Można powiedzieć, że wszystko (a przynajmniej większość) jest zasługą jednego człowieka. W czasach, gdy od MK odwrócili się niemal wszyscy, On dzięki swojej determinacji wyciągnął tę markę znad grobu. Ed Boon dowiódł, że kasa nie jest obecnie jedynym czynnikiem kształtującym branżę gier wideo. Ważna jest jeszcze pasja i wiara, radość z tworzenia oraz czysty, niczym nie skrępowany entuzjazm. Nie wierzycie mi? Pogadamy, gdy wkrótce odpalicie nowego Mortala na swoich konsolach. Tymczasem opowiem Wam, jak umiem najlepiej o tym, czym tak naprawdę jest gra NetheRealm Studios.

Nazwanie nowego Mortal Kombat resetem serii byłoby dla niego nieco krzywdzące. Owszem, czeka nas powrót do korzeni, do prawdziwej esencji tej brutalnej marki, jaka charakteryzowała ją jeszcze w latach 90. Mamy więc reset historii, powrót pewnych miejsc i postaci, a przede wszystkim powrót do dwuwymiarowego systemu walki. Ba, można wręcz powiedzieć, że w pewnych kwestiach Ed Boon zachował wręcz przesadną rezerwę. Lista fighterów niemal w całości złożona będzie z postaci znanych z pierwszych trzech części MK (wyjątkiem jest Kratos i Cyber Sub-Zero). Podobnie areny, które w większości stanowią reinkarnację najbardziej kultowych plansz w historii marki. Taki zabieg był jednak potrzebny, aby oczyścić MK z badziewia, które na przestrzeni lat zaczęło wokół niego narastać w zastraszającym tempie. To, co pozostało, zostało wzbogacone o świetną mechanikę oraz doskonałą oprawę. Zanim jednak przejdziemy do tych elementów, nie zapomnijmy o tym, że płytka z Mortal Kombat wręcz pęka w szwach od swojej zawartości. Niewiele jest obecnie mordobić, które oferowałyby tyle atrakcji ile daje nam gra NetheRealm Studios. Czeka na Was prawie 30 postaci, do tego aż 30 (!) przepięknych aren. Każda z postaci ma po 3 fatality (z czego na początku dostępne jest tylko jedno) oraz alternatywny strój do odblokowania, często zmieniający fightera nie do poznania (np. Cyrax i Sektor w ludzkiej formie).

Wprawdzie dodatkowe stroje nie są niczym szczególnym w bijatykach 3D, jednak MK odcina się od brzydkiej praktyki narzucanej ostatnio przez Capcom (które za nowe skórki kazało sobie płacić dodatkowy grosz) i w zamian za nowe kostiumy wymaga od gracza jedynie trochę zaangażowania w rozgrywkę. Ale to nie koniec, bo nowy Mortal Kombat to przede wszystkim moc trybów do obczajenia. Sam nie wiem od czego zacząć? Pod zakładką „Fight” znajdziecie bardziej arcade’owe tryby, jak Ladder i Tag Ladder, czyli klasyczną przeprawę przez kolejnych przeciwników na drodze do finalnego bossa, oczywiście Shao Khana. Znajdziecie też takie bonusy jak legendarne Test Your Might z rozbijaniem desek, cegieł itp., Test Your Strike, będące wariacją tego poprzedniego, oraz Test Your Sight, czyli grę w 3 kubki (z tym, że zamiast kubków mamy tu głowy). Ostatnią ciekawostką jest Test Your Luck, w trakcie którego gra losowo dobiera nam przeciwnika oraz kilka ciekawych zmiennych, czyli np. wyłączenie bloków, trucizna zżerająca pasek energii, czy też walka bez pewnych części ciała.

Prawdziwym pożeraczem czasu jest jednak Challenge Tower. Każde z blisko 300 pięter wieży to specyficzne zadanie czekające kolejno na każdego z fighterów. Niektóre z nich są pomysłowe, niektóre na wskroś głupie i wykręcone, jednak niemal zawsze wciągające. Co powiecie na walkę tagową Johnym Cage’em w parze z reżyserem jego filmu? Albo pojedynkiem Scorpiona z Raidenem, w trakcie którego wojownicy Lin Kuei stojący na drugim planie starają się zamrozić żółtego ninja? Jest tego naprawdę masa, dlatego Challenge Tower zaraża nas syndromem „jeszcze jednego razu” i może wessać na całe godziny. Na osobną uwagę zasługuje tryb Story, który z założenia bardzo przypomina to, co zostało już zaprezentowane w MK vs DC Universe. Przygotujcie się więc na mnóstwo cut-scenek przeplatanych starciami. Brzmi to oczywiście banalnie, jednak i tutaj NetheRealm Studios spisało się świetnie. Zaczynamy od prawdziwie przechlapanej sytuacji, bowiem Shao Khan tryumfuje ostatecznie nad obrońcami ziemi. Jego ostatnia ofiara – bóg piorunów Raiden – w akcie desperacji cofa się w czasie do wydarzeń znanych z MK1, by odwrócić bieg historii i zapobiec katastrofie. Przez ten, rozciągnięty na pierwsze trzy części serii czas wcielimy się w każdą z postaci i będziemy mieli okazję dowiedzieć się czegoś więcej o nich samych. Śledzi się to wszystko niezmiernie przyjemnie, zwłaszcza, że tryb ten obfituje w kilka ciekawych smaczków, które wychwycą gracze zorientowani w uniwersum. Zdarzą się też legendarne starcia, równie legendarnych rywali oraz trochę zabawnych sytuacji (teksty rzucane przez Cage’a rozbrajają). Osobiście bawiłem się świetnie w Story Mode i muszę przyznać, że zaskoczyła mnie jego długość.

We wszystkich tych trybach zbierać będziecie też kasę, którą wykorzystać można w Krypcie (wielkim cmentarzysku pełnym trupów i torturowanych nieszczęśników) i losowo kupować nowe stroje, fatality, rysunki koncepcyjne, czy muzykę. Wszystko to, jak również statystyki i modele 3D poszczególnych fighterów obejrzycie później w Nekropolis, czyli specjalnej hali czekającej na samym końcu Krypty. Czy jest jeszcze coś, o czym nie napisałem? A jakże! Porządny tryb multiplayer, którego atrakcją jest King of The Hill. W jego trakcie lobby zamienia się w salę kinową. Na ekarnie jest wyświetlana na żywo walka dwóch graczy, zaś pozostali, reprezentowani przez siedzące na sali awatary (fighterzy w wersji „super-deformed”) na bieżąco reagują na to, co się dzieje na ekranie. Niestety przed premierą nie udało mi się zweryfikować jak sprawdza się sieciowy multiplayer, ale jestem pewny, że i tutaj NetheRealm nie zawiodło graczy.

Mortal Kombat miażdży szczękę pod względem zawartości, ale to zaledwie początek. Jeśli na glebę nie powaliła Was mnogość trybów, to zrobi to z pewnością sama akcja. System walki oparty na dwóch wymiarach, został opracowany niemal od podstaw, choć oczywiście zachował pewne fundamenty charakteryzujące serię. Cztery przyciski ataku, plus oddzielne przyciski dla bloku i rzutu to podstawa. Do tego dochodzi przycisk do tagowania (gdy gramy 2vs2),oraz zmiany ustawienia nóg. Jeśli graliście w demo, to wiecie już zapewne, że MK jest cholernie dynamiczne, ale jednocześnie dość przystępne dla początkującego gracza. Każdy bez problemu opanuje najprostsze ataki oraz specjale. Walka nabiera jednak rumieńców, gdy w ruch idą przeprogramowane combosy w parze z indywidualnym kombinowaniem różnych ataków ze sobą. Gra bardzo elastycznie podchodzi do łączenia kilku różnych specjali, oraz wplatania ich w comba. Daje to ogrom możliwości, zwłaszcza jeśli dodamy do tego jeszcze właściwości paska energii u dołu ekranu, który podzielony jest na sekcje. Nabicie pierwszej pozwala nam na odpalenie ulepszonego ataku specjalnego (analogicznie jak EX moves znane ze Street Fightera). Dwie napełnione sekcje paska pozwolą nam użyć Breakera, który może przerwać dowolną kombinację, przy pomocy której właśnie obija nas oponent. Jest przydatny choć dosyć kosztowny.

Czasem lepiej nabić pasek do pełna i odpalić prawdziwego killera – X-Ray… Ech, w zasadzie o tym patencie wiecie już chyba wszystko. Mega efektowny, brutalny odpowiednik capcomowego Ultra Combo, to największy bajer nowej odsłony MK, więc na pewno nie umknął waszej uwadze. Pomysł na ukazanie tego poprzez rentgenowskie prześwietlenia masakrowanych części ciała (niczym w „Romeo musi umrzeć”) musiał się zrodzić w głowach prawdziwych wariatów… Ja powiem tylko, że ataki poszczególnych postaci są naprawdę różnorodne i okrutnie pomysłowe. Kabal wjeżdża wślizgiem, łamiąc piszczele przeciwnika, by potem wbić mu w plecy swoje dwa haki. Barraka ostrzami przebija nieszczęśnikowi tętnicę szyjną i czaszkę na wysokości oka. Cyrax, w trakcie zabójczego, powietrznego ataku najpierw miażdży kręgosłup w okolicach krzyża, by potem wbić głowę oponenta w ziemię, łamiąc mu przy tym kark. Obok takich akcji po prostu nie można przejść obojętnie.

Same fatality i stage fatality (związane z konkretnymi planszami) trzymają równie mocny poziom i w podobny sposób zaskakują chorą pomysłowością. Jednym słowem, jest mocno, soczyście i konkretnie. Ale to i tak nic w porównaniu z tym co dzieje się w trakcie walk 2vs2. Zaryzykuje stwierdzenie, że system tagowy w MK jest jednym z najlepszych wśród współczesnych mordobić i przenosi walkę na zupełnie nowy poziom. Z czystą radością eksperymentować będziecie w trakcie dobierania odpowiedniej drużyny i z zaskoczeniem będziecie obserwowali efekty kombinacji ataków różnych zawodników. No właśnie, duża w tym zasługa zróżnicowanej listy zawodników, w której każdy znajdzie co najmniej kilku ulubionych fighterów. Jako właściciele czarnych pudeł, zyskujemy też specjalny przywilej w postaci ekskluzywnej postaci. Kratos, to doskonały prezent dla wszystkich posiadaczy PS3. Mortal Kombat jest grą wręcz stworzoną dla Ducha Sparty, w której z równą mocą, co w macierzystej serii może wyładować swoją furię. Wprawdzie łysol wystąpił już gościnnie w Soul Valibur, ale… bez jaj – Duch Sparty w grze, gdzie nie ma krwi?! Nonsens. Dlatego też w ekipie Eda Boona Kratos poczuje się bardziej swojsko i zachowa wszystkie swoje flagowe ataki (są nawet quick time eventy w trakcie niektórych ciosów!).

W całym tym szale bitewnym, jaki udziela się w trakcie obcowania z MK, niepokoi tylko jedna sprawa – balans zawodników. Niektóre postaci mają wręcz przegięte teleporty i kosmicznie szybkie projectile’y. Ich przewaga nad pozostałymi jest odczuwalna, choć na szczęście nie wpływa to aż tak drastycznie, na miodność gry. Nowy Mortal to brutalna orgia destrukcji, w którą nie tylko gra się z zapartym tchem ale również się ją w ten sposób ogląda…

Nie przesadzam. Gra wygląda wręcz fantastycznie. Nie tyle na płaszczyźnie technicznej (choć ta i tak jest na wysokim poziomie), co bardziej artystycznej. Sama walka wspierana efektownymi atakami, X-Rayami i świetną animacją postaci robi piorunujące wrażenie nawet na postronnym obserwatorze. Zawodnicy rewelacyjnie naśladują rzeczywiste sztuki walki w trakcie wykonywania zwykłych combosów. Design postaci też jest na bardzo dobrym poziomie, choć jedynym zgrzytem jest ekran ich wyboru – nie wiem czy stało się to tradycją, ale w każdym MK rysunki postaci były po prostu beznadziejne. Powykręcane gęby fighterów straszą i tym razem, choć na szczęście w trakcie rozgrywki zupełnie o tym zapominamy. Nasi wojownicy i tak w trakcie walk są masakrowani na różne sposoby, ponieważ modele postaci ulegają trwałym obrażeniom.

Szczególne względy należą się w kwestii oprawy fantastycznym, pełnym akcji i detali arenom. Zawsze coś dzieje się w tle i nawet plansze, które stanowią kilka wariantów jednej areny (np. różne pory dnia), na tyle się między sobą różnią, by nie mogło być mowy o jakimkolwiek recyclingu. Dźwięk dotrzymuje kroku grafice, choć głównie za sprawą odgłosów walki (łamanie kości w trakcie X-Rayów wrzuca mimowolnie ciarki na plecy). Muzyka i voice-acting nie są już takie efektowne, choć nie można też powiedzieć o nich złego słowa. Nie zapadają jednak w pamięci tak jak odgłos zdruzgotanej czaszki, czy zmiażdżonej miednicy…

Bardzo mnie cieszy ogromne przywiązanie do szczegółów i pieczołowitość NetheRealm. Np. ludzka forma Cyraxa nie jest jedynie zwykłą skórką nałożoną w miejsce mechanicznego stroju. Animacja wszystkich jego specjali została zmodyfikowana tak, aby widać było, że wykonuje je człowiek a nie robot. W zasadzie w każdym niemal zakamarku nowego Mortal Kombat znaleźć możecie niesamowite zaangażowanie i ogrom pracy włożonej przez team developerski. Widać, że jest to produkcja definitywna i dopieszczona niemal w każdym calu, bowiem gra, napędzona machiną hype’u rozbudziła niemałe oczekiwania. Teraz już wiem, że spełniła je bez problemu i z pokorą przyznaję, jako fan capcomowskich bijatyk, że nowy Mortal Kombat zawładnął mną całkowicie. Ta sztuka nie udała się Smoczej Serii właściwie od drugiej części. A czy Wy dacie się owładnąć tej niesamowitej grze…?