Wydana w październiku 1999 roku przez Electronic Arts, dostępna na pierwszą konsolę Sony, gra „Medal of Honor” spopularyzowała realia drugiej wojny światowej w pierwszoosobowych strzelaninach, tworząc w istocie osobny podgatunek nazywany przez graczy mianem wojennego shootera. Rok później ukazała się kontynuacja o podtytule „Underground”, która dla pewnych kręgów graczy okazała się grą wybitną, a w 2002 ukazały się aż dwie odsłony na dwóch różnych platformach („Allied Assault” na PC oraz „Frontline” na PS2). Seria cieszyła się uznaniem graczy i nie trzeba było długo czekać na kolejne odsłony tego podejmującego się tematyki II wojny światowej cyklu. I tak w listopadzie 2003 roku posiadacze konsol PlayStation 2, Xbox oraz GameCube mogli spróbować swoich sił wspierając żołnierzy alianckich w grze „Medal of Honor: Rising Sun”, która jako pierwsza w historii cyklu porzuciła zmagania w Europie na rzecz działań na Oceanie Spokojnym.

Muszę przyznać, że jestem miłośnikiem pierwszoosobowych strzelanin w realiach drugiej wojny światowej. Z tego względu patrzę o wiele przychylniejszym okiem na gry reprezentujące ten gatunek. Uważam, że napomnienie o tym fakcie jest uczciwym postępowaniem wobec czytelników i przedstawia całą sprawę w odpowiedni sposób. Niemniej przychylny stosunek do gatunku, marki czy dewelopera nie stoi na przeszkodzie w rzetelnym przedstawieniu mechaniki i wszelkich innych aspektów gry. Na tym polegają recenzje, że w uczciwy sposób opisuje się wszystkie aspekty gry, na które warto zwrócić uwagę, a następnie odniesienie się do nich zgodnie z własnymi doświadczeniami, sympatiami lub antypatiami czy też ogólnym gustem growym. W każdym razie - lubię wojenne strzelanki, ale nie oznacza to, że w bezkrytyczny i fanbojski sposób opisuję poszczególne gry i staram się na siłę przekonać innych graczy do swojego stanowiska.



[Obrazek: 528818-moh_001.jpg]
 

Co już zostało przeze mnie napisane, „Medal of Honor: Rising Sun” było pierwszą częścią cyklu, która ukazała starcia skośnookich żołnierzy cesarskiej armii z walecznymi marines. Płytka włożona do napędu naszych czarnulek przenosi nas do dnia, który dla większości z mieszkańców Stanów Zjednoczonych kojarzy się bardzo tragicznie. Mianowicie nasza przygoda z tym tytułem rozpoczyna się 7 grudnia 1941, kiedy to siły cesarskiej armii Japonii dokonały ataku na bazę amerykańskiej floty w Pearl Harbor. Na początku dane nam będzie obejrzeć krótki przerywnik, na którym możemy zobaczyć odpoczywających żołnierzy na pokładzie okrętu. Jednym z nich jest Joseph Griffin, którego losami pokierujemy na przestrzeni dziewięciu misji na różnych wysepkach Pacyfiku. Sielanka ta zostanie przerwana przez nacierające ze wszystkich stron japońskie bombowce. Zbombardują one nasz okręt i będziemy musieli się z niego wydostać, a po wyjściu na pokład zestrzelimy kilka z nich. Początek gry to pokaz tego, co w wojennych FPS'ach jest jednym ze znaków rozpoznawczych. Mamy do czynienia z efektowną, w pełni wyreżyserowaną i powodującą przyspieszone bicie serca wartką akcją, której nie powstydziliby się specjaliści z Hollywood. Biorąc pod uwagę, w którym roku miała premiera tej gry oraz to, że oprawa wizualna nie zalicza się do mocnych stron rozgrywki, możemy powiedzieć o bardzo dobrze wykonanej pracy projektantów poziomów oraz scenarzystów gry (wśród nich pracował ponoć Steven Spielberg). Pierwszy poziom jest w zasadzie interaktywnym samouczkiem, także nie powinna nikogo dziwić duża ilość zaplanowanych wcześniej scenek, czyli skryptów. Przemierzając kolejne misje będziemy regularnie natrafiać na podobne, równie widowiskowe scenki, z których część na pewno zapadnie w pamięć części graczy ze względu na pomysłowość autorów i rozmach.

Najbardziej pożądanym aspektem tego typu gier jest odpowiedni sposób ukazania prezentowanych realiów i możliwość poczucia na własnej skórze wojennej zawieruchy. Wojenny klimat jest tutaj w znacznej części podkreślany poprzez ścieżkę muzyczną. Przygotowane na potrzeby gry utwory są odpowiednio dopasowane do rozgrywających się na ekranie wydarzeń w zależności od charakteru misji i miejsca jej rozgrywania. Do naszych uszów docierają spokojniejsze melodie, gdy bez najmniejszego stresu przemierzamy dżunglę i przed sobą nie widzimy żadnych nieprzyjaciół. Gdy jednak w polu widzenia pojawi się jakiś żółtek, szybko na pierwszy plan zaczną wychodzić symfoniczne melodie, które zagrzewają do walki i nadają jej potrzebnego dynamizmu. Pod tym względem seria „Medal of Honor” zawsze była na pierwszym miejscu i w przypadku „Rising Sun” nie jest inaczej. Oczywistą oczywistością jest fakt, że większość utworów jest nacechowana orientalnymi klimatami rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni. Wschodnie ambienty nie pozostawiają złudzeń do czasu i miejsca prezentowanych wydarzeń. Po usłyszeniu takich utworów gracz wie, że nie walczy z Niemcami w Europie, lecz z Japończykami na różnorakich wysepkach Pacyfiku.


[Obrazek: 528809-moh_004.jpg]
 

Gorzej ma się sprawa z tym, co widzimy na ekranie. Oprawa wizualna znacząco odstaje od ścieżki muzycznej. W głównej mierze można przyczepić się do rozmazanych i niewyraźnych tekstur. Część lokacji prezentuje się naprawdę bardzo brzydko i odpychająco. Zauważalne jest to szczególnie w etapach rozgrywających się w ośrodkach miejskich i terenach zabudowanych, aczkolwiek niektóre z miejscówek na tropikalnych wyspach również nie zachwycają swoim wyglądem. Nie można jednak jednoznacznie postawić krzyżyka na tym aspekcie gry. W kilku momentach mamy do czynienia z przyzwoitą pracą grafików – etap w dżungli w trakcie piątej misji kampanii. Doświadczany w nim świetnych widoków wzbogaconych refleksami świetlnymi (wynikającymi z pięknej pogody), dużą ilością roślinności i przepływającą w okolicy rzeką. Niestety takie widoki należą do rzadkości, co powoduje, że w ostatecznym rozrachunku trzeba umieścić grafikę w rubryce z wadami tej gry.

Pod względem mechaniki rozgrywki i przebiegu misji mamy do czynienia ze standardową wariacją w II-wojennych FPS'ach. Zabawa opiera się więc na przechodzeniu z punktu A do punktu B i wykonywaniu po drodze zadań znajdujących się na naszej liście. Przy okazji musimy strzelać do napotkanych przeciwników i zadbać o to, aby nie wyszli żywo ze spotkania z nami. Niestety w tym momencie muszę wspomnieć o dwóch rzeczach wpływających bardzo negatywnie na przyjemność, którą czerpać będziemy z gry. Już w trakcie pierwszego kontaktu z przeciwnikami dostrzeżemy, że nie grzeszą oni inteligencją. Japończycy w „Rising Sun” zachowują się tak, jakby cierpieli na kilka poważnych chorób układu nerwowego. Przede wszystkim mają oni problemy z koncentracją, gdyż nie potrafią oddawać celnych strzałów nawet z najbliższej odległości. Potrafią strzelić w powietrze, gdy gracz stoi raptem kilka metrów od nich. Wielokrotnie swoim zachowaniem powodują, że na twarzach graczy będzie tworzył się uśmiech politowania. Skośnoocy potrafią bowiem nie zauważyć stojącego obok nich gracza, co prowadzić do kuriozalnych sytuacji flankowania bez wykorzystania przeszkód terenowych lub co gorsza może się zdarzyć, że strzelimy w jego stronę, a on nie zareaguje i będzie stał dalej. Często biegają w kółko niczym dzieci na placu zabaw bawiące się w berka, kręcą wokół własnej osi i wyczyniają inne, niewytłumaczalne rzeczy, które zarówno rozbawiają i irytują gracza. Nasi wrogowie swoją głupotą powodują, że nie odczuwamy do nich respektu. A kto jak kto, ale japońscy żołnierzy z okresu walk na Pacyfiku byli powodem lęku wśród wielu marines.


[Obrazek: 521262-589715_20030827_002.jpg]
 

Niski poziom sztucznej inteligencji idzie w parze z niskim poziomem trudności gry. Doprawdy jest to najłatwiejszy shooter z jakim miałem styczność. Rozgrywka nie wymusza na graczu stosowania skomplikowanych taktyk, ciągłego chowania się za osłonami, próbowania oflankowania czy znalezienia lepszej pozycji. Tutaj można biec przed siebie „na pałę” i bez korzystania z osłon pokonywać kilku z naszych przeciwników. Z racji słabej ich celności nie należy zbytnio przejmować się obrażeniami, a bardzo duża ilość walających się wszędzie apteczek zmniejsza (i tak już niskie) prawdopodobieństwo zgonu. W czasie jednej z misji twórcy słabo rozmieścili amunicję, co spowodowało, iż przez długi okres czasu nie miałem w swoich magazynkach ani jednego naboju. To spowodowało, że zmuszony byłem kontynuować swoje zmagania bez możliwości strzelania. Nieoczekiwanie nie przeszkodziło mi to w przejściu tej misji, gdyż skutecznie pokonywałem swoich wrogów uderzeniem z kolby... Etap ten zdefiniował całkowitą beznadziejność przeciwników i niewielkie wyzwanie, jakie postawili przed nami twórcy. Oddać Japończykom trzeba jednak to, że ich taktyka działania jest odmienna w stosunku do tego, co prezentowali Niemcy. Mowa o zajmowaniu niewidocznych na pierwszy rzut oka pozycji na drzewach czy nagłym wyskakiwaniu z wykopanych w ziemi dziur.

Przez dwa ostatnie akapity narzekałem cały czas na rozgrywkę. Czy oznacza to, że pod względem gameplay'u jest to beznadziejna gra? Nic bardziej mylnego. O ile poziom trudności i AI sprawiają, że gra nie sprawia satysfakcji z powodu narzuconych wymagań, to jednak sam przebieg misji i rodzaj wykonywanych zadań należy zapisać na plus. Twórcy bez wątpienia starali się zrobić na graczu wrażenie swoją pomysłowością, której przejawem są zapadające w pamięć sekwencje pościgów czy strzelanin w świetnych sceneriach. W pamięci wielu graczy utkwił zapewne etap, w którym ostrzeliwało się wrogów z karabinu maszynowego jadąc przez dżunglę na... słoniu (sic!). Miło wspominać będę również sekwencję ataku na wzgórze pod ostrzałem moździerzu, który ze względu na scenerię przywiódł skojarzenia z filmem „Cienka czerwona linia”. Takich scen było jeszcze kilka, a wszystkie miały jedną wspólną cechę – epickość. Projektanci poziomów próbowali przeplatać etapy pościgowe ze zwykłym strzelaniem, co spowodowało, że gra nie staje się wtórna. Osobna sprawa, że tytuł nie robi wrażenia długością oferowanej zabawy i zalicza się do tych krótszych gier. A to powoduje, że wtórność nie mogła się pojawić, bo przedtem skończyła się gra. I to tak nagle, że gdy ujrzałem napisy końcowe byłem bardzo zdziwiony i rozczarowany, bo postrzelałbym sobie jeszcze z godzinkę czy dwie do Japońców.


[Obrazek: 511243-589715_20030709_005.jpg]
 

Ocena końcowa „Medal of Honor: Rising Sun” powoduje niemałą zagwozdkę, gdyż z jednej strony tytuł nie ustrzegł się dużej ilości dziwnych błędów oraz kilku rzutujących na całość wad, a z drugiej, mimo wszystko, powoduje on przyjemność i nie mogę uznać czasu z nim spędzonego jako zmarnowany. W czasie ogrywania tej odsłony „MoH'a” bawiłem się dobrze, ale nie była to przyjemność porównywalna z pozostałymi odsłonami serii czy też produktami konkurencji. „Wschodzące Słońce” jest jednak najsłabiej ocenionym przeze mnie wojennym FPS'em, co oczywiście nie oznacza, iż jest to gra słaba. Bardzo niesprawiedliwe są opinie sugerujące graczom niewartego uwagi crapa. Moim zdaniem jest to pozycja całkiem niezła, posiadająca kilka ciekawych patentów i zapadających w pamięć sekwencji, którą okraszono świetną ścieżką dźwiękową oraz wzbogacono filmikami wprowadzającymi graczy w atmosferę II wojny na Pacyfiku. I to właśnie dlatego nie mogę polecić tego tytułu osobom nielubiącym takich gier. Jeżeli nie jesteś miłośnikiem wojennych FPS'ów, to „Rising Sun” na pewno nie przekona Cię do tego gatunku, a tylko utwierdzi w przekonaniu, że dobrze postępujesz omijając go.