Płytkę wkładałem do konsoli pewną ręką, bez obaw iż cokolwiek mogłoby się tu nie udać. Jakie uczucie towarzyszy mi teraz, gdy już wiem co to znaczy być bezwzględnym rewolwerowcem na Dzikim Zachodzie? Jeśli lubisz filmy Sergio Leone, nieco kiczowate Spaghetti Westerny, produkcje tego typu z Clintem Eastwoodem lub jeszcze bardziej klasyczne - z Johnem Waynem, to nie ma wyjścia. W Red Dead Redemption z miejsca zakochasz się bez pamięci. To najwierniejsza, najbardziej kusząca i rozbudowana wizja Dzikiego Zachodu jaką dostaliśmy w historii elektronicznej rozrywki. Zapomnijcie o udanym przecież Gun, o duchowym pierwowzorze recenzowanej tu gry, czyli Red Dead Revolver i innych produkcjach, które kiedykolwiek dotykały tej tematyki. Red Dead Redemption po prostu miażdży konkurencję, tak samo jak od pierwszych minut miażdży nas nie tylko swoim ogromem, ale i wyglądem. Świetnym jak na sandboksa, bo trzeba zaznaczyć, że droga jaką przeszło Rockstar od GTAIV do RDR jest wprost oszałamiająca. Co prawda teren jaki przyjdzie nam tu zwiedzać jest prostszy w sensie topografii, gdyż nie ma drapaczy chmur, wąskich uliczek i miejskiej zabudowy, a głównie otwarte przestrzenie, to jednak nie ma co sobie zaprzątać tym głowy. Momenty gdy będziecie mknąć na wiernym rumaku przez oświetlone wschodzącym słońcem prerie, wsłuchując się tętent kopyt.

Gdy pod osłoną gwieździstego nieba wybierzecie się na polowanie, gdy złapiecie oddech stojąc na skraju klifu i podziwiając widok rozpościerający się po horyzont. Te chwile zapamiętacie na długo. Rockstar włożyło kawał serca w zaludnienie i przygotowanie dostępnego tu terenu i uwierzcie mi, ma tu mowy o monotonii. Jest za to kupa smaczków, jak choćby przelatujące na wietrze, charakterystyczne krzaki, unoszące się nad pustkowiami tumany piasku czy kaczki zrywające się do lotu gdy obok dudni huk wystrzałów. To samo tyczy się wyglądu postaci, wszelkich obiektów (nie ma to jak wpaść do klasycznego Salonu), wnętrz pomieszczeń (często umiejętnie przyciemnionych i naturalniejszych i mniej sterylnych niż w GTA) czy wreszcie miasteczek. One również są pieczołowicie odwzorowane, a zabudowania różnią się oczywiście w zależności od tego czy znajdujemy się w Ameryce, czy Meksyku, bo do tego dzikiego kraju też z czasem trafimy. Klimat momentami powala, jak choćby wówczas, gdy odwiedzimy opustoszałe miasto-widmo. I choć zdarzają się rozmazane i rażące oko tekstury, to oprawa graficzna w Red Dead Redemption to pierwsza klasa. Tak samo jest z warstwą audio. Voice acting wypada momentami świetnie (podobał mi się zwłaszcza Marston i osoby mówiące z charakterystycznym akcentem), a na ścieżkę dźwiękową składają się charakterystyczne westernowe melodie, odpowiednio podkreślające wydarzenia na ekranie. Generalnie palce lizać.

Trzymający się kanonu western nie obejdzie się oczywiście bez charyzmatycznego bohatera, który nie dość, że ma gadane, to jeszcze potrafi szybko pociągać za spust. Tym kimś w Red Dead Redemption jest John Marston - były członek gangu, który zdążył trochę narozrabiać, ale i zmądrzeć. Chłop stara się zmienić swoje życie i zapomnieć o dawnej codzienności. Niestety, szybko przekonuje się, że nie tak łatwo o tego uciec. Gdy zostaje porwana jego rodzina, zmuszony jest do współpracy, a zadanie jakie przed nim postawiono sprowadza się do jednego, teoretycznie prostego zadania.

Ma zabić swoich byłych kolegów po fachu, dzięki czemu na zawsze będzie mógł zapomnieć o bandyckiej przeszłości i wieść spokojne życie. Autorzy przedstawiają charakter protagonisty w podobny sposób jak w GTA IV, a trudno również nie zauważyć pewnych podobieństw między Marstonem a Nico Bellicem. Obaj mają co nieco na sumieniu, jednak w głębi ducha są uczciwymi, wrażliwymi na nieszczęście innych ludzi jednostkami i z całych sił chcą zmienić się na lepsze. I cóż z tego, że droga do oczyszczenia prowadzi po setkach trupów?

Osobowość i światopogląd Johna poznajemy podczas licznych dialogów, jakie kowboj toczy (przeważnie podczas wspólnego podróżowania na misje) z napotkanymi postaciami. A te, jak przystało na grę od Rockstar, to w głównej mierze plejada wykręconych i momentami zagubionych w swoim własnym światku świrów. Wystarczy wspomnieć wiecznie uchlanego Irisha, który podczas pijackich amoków grozi spluwą zakonnicom, nie stroni od łgarstwa i najczęściej znika, gdy zaczyna robić się gorąco, przez co John bezpardonowo nazywa go „pieprz.... tchórzem”. Albo Setha, zeschizowanego grabarza rozmawiającego z trupami i szukającego ukrytego skarbu. Nie zabraknie wykręconych stróżów prawa (wsiowy akcent rządzi), panien lekkich obyczajów i zimnokrwistych, mordujących w imię wyimaginowanych idei meksykańskich wojskowych. Choć są też i normalni, radzący sobie jakoś w tym bezwzględnym świecie ludzie.

Dziki Zachód jaki serwują nam autorzy jest taki, jakim można było go sobie wyobrażać. Brutalność głęboko wrosła tu w ciężką codzienność, a rzeczywistość odznacza się niewielkim poszanowaniem dla ludzkiego życia i mienia. Dlatego często przyjdzie nam pomagać uciśnionym, głownie w ramach zadań pobocznych i losowych wypadków na jakie napotkamy, ale o tym jeszcze zdążymy sobie opowiedzieć. Fabuła Red Dead Redemption trzyma poziom. Powolutku się rozkręca, gdy poznajemy uroki życia na Dzikim Zachodzie, podczas pobytu na pewnej farmie. Potem jednak wydarzenia nabierają rozpędu, a my najpierw angażujemy się w pomoc miejscowemu szeryfowi, następnie, po przekroczeniu granicy, bierzemy udział w krwawej wojnie domowej w Meksyku, by potem... zresztą sami zobaczycie. Mnie snuta tu historia przypadła do gustu, mimo iż autorom nie udało się uniknąć rozciągnięcia wątku głównego. Jest to jednak nieuniknione w sandboksach, a tutaj nie razi aż tak bardzo jak w GTA IV, które w pewnym momencie stawało się fabularnie miałkie. W Red Dead Redemption zdarzają się dłużyzny, jednak nowi zleceniodawcy wprowadzają do scenariusza swoje problemy i historie, które pozwalają z zapartym tchem śledzić wydarzenia na ekranie. Swoje robi też tło historyczne.

Złośliwi mogliby powiedzieć, że Red Dead Redemption to GTA, tyle że z innymi realami. Kowbojami zamiast gangsterów, końmi i dorożkami zamiast samochodów i motorów oraz kinem (polecam się wybrać) zamiast telewizji. I w zasadzie mieliby rację, choć opinia ta jest nieco krzywdząca, mimo iż w oczach wielu i tak stanowi nie lada komplement. Autorzy starali się jak mogli, aby ich nowe dziecko różniło się od hitu sprzed dwóch lat, mimo iż mechanika zabawy to sprawdzony schemat. Sandboks musi pozostać przecież sandboksem, zatem w Red Dead Redemption również od kolejno napotkanych osób otrzymujemy misje, które napędzają fabułę. Zadania co prawda w większości ograniczają się do wybijania niemal wszystkiego co się rusza, ale nie raz zdarzy nam się też eskortować pociąg, napadać po cichaczu lub brać udział w wyścigu dyliżansów. Fajnie, że postarano się też o bardziej nietypowe, ale pozwalające się maksymalnie wczuć w klimat zadania typu... pędzenia bydła lub łapania dzikich koni. Odczuwalny wówczas kontakt z naturą jest silny i taka immersja ze światem przedstawionym z miejsca przypadła mi do gustu. W końcu krów jeszcze w grach nie ganialiśmy prawda? Dzięki misjom zarabiamy pieniążki, a brzdąkające monety jest na co wydać. Oprócz arsenału, na który składają się shotguny, kilka rodzajów strzelb czy rewolwerów, a także dynamit lub noże, możemy kupić medykamenty, amunicję lub lepszego, szybszego konia.

Apropo koni, to należy im się oddzielny akapit, bo wykonanie rumaków jest doprawdy imponujące. Wiecie, że w sesji motion capture brał udział nawet prawdziwy konik, niejaki Blanco? I to doskonale widać w pełnych gracji ruchach i naturalnym zachowaniu, dlatego poruszanie się na wierzchowcu jest naprawdę bardzo przyjemne. Poza tym chcąc nie chcąc to podstawowy środek lokomocji, zatem trzeba się przyzwyczaić. Oczywiście panowie z Rockstar nie byliby sobą, gdyby nie umieścili w wykreowanym przez siebie świecie mnóstwa zadań pobocznych i mini gier, skutecznie odrywających nas od wątku głównego. Zadania dla nieznajomych również mają klimat, gdy na przykład kilka razy w ciągu gry spotykamy - w mocno dziwnych miejscach dodajmy - fajtłapowatego jegomościa, próbującego napisać książkę wiernie oddającą codzienność na Dzikim Zachodzie.

Poza tym fajnie, że możemy na raz wykonywać kilka takich zadań i w zależności od posiadanego czasu podjechać w miejsce oznaczone na mapie. Są też plakaty z hasłem Wanted Dead of Alive i mordą zakapiora, którego trzeba dorwać czy nocna straż na posiadłościach. Rozerwać możemy się z kolei w salonie przy pokerowym stole lub kościach, albo rzucając do celu podkowami. Zresztą to tylko wierzchołek góry lodowej, bo w Red Dead Redemption naprawdę jest co robić z wolnym czasem, zatem pozostawię Wam wolną rękę w odkrywaniu kolejnych „czasoumilaczy”. Kolejnym świetnym patentem, tym razem już wyróżniającym przygody Marstona od przygód Nico, są polowania. Na preriach żyje mnóstwo gatunków dzikich zwierząt, począwszy od pancerników, poprzez... skunksy, węże, jelenie, bawoły, na wilkach kończąc. W górach z kolei możemy spotkać kozy lub imponującego niedźwiedzie Grizzly. Jest zatem do czego postrzelać, a skórę czy mięso co rzadszych gatunków zamienimy w sklepie na jeszcze więcej brzęczących monet. Świetnie też sprawdza się kolekcjonowanie nowych strojów. Niektóre są efektowne i odblokowujemy je wykonując przypisane danemu ubranku zadania.

Najwięcej czasu jednak w Red Dead Redemption spędzimy na pruciu ołowiem, bo mięcha armatniego w niektórych misjach mamy na pęczki. System sterowania, celowania i osłon naturalnie narzuca skojarzenia z GTA i słusznie, ponieważ pozostał niemal identyczny. Walkę urozmaicono o system Dead Eye, będący w praktyce zwolnieniem czasu. W końcu wcielamy się w rewolwerowca z prawdziwego zdarzenia, zatem posłanie do piachu kilku wrogów błyskawiczną serią nie jest mu obce. Podczas slow motion możemy zaznaczać kilka celów, co sprawdza się przy większych obławach, choć momentami znacznie ułatwia sprawę i niektóre misje stanowią mniejsze wyzwanie niż mogłoby się wydawać.

Pasek Dead Eye jednak znika dość szybko, ale bez obaw, możemy go napełnić... żując tabakę. O ile można rzecz, że sam Dead Eye lekko zalatuje pomysłem z naszego polskiego Call of Juarez: Bound in Blood, tak system pojedynków wydaje się być żywcem wyjęty z produkcji Techlandu. Niemal identycznie ujęcia kamer i zwolnione tempo mogą się podobać, ale starcia te również są proste, a przegranie takowego jest zwyczajnie ciężkie (mnie zdarzyło raz). Niektóre problemy możemy też rozwiązać (a przynajmniej postarać się) w sposób pokojowy. Wówczas sięgamy po lasso i zaczyna się rodeo. Na zwiewającego przed nami gagatka możemy zarzucić pętle (tu również świetnie sprawdza się Dead Eye), a następnie przeciągnąć go trochę za galopującym koniem po glebie. Gwarantuję Wam iż przyjemność jest to unikatowa. Ba, nic nie leży na przeszkodzie aby następnie związać nieszczęśnika, zarzucić na rumaka, zawieźć na tory kolejowe, wygodnie tam ułożyć i poczekać na przejeżdżający pociąg...

W Red Dead Redemption wszystkie nasze działania mają jednak swoje konsekwencje. To czy okażesz się szlachetnym kowbojem, czy po prostu zepsutym do szpiku kości bandziorem, zależy tylko od Ciebie. Na ocenę nas przez otoczenie wpływ mają dwa wskaźniki: honor i sława. Oba naturalnie spadają gdy robimy w mieście zadymę (na pustkowiach uchodzi nieco więcej), dlatego też wyciąganie lassem barmana zza baru nie jest najlepszym pomysłem. Wówczas momentalnie uaktywnią się stróże prawa, którzy najpierw strzelają, a potem zadają ewentualne pytania. Gdy zrobi się zbyt gorąco możemy poddać się i odsiedzieć swoje w pierdlu, a gdy uda nam się uciec za naszą głowę zostaje wyznaczona nagroda. Wtedy z kolei na ogonie będziemy mieli łowców, ale tylko do momentu gdy sypniemy groszem lub przedstawimy list z przeprosinami w urzędzie miejskim.

Oczywiście bycie tym złym nie ma wpływu na sam przebieg głównej historii, natomiast z bycia honorowym obywatelem Stanów płynie kilka profitów. Wieści o naszych dobrych uczynkach szybko rozchodzą się po świecie, dlatego z czasem przyjdzie nam choćby mniej płacić w sklepach. O szlachetne czyny nietrudno, ponieważ w grze znalazła się cała masa tak zwanych zdarzeń losowych. Na drogach możemy napotkać na przykład napadany przez zamaskowanych zbirów dyliżans, nieszczęśnika uciekającego przed watahą wilków lub nieznajomego, który poprosi nas o uratowanie porwanej żony, która niechybnie ma zawisnąć na stryczku. W mieście nie brakuje z kolei koniokradów lub pijanych drabów, którzy albo zechcą wyskoczyć na pojedynek w samo południe, albo z nożami w rękach i przekleństwami na ustach gonią panienki lekkich obyczajów, mamrocząc coś o zrobieniu im kolejnej dziury... Hmmm, czyli co, nie ma zmiłuj. Pozostaje kulka w łeb i jest elegancko. W końcu to Dziki Zachód, prawda?

Podobnie jak w GTA IV, w Red Dead Redemption również znalazł się tryb multi, choć w moim odczuciu gra spokojnie mogłaby się obejść bez niego. W sieci pohulamy maksymalnie w 16 osób. Jeśli chodzi o tryby, to mamy Shootout - klasyczny deathmatch (solo i w drużynach), oraz Hold The Gold, Grab The Bag i Gold Rush, będące takim Capture The Flag z workami złota. W pierwszym bronimy swojego obozu i drogocennego kruszcu, w drugim dwie drużyny starają się przejąć jeden wór, w trzecim by odnieść zwycięstwo musimy uzbierać ich jak najwięcej. Ponadto możemy łączyć się w gangi ( do 8 członków) i razem napadać na kryjówki rywali lub polować. Co ciekawe, każda sesja w multi rozpoczyna się od pojedynku, a jego zwycięzcy pierwsi pojawiają się na mapie, zatem mają przewagę nad tymi, którzy zainkasowali kulkę. Generalnie granie po sieci na pewno znajdzie swoich zwolenników, choć nie da się ukryć, że nie da trybu multi sięgniecie po Red Dead Redemption.

A czy warto po niego sięgnąć? Powiem tak, grzechem byłoby tego nie zrobić. To zdecydowanie jedna z najlepszych gier obecnej generacji konsol. Tytuł, który będzie wspominany po latach i jeszcze przez długi czas wynoszony na piedestał. Tak jak mówiłem, to w zasadzie GTA na Dzikim Zachodzie. Tylko, albo aż – to zależy od nastawienia. Red Dead Redemption ma wszystko co kocham w sandboksach od Rockstar. Można w niego grać długimi godzinami i jest po prostu genialny po jednym względem - bez reszty wciąga nas w wir wydarzeń na ekranie oraz wykreowany przez developerów, bardzo przekonywujący świat. Tak naprawdę gra może nie spodobać się jedynie zatwardziałym przeciwnikom westernów, bo jeśli tylko dasz jej szansę, to nie widzę innej możliwości - przepadniesz. Ja przez ostatni tydzień nie żyłem w miejskiej codzienności, a - w butach z ostrogami i z wysłużonym kapeluszem na głowie - gdzieś tam, hen daleko na zachodzie. I to w moim odczuciu jest największa zaletą tej gry. Gdyż nie o każdym tytule można z czystym sumieniem powiedzieć, że zostaje w głowie na długo po wyłączeniu konsoli, przenika do twojej codzienności nie dając ci spokoju nawet na chwilę, a czas do kolejnego weń wskoczenia odliczasz niemal z nerwową niecierpliwością. Red Dead Redemption jest taki w stu procentach.