Warplanes: WW2 Dogfight to idealny przykład na to, jak nie wyrzucać mikrotransakcji z gry F2P. Nie da się tak po prostu tego zrobić, takie zmiany trzeba przemyśleć, wprowadzić koniecznie poprawki do rozgrywki, przeprojektować gameplay loop, by zaangażować gracza. Ogólnie rzecz biorąc: sprawić, by samo granie miało sens i było po prostu przyjemne. W przypadku omawianej pozycji odniosłem jednak wrażenie, że nie do końca przemyślano ten element. Ba, powiem nawet, że go totalnie skiepszczono.

No bo co innego mogę powiedzieć? 7LEVELS odpowiedzialne za ten port z mobilek po prostu podkręciło liczbę surowców, które dostajemy po wykonaniu misji. Zrozumiałbym jeszcze kwestię paliwa: to w nim płacimy za udział w misji i jest swoistym ogranicznikiem w wersji F2P. Ale dlaczego zdobywamy również strasznie dużo złota, srebra, punktów prestiżu? Za te dwa pierwsze kupujemy i trenujemy naszych pilotów, kupujemy i ulepszamy samoloty oraz rozbudowujemy bazę. No i okej, w wersji mobilnej miało to sens: powoli robimy misje, o ile nam tylko zapasy paliwa pozwalają, by za ciężko (i długo) uciułane surowce rozwinąć naszą załogę, flotę i bazę. W przypadku wersji Switchowej wystarczy nam z godzinka grania by maksymalnie rozwinąć dostępnych od początku pilotów, kupić jeden, dwa samoloty i je również całkiem ulepszyć. Kompletnie to rujnuje jakiekolwiek uczucie progresu. A punkty prestiżu? Dzięki nim możemy rozwinąć różne perki, które przyśpieszą zarabianie surowców, zmniejszą koszt treningów czy naprawy i tak dalej. O ile takie coś miało sens w wersji F2P, tak tutaj: jest totalnie bez sensu, tych surowców i tak nigdy nam nie zabraknie. Warplanes: WW2 Dogfight bardzo źle zniosło bezmyślne usunięcie monetyzacji. Nigdy nie sądziłem, że to powiem, ale ta gra jest po prostu lepsza z mikrotransakcjami.

No ale okej, zostawmy tę kwestię za nami. Może chociaż sama rozgrywka jest przyjemna? No nie jest najgorsza, tyle mogę powiedzieć. Możemy opowiedzieć się za jedną z trzech stron konfliktu: Wielka Brytania, ZSRR oraz Niemcy, każda różniąca się oczywiście dostępnymi samolotami, załogą i oczywiście językiem (możemy sobie w opcjach ustawić by każda nacja mówiła w swoim ojczystym języku). Rdzeń rozgrywki polega na uczęszczaniu w jednym z czterech typów misji: ofensywnej, defensywnej, morskiej oraz specjalnej. Za każdą z nich zostajemy nagradzani innym typem surowców, które potem oczywiście możemy wydać na wspomniane wcześniej ulepszenia czy nową załogę. 

Nie ma tu praktycznie żadnej fabuły, misje robimy w kółko, co jakiś czas wróg zaatakuje naszą bazę i będziemy musieli się bronić, ale nie oczekujcie tu jakiejś epickiej historii o zwycięstwie w drugiej Wojnie Światowej. Jasne, każde zadanie ma jakieś krótkie wprowadzenie, ale nie jest to nic ponad poziom “Wywiad trafił na wrogi konwój, zniszcz go!”.

W teorii mamy cztery rodzaje misji, ale w praktyce sprowadzają się one głównie do tego samego: rozwalenia określonej ilości przeciwników. Przed wyruszeniem na podbój niebios trzeba jednak zebrać drużynę, tj. Wybrać samoloty które wezmą udział w akcji oraz oczywiście ich załogę. Samoloty oczywiście różnią się typem amunicji, prędkością lotu, zwrotnością, liczba wymaganych stanowisk do zajęcia przez ekipę. Całkiem sporo tu różnych statystyk jak na grę wywodzącą się ze smartfonów. Każda misja toczy się na dość sporym terenie po którym możemy swobodnie latać naszym samolotem. Jeśli wyruszyliśmy większą ekipą, to w podręcznym menu możemy pozostałym ekipom wydać proste rozkazy: strzelaj do samolotów, atakuj wrogie pojazdy lądowe/morskie, budynki, wróć do bazy po amunicję, a jeśli chcemy wziąć sprawy w swoje ręce, możemy bez problemu przełączać się między samolotami w trakcie misji. 

Same mapy są całkiem sympatyczne, przynajmniej te lądowe, nie wiem czy są losowo generowane, ale za każdym razem miałem wrażenie latania nad delikatnie innym terenem. Oczywiście samo otoczenie jest dosyć ubogie w szczegóły, lasy reprezentowane są przez pojedyncze drzewka, a woda, choć z wysoka sprawia wrażenie bogatej w detale, okazuje się płaską teksturą, a same budynki, o ile na jakieś trafimy są kartonowe i kanciaste. Inną parą kaloszy są natomiast modele samolotów: te są bogate w detale, ładnie wymodelowane i wprawne oko rozróżni jeden model samolotu od drugiego.

Sama rozgrywka? Latanie jest przyjemne, ale bardzo szybko zaczyna nudzić swoimi ograniczeniami i chwilami dziwnymi rozwiązaniami. Przede wszystkim samoloty są strasznie nadsterowne, nie czuć żadnej bezwładności, ot, śmigamy sobie samolocikiem w powietrzu jakby w ogóle w tym powietrzu się nie znajdował. Nie oczekuję, że gra F2P z komórek będzie miała jakiś zaawansowany silnik fizyczny odwzorowujący jak faktycznie się lata samolotem, no ale jednak odrobina tej fizyki by się jednak przydała. Zresztą, samo latanie jest dość ubogie, nie możemy ani ostro pikować ani wznosić się do góry, nasze próby wykonania beczki spęłzną na niczym, a o śrubie to chyba nikt tu nie słyszał. Zderzenie z ziemią, wpadnięcie do wody? Nope, nie da się. Ale za to możemy się rozbić o wrogą jednostkę! Chociaż tyle, że możemy strzelać ostrą amunicją we wrogie samoloty po uprzednim ich namierzeniu i zrzucać bomby bombowcem. Samo strzelanie nie byłoby złe, gdyby nie sprowadzało się po prostu do namierzenia wroga i przytrzymania przycisku strzału. Bardzo szybko z Warplanes robi się zwykły samograj. I okej, możemy odpuścić namierzanie przeciwników, ale z drugiej strony gra została pod to zaprojektowana i ciężko cokolwiek bez tego trafić. 

No nie sposób mi polecić Warplanes: WW2 Dogfight, nawet w tej stosunkowo niskiej cenie. Nie jest to gra zła, przyznam nawet, że przyjemnie mi się pykało tę jedną, dwie misje przed zagraniem w coś innego. I właśnie o to mam największy ból: to gra skrojona pod smartfony, pod mikrotransakcje, pod zrobienie jednej, dwóch misji i zrobienia czegoś innego. Nie pod stacjonarną konsolę, nie ze skopanym systemem progresu.