Seria Trails of Cold Steel na wzór chociażby atelierów jest obecnie spójną tetralogią, wchodzącą w skład szerszego, dość już wiekowego cyklu The Legend of Heroes. Niestety zachodnie odsłony tych jRPG-ów ukazują się ze sporym opóźnieniem, dlatego w recenzji dopiero cześć trzecia. Jak to mówią lepiej późno niż wcale, chociaż przez to ząb czasu jeszcze mocniej odcisnął się na tej niesamowicie wciągającej produkcji.

The Legend of Heroes Trails of Cold Steel III - recenzja 1

Za mundurem panny sznurem...

Nie będziemy zbytnio wspominać, co wydarzyło się poprzednich odsłonach Cold Steel, bo raczej nikt nie weźmie się za trójkę nie znając tamtejszych wątków fabularnych. Akcja gry toczy się około półtora roku po wydarzeniach z części drugiej. Imperium Erebońskie pomimo osłabienia wojną domową anektowało Crossbell, podbiło North Ambrię a wcześniej jeszcze odparło najazd Republiki Calvard, dzięki czemu stało się największą potęgą polityczną, militarną i ekonomiczną na całym kontynencie Zemurii. Gdy niemal wszyscy sąsiedzi drżą ze strachu Imperium od środka wcale nie wydaje się takie spoiste, bowiem pojawiają się nowe problemy. By się nimi zająć powołano zamiejscowy wydział wojskowej akademii Thors w miasteczku Leeves, gdzie jednym z wykładowców-instruktorów zostaje znany nam protagonista Rean Schwarzer. Jego zadaniem jest stworzyć nową „Class VII”, co nie będzie takie proste, bowiem do uczelni trafiły (łącznie z ciałem pedagogicznym) osoby z takich czy innych powodów niewygodne dla państwa lecz jednak wciąż potrzebne. Znów wyruszymy w podróż po całym kraju, tym razem do miejsc, które większości omijaliśmy w poprzednich częściach.

W trójce, pomimo nudnego początku scenariusz wciąż nie zawodzi, nadal posiada spory rozmach, wielowątkowość i świetnie wykreowanych bohaterów starych i nowych. Niektórzy wprawdzie żywcem wydarci z różnorakich anime jak chociażby Musse i Altina pochodzące z Horizon On the Middle of Nowhere, lecz nadal posiadający unikalne charaktery i głębokie osobowości. Dowcip jednak polega na tym, że opowieść domyka wątki ze znacznie wcześniejszych odsłon cyklu. O ile trylogię Trails in the Sky, możemy sobie jeszcze nadrobić, bo wydano ją ostatecznie w zrozumiałym języku, to nieznajomość nieobecnej na zachodzie dylogii Zero/Ao no Kiseki, gdzie akcja rozgrywa się w Crossbell, da nam w kość. Wiele wątków i wydarzeń dotyczy właśnie tych dwóch tytułów, i żadna retrospekcja tu nie pomaga, sporo smaczków nam umknie, a w kilku momentach po prostu będziemy zachodzić w głowę, o co właściwie bohaterom chodzi, albo kim dana postać jest. Niestety przed zakupem Cross Steel III trzeba nadrobić zaległości, wtedy dopiero scenariusz pokaże nam swój pazur. Szczęśliwie, braki te nie zaburzają, aż tak całej historii, by nie dać się jej porwać, ponieważ wciąż stanowi jedną z lepiej napisanych opowieści, ze wszystkich wydanych w tym roku jRPG-ów na zachodzie. Drażni jedynie zrobienie z Reana kobieciarza, do którego kleją się wszystkie panny w grze oraz, z gruntu tutaj niepotrzebne, nachalne momenty yuri. W każdym razie humoru nie zabrakło, a na wierzch wychodzą coraz bardziej mroczniejsze tajemnice odnośnie pochodzenia protagonisty i całego imperium, na których rozwiązanie musimy poczekać niestety do części czwartej (a może i dłużej, kto wie).

The Legend of Heroes Trails of Cold Steel III - recenzja 2

Wykonać! O trudnościach zameldować po wykonaniu zadania!

Sama rozgrywka nie uległa większych zmianom i podobnie jak w pierwszym Cold Steel dzieli się z grubsza na dwa etapy. W każdym z rozdziałów najpierw prowadzimy życie szkolne i towarzyskie, z lekka przypominające ostatnie gry z serii Persona, bowiem i tutaj uczęszczamy... znaczy się prowadzimy zajęcia szkolne, a w czasie wolnym pogłębiamy więzi z naszymi przyjaciółmi, co ma przełożenie na skuteczność w boju. Następnie jedziemy własnym pociągiem pancernym na ćwiczenia polowe, gdzie angażujemy się w wydarzenia posuwające scenariusz naprzód. Zmiana nastąpiła raczej w ilości niż w jakości, bowiem zadań fabularnych i pobocznych mamy więcej do zrealizowania (trzy pory dnia), a ponadto pojawia się nocna aktywność. W sumie wychodzi to grze na plus, ponieważ dzięki temu dzieje się znacznie więcej w mniejszym przedziale czasowym, co oddaje nam spore obszary do odwiedzenia. Kapitalnym pomysłem jest futurystyczny pociąg pancerny, którego motyw idealnie pasuje do klimatu serii, pozwalający zabrać na ćwiczenia wszystkich kadetów szkoły i cały posiadany majdan. Inną drobniejszą, lecz zauważalną zmianę stanowi nasz masywny „smartfon” ARCUS II, pozwalający m.in. podtrzymywać więzi ze starymi znajomymi, oraz wykonywać drobne zadania. Cieszy również, nawet dość rozwinięta jak na warunki rozgrywki, gra karciano-taktyczna nazwana tutaj Vantage Masters, kojarzącą się z jakby nieco bardziej rozbudowaną Triple Triad, obecną w Final Fantasy VIII. W sumie to i rysunki na kartach mocno przypominają bohaterów oraz potworki znane z fajnali, czyżby nie bano się posądzenia o plagiat? W każdym razie w grze jest sporo rzeczy do zrobienia, wielu ludzi z, którymi można porozmawiać, czy interesujących miejsc, które warto poznać, więc na nudę narzekać nie będziemy. Ponadto wciąż możemy poczytać książki, gotować, czy łowić ryby w stylu podobnym do tego z Ys VIII.

Jest takie przysłowie, że jeśli coś działa nie naprawiaj, aczkolwiek czasem drobne zmiany wpływają pozytywnie na finalny odbiór. Tak właśnie stało się z systemem walki, nie wprowadzającym rewolucji, a szereg, zazwyczaj dobrych zmian. Na pierwszy rzut oka nic się nie zmienia, wciąż mamy rozbudowaną, ale satysfakcjonującą turówkę. Tym razem jednak twórcy celowo postawili na agresywny styl starć, paradoksalnie poprzez obniżenie skuteczności posiadanego oręża, którym trudno zaciukać przeciwnika. Takie zagranie wymusza niemal stałe wykorzystywanie umiejętności specjalnych oraz zdolności magicznych, a także częstą zmianę pozycji naszych wojaków na polu walki, co w poprzednich częściach raczej się ignorowało. Podwyższyło to wprawdzie poziom trudności, zauważalnie zwłaszcza przy gigantycznych i potężnych bossach, ale kilka dodatkowych możliwości czyni bój bardzo interesującym. Wykorzystywanie słabości przeciwników i zadawanie dodatkowych ciosów, czy zbiorowych ataków w „personowym” stylu wprawdzie już było, ale tym razem jesteśmy w stanie zadać wrogowi „breaka”, co powala go na jakiś czas. Poza tym pojawiła się nowa klasa umiejętności tzw. „rozkazy”, dzięki którym przez kilka tur możemy być na przykład. nieśmiertelni, bądź zadawać większe obrażenia. W tym odcinku starcia pomimo większej dynamiki naprawdę pozwalają nam się wykazać nie irytując przy tym. Troszkę gorzej bywa z pojedynkami wielkich robotów, które nadal są tylko umilaczem czasu niż większym wyzwaniem. Niestety przydałaby się całkowita przebudowa tego elementu, ponieważ trudno szukać tutaj powodów do szybszego bicia serca. Nasze maszyny są zbyt potężne, a przeciwnik zanadto przewidywalny, by czerpać większą satysfakcję z tego typu pojedynków, aczkolwiek swoją rolę fabularną spełniają.

The Legend of Heroes Trails of Cold Steel III - recenzja 3

Średniowiecze i technologia przyszłości w interesującej symbiozie

Przechodząc do oprawy wizualnej widać niestety, ze Falcom majętnym studiem nie jest i od lat katuje ten sam silnik, obecny od 2013 roku w poprzednich CS-ach czy Ys VIII. Owszem w Cold Steel III doszło więcej szczegółów, większe obszary, krótsze czasy ładowania, ale dodanie więcej drzewek w plenerze, czy beczek, kwiatów i drewnianych skrzyń w miastach, nie zmienia wiele w odbiorze grafiki. Przy okazji jej jakość jest bardzo nierówna, ponieważ jedne miejscówki prezentują się ascetyczne w inne natomiast włożono nieco więcej pracy, co można zobaczyć chociażby odwiedzając Crossbell. Za to podobać się może techno-futurystyczny styl oprawy graficznej z lekka przypominający taki tytuł jak Tales of Xillia. Wygląda na to, że Erebonia w ciągu dwóch lat zrobiła niezły skok technologiczny, aczkolwiek nieco bardziej staroświeckie widoczki także napotkamy. Szczęśliwie jedna rzecz uległa znacznej oprawie, a są to naprawdę miłe dla oka modele postaci, nie tylko głównych, ale także pobocznych i zwykłych przechodniów. Muzyka również trzyma poziom i jest całkiem różnorodna, zależnie od sytuacji, a do wyboru są oryginalne głosy japońskie, albo angielski dubbing. Tym razem bez obaw jednak, lokalizacja przez NIS America prezentuje się całkiem poprawnie, nie licząc kilku literówek. Sporym zaskoczeniem była dla mnie zmiana kroju interfejsu bitewnego, do którego początkowo nie mogłem przywyknąć, ale z czasem okazał się on całkiem intuicyjny.

The Legend of Heroes: Trails of Cold Steel III pomimo przedpotopowej już oprawy wizualnej to wciąż kawał świetnego, chociaż niszowego jRPG-a. Ponadto, jak na obecne warunki, gra jest bardzo długa, bowiem spędzimy z nią przynajmniej 60 godzin. W każdym razie dla fanów serii zakup obowiązkowy, a ja czekam z wytęsknieniem na lokalizację części czwartej.