmianą prowadzonej postaci i to cała filozofia, zresztą jak ktoś grał w Ys VIII będzie wiedział o co chodzi.

Jedynie weterani serii mogą lekko sarkać nosem, bowiem starcia dla nich będą dość łatwe, owszem pojawia się spora garść ogromnych bossów, których trzeba brać na sposób, ale zawsze możemy obładować się środkami leczniczymi i brać ich na przetrzymanie (chociaż w paru przypadkach taka taktyka nie działa). Cóż na tle całego cyklu poziom trudności Celcety (przynajmniej na „normal”) do wysokich nie należy, aczkolwiek gry z palcem nosie też nie zaliczymy, więc nie należy się zwieść. Dla osób zaczynających przygodę z Ys-ami plusem winno być nieco wolniejsze tempo akcji niż w innych odsłonach serii.

Zagubiony w morzu liści

Ys: Memories of Celceta recenzja eksploracja

Jak już wspomniałem w recenzji, Ys: Memories Of Celceta posiada skromne elementy RPG, czyli zdobywamy doświadczenie i awansujemy na kolejne poziomy, rozwiązujemy napotkane zagadki, wykorzystujemy unikalne umiejętności towarzyszy w razie potrzeby, a także zmieniamy ekwipunek i wzmacniamy go. Inna sprawa, że samo wzmacnianie bywa dosyć nudne, chociaż przynosi wymierne korzyści, lecz jak kto lubi ma spore pole do popisu w tym temacie. Pojawiają się także zadania poboczne, w większości w stylu przynieść-zabij-pozamiataj, nie licząc kilku chlubnych wyjątków. W każdym razie pomimo drobnego zgrzytu tutaj też wszystko jest na miejscu.

Jedną wszakże rzecz trzeba tutaj przemóc, by móc bawić się dobrze, a chodzi o kwestie graficzne. Wiemy już, że tytuł jest remasterem przenośnej edycji, której już wtedy się za nie obrywało, więc można nieco usprawiedliwić osoby przenoszące ten tytuł na stacjonarny sprzęt. Niestety prawda jest taka, że pierwsze spotkanie z Ys: Memories of Celceta na dużym TV trochę mnie zabolało pomimo full hd i 60 klatek, o ile samo otoczenie prezentuje się całkiem znośnie kolorowo i klimatycznie, to kanciaste modele postaci, aż kłują po oczach przy dużym zbliżeniu. Na szczęście szybko idzie do tego przywyknąć, zwłaszcza że mamy możność regulacji wysokości kamery, więc nie zwracamy na to uwagi w trakcie zabawy, no ale jednak początkowy kontakt wywołuje pewien szok.

Niedostatek wizualny

Z jednej strony prawda, iż Ys: Memories Of Celceta ma już kilka lat na karku, ale Falcom miał wiele starszych gier, które nawet dzisiaj prezentują się lepiej niż Celceta. Wersji PC natomiast dostawało się za zbyt duże menusy, na PS4 też takowe pozostały, lecz w tym przypadku jestem zadowolony z tego posunięcia, ponieważ dialogi nie męczą wzroku. Jeśli chodzi o animację to zasadniczo działa płynnie, lecz są lokacje gdzie z niewiadomych powodów potrafi chrupnąć, ale nie ma ich wiele. Niedostatki wizualne produkcja rekompensuje wysokich lotów oprawą audio w nowej aranżacji. Zawiera ona sporo szybkich, lekko rockowych brzmień, ale także tych spokojniejszych, pełnych zadumy w momentach tego wymagających. 

Pomimo pewnych zastrzeżeń do warstwy wizualnej uważam że dobrze się stało, iż Ys: Memories of Celceta pojawiło się na PS4, co myślę dobrze nakreśliłem w recenzji. Jeśli wcześniej nie mieliśmy okazji to warto teraz zaliczyć kolejny kawałek przygód Adola Christina, albo zacząć przygodę z całym uniwersum Ys. Teraz czekam na przeniesienie na duży ekran Ys: The Oath in Felghana oraz Ys: The Ark of Napishtim. Może kiedyś się uda. Podsumowując warto posiadać ten tytuł w swojej kolekcji gier jRPG na konsolę Sony i spędzić z nim 25 godzin świetnej zabawy.