Seria Just Cause powraca i po raz kolejny daje innym studiom deweloperskim przykład na to, jak powinna wyglądać gra sandboksowa. Gry z otwartym światem są nazywane piaskownicami z prostego powodu – powinny oddawać graczowi ogromne mapy z ciekawymi zabawkami i pozwalać bawić się bez ograniczeń. Tym razem naszymi zabawkami są przede wszystkim znane z poprzedniczki linki i spadochron oraz zupełna nowość - wingsuit. Zwróćcie uwagę na liczbę mnogą linek – teraz dają jeszcze więcej opcji! To wszystko się sprawdza, jeśli tylko jesteśmy osobami kreatywnymi, rzeczywiście szukającymi nowych sposobów na wykonywanie w kółko tych samych zadań. Bo w tej piaskownicy jesteśmy pozostawieni sami sobie i nikt nie będzie nas dodatkowo zabawiał.

Nasz nieustraszony i niemal niezniszczalny Rico Rodriguez postanowił powrócić do swoich rodzinnych stron, śródziemnomorskiego archipelagu Medici, by przywrócić tam spokój zmącony przez okrutnego dyktatora Di Ravello. Problem w tym, że ów tyran dysponuje cennymi zasobami minerału Bavarium, a to wystarczyło, by zakumplował Agencją, dla której Rico pracował we wcześniejszych dwóch częściach. Nasz bohater zrywa więc kontakt z pracodawcą, zbiera zaufanych ludzi (włącznie z miejscowym dawnym przyjacielem Mario Frigo) i rozpoczyna pełną wybuchów i fizycznie niemożliwych akcji misję wyzwolenia wysp Medici.

Nie ma się co oszukiwać – seria Just Cause nie słynie z porywającej fabuły. Jest ona wyłącznie pretekstem do rozwałki, ale twórcy zdają sobie z tego sprawę i postawili na przezabawne postaci drugoplanowe. Powraca do bólu amerykański Tom Sheldon, nasz sprzęt ulepsza dziwaczna badaczka Dimah, a stojący na czele rebelii Mario nie przepuści okazji, by wrobić Rico w pocałowanie krowy („It’s me, Moorio, kiss me, Rico!”). Salwy śmiechu wywołane scenkami przerywnikowymi i dialogami powstrzymywały mnie niejednokrotnie od wyłączenia gry, bo z optymalizacją jest pewien ogromny problem, więc to chyba najlepsza reklama dla tego elementu produkcji. Warto też wspomnieć, że nasz bohater zmienił aktora głosowego i nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że słyszę włoskiego asasyna Ezio, ale napisy końcowe obaliły tę teorię.

Oprócz nowego głosu, Rico ma linki potrafiące połączyć ze sobą dwa obiekty i przyciągać je do siebie. Tak, linki. Poprzedniczka oddawała nam pojedynczą sztukę, tu zaś na start dostajemy dwie, a ich liczbę można powiększyć odpowiednimi ulepszeniami. Jakie daje to możliwości? Podczas pościgu wyskoczcie na dach, połączcie goniący nas wóz z jezdnią i patrzcie, jak wrogi pojazd gwałtownie zostaje odrzucony do tyłu. A może tak oblepić krowę ładunkami C4, podłączyć linką do helikoptera i spuścić prosto do bazy wroga? Albo połączyć głowę przechodnia do tyłka innego, powtórzyć proces parę razy i stworzyć ludzką stonogę? Granicą jest nasza wyobraźnia. I za to można Just Cause 3 pokochać.

Na lince możemy się też przyciągać niczym Spider-Man, a pęd jej zwijania wykorzystać do wybicia się przy użyciu spadochronu. Ale spadochron już był i to dość powolna forma opadania. Tym razem w każdej chwili możemy go schować i szybować prędko do celu dzięki wingsuitowi. Nauczcie się wykorzystywać oba te gadżety i korzystajcie z linki do nabierania prędkości, a dostaniecie najbardziej satysfakcjonującą formę transportu, nieco rozwiniętą w stosunku do tej z ostatnich Batmanów. Na co motory, sportowe samochody czy odrzutowce, gdy możemy niezauważenie wlecieć do bazy wroga i nie przejmować się szukaniem optymalnej drogi. Lecimy prosto tam, gdzie chcemy. Duże odległości między celami misji nie były problemem, a raczej okazją do pobawienia się tym „combo-przelotem”. Wspaniała sprawa.

W kwestii reszty ekwipunku jest raczej standardowo. Podwójna broń podręczna, jeden większy karabin lub shotgun oraz broń specjalna, w co wliczają się zarówno snajperki, jak i bazooki czy granatniki w kilku odmianach. Samo strzelanie jest jednak słabszym elementem produkcji. Sztuczna inteligencja przeciwników leży i kwiczy, między ubogim arsenałem broni palnej prawie nie ma różnic, a autonamierzanie wrogów zabija całą frajdę z wciskania spustu. Rozwiązanie zrozumiałe, gdyż zwykle dzieje się za dużo i nie ma czasu namierzać spokojnie przeciwników, gdy na plecach siedzą nam czołgi i śmigłowce bojowe, ale zwykłą możliwość przycelowania z broni odblokowujemy dopiero po kilku pierwszych godzinach gry, a i tak jest średnio wygodna. Na tej płaszczyźnie JC3 nie zachwyca.

Ulepszeń jest zresztą więcej i znajdziemy wśród nich nitro do samochodów i łodzi, szukające celu granaty czy odrzutowe C4 (jest tak zwariowane, jak myślicie). Zanim jednak je zdobędziemy, będzie trzeba wykonać specjalne wyzwania – wyścigi, rozwałka na czas, przeloty wingsuitem przez obręcze itp. – a te odblokowujemy wyzwalając miasta i niszcząc obozy wroga. Po wejściu na lokację pokazują się elementy do zniszczenia i tyle – RICO MIAŻDŻYĆ! Rzecz niebywale monotonna, jeśli sami nie urozmaicicie jej sobie świeżymi pomysłami na destrukcję. I tak zawarłem w tym akapicie wszystko, co można robić oprócz misji wątku głównego. Obozów i wyzwań jest cała masa, ale brakowało mi czasami czegoś, czym można by wypełnić ten ogromny świat. Tak jak wspomniałem na początku – musimy zabawić samych siebie.

Napisałem już, że scenariusz pasuje do założeń gry, a zadania poboczne dadzą kreatywnym graczom dużo frajdy. Co z misjami fabularnymi? Szału nie ma - przeważnie musimy przemieszczać się między przesadnie oddalonymi od siebie punktami, niszcząc wszystko dokoła lub broniąc sojuszników. O ile rozwałka i przemierzanie dużych odległości to sam miód rozgrywki, tak z obroną celów jest różnie. Mamy prawdziwie otwarty świat, w którym wszystko może się zdarzyć i często chroniona przez nas osoba umiera zupełnie nie z naszej winy. Wyobraźcie sobie, że lecicie na spadochronie, by wylądować na dachu bronionego samochodu, gdy nagle wróg strzela do Was z wyrzutni rakiet. Robicie unik, rakieta trafia lecący za Wami helikopter, a ten spada obok samochodu, wybucha i misja zakończona niepowodzeniem. Ale takie już piękno sandboksów. Największym problemem jest w tym wypadku dwuipółminutowy ekran wczytywania. Nie, nie przesadzam.

Dwie minuty i trzydzieści dziewięć sekund musiałem czekać po śmierci podczas wykonywania jednego z zadań. A to tylko przypadkowy loading, którego długość postanowiłem akurat zmierzyć z zegarkiem w ręku. Jest bardzo źle. Przypomnę, że gra ukazała się 1 grudnia i problem wciąż istnieje… no, w pewnym sensie, ale o tym za chwilę. Denerwowało mnie też sztuczne generowanie presji. „Korzystasz nieprzerwanie z wingsuita już dwie minuty – pokonałeś tego i tego gracza, a tyle potrzebujesz, by pokonać tamtego”. Nieustannie wyskakują rozmaite liczniki i listy rankingowe. Raz po włączeniu gry przez cztery minuty dowiadywałem się o ludziach, którzy pobili moje wyniki. Pierwszy raz w życiu widzę te PSN-owe nicki, nie obchodzą mnie ich wyniki!

I tak wyglądają funkcje sieciowe gry. Łał. Wyłączyć się tego w opcjach nie da, bo po co. Ale, ale! Kiedy zupełnie odłączyłem konsolę od Internetu, nie tylko pozbyłem się upierdliwych komunikatów, ale też… problem z loadingami przestał istnieć. Kilka-kilkanaście sekund i opcja Szybkiej Podróży błyskawicznie zabierała mnie na drugi koniec mapy. Śmierć podczas wyzwalania miasta? Kwestia pięciu sekund. Oczywiście odkryłem to dopiero po kilkunastu godzinach gry. Żeby chociaż była jakaś możliwość kooperacji w tych opcjach sieciowych, a tu same nic nieznaczące rankingi i nawet kilkukrotnie wydłużany czas wczytywania.

Oprawa graficzna stoi na przyzwoitym poziomie, chociaż zdarzają się brzydsze tekstury niskiej jakości. Nic jednak nie pobije krajobrazu Medici podczas lotu z rozłożonym wingsuitem - rozkoszne widoki. Twórcy chwalili się też destrukcją otoczenia. Istotnie, mosty czy wieże strażnicze za każdym razem rozpadają się inaczej, lecz brak możliwości niszczenia budynków i innych niezniszczalnych obiektów odbiera nieco magii rozwałce. Ta jednak wciąż się broni - dużo wybacza i nie ogranicza, a wszystko to m. in. poprzez nieskończoną amunicja w minigunach i pojazdach bojowych, nielimitowane ładunki C4 czy łatwe i skuteczne spychanie wrogich aut. Nawet zbyt skuteczne, bo lekkie zepchnięcie przy kilkunastu kilometrach na godzinę nie powinno powodować eksplozji pojazdu. Kolejnym ułatwienie jest ogromna wytrzymałość bohatera, chociaż chciałbym jakiś licznik punktów życia, bo często ciężko stwierdzić, ile jeszcze możemy przyjąć na klatę. Pozbyto się także minimapy, co wydaje się idiotycznym posunięciem w sandboksie, ale uwierzcie – zupełnie zmienia doznania. Otwierając dużą mapę zaznaczamy punkt docelowy i widzimy go podczas gry, a na drogach pokazują się strzałki, taki GPS. My jednak zamiast nieustannego spoglądania na minimapę, możemy napawać się pięknem archipelagu. I tak powinno być.

Just Cause 3 to rewelacyjna kontynuacja świetnej dwójki, sabotowana jednak niepotrzebnymi opcjami sieciowymi. Dopiero po odłączeniu konsoli od Sieci możemy cieszyć się normalnymi czasami wczytywania, a wtedy na spokojnie docenimy ogromny i piękny świat, fenomenalny system poruszania się z wykorzystaniem wingsuita i spadochronu (model jazdy mógłby być lepszy, to w końcu twórcy Mad Maksa, ale też nie ma co narzekać), zabawne postacie i spore pole do popisu dla pomysłowych fanów pełnej eksplozji rozwałki. Pozwólcie jednak grze połączyć się z Internetem, to ze złości wywalicie pada za okno… po czym po niego pójdziecie, w międzyczasie skoczycie coś zjeść na mieście i może po powrocie gra zdąży się wczytać.