Ali G: Kto ja jezdem? (2026) – recenzja, opinia o filmie [Amazon]. Tak źle jeszcze chyba nie było
Sprzedając stare graty aby mieć na zbliżające się wielkimi krokami dziecko, przebrzmiała gwiazda przełomu tysiąclecia, samozwańczy gangster Ali G, otrzymuje faks od HBO, że pragnęliby oni wyłożyć gruby hajs na kolejny sezon jego hitowego programu. Sytuacja nie jest oczywiście aż tak prosta, lecz zachęcony wizją sławy Ali raz jeszcze próbuje stać się gwiazdą. Tym razem w erze TikToka. Lecz czy przy obecnej koncycji świata jest jeszcze dla niego miejsce?
Zatytułowałem tę recenzję dosyć przewrotnie, w pełni świadom, że na pierwszy rzut oka większość osób pomyśli, że mam na myśli jakość filmu. W rzeczywistości jednak chodzi mi o to, co dzieje się z dzisiejszym społeczeństwem, jaki obraz człowieka wyłania się z filmu Cohena. Jasne, nowy “Ali G” nie jest filmem wybitnym, chwilę zajmuje w ogóle aby rzczywiście zacząć czerpać z niego jakąś przyjemność, a gatunek mocno wysterowanego, wypełnionego przypadkowymi ludźmi mokumentu został już przemaglowany przez reżysera na wszelkie możliwe sposoby, lecz kiedy jego wizja zaczyna nabierać kształtu, a widz cały czas ma z tyłu głowy, że większość osób na ekranie nie zdaje sobie sprawy z faktu, że to, w czym biorą udział nie dzieje się naprawdę, robi się naprawdę wesoło. Jest to, co prawda, śmiech przez łzy, podszyty nawet lekką grozą, ale mimo wszystko trudno nie docenić z jakim zaangażowaniem Cohen przystawia ludziom lusterko, w którym odbijają się ich obrzydliwe lica.
To napisawszy, uważam jednak, że trzeba wziąć pewną poprawkę na wiarygodność oglądanych przez nas scen. Ostatni raz, kiedy widzieliśmy Alego, świat był zupełnie innym miejscem, a i sama postać nie była aż tak ogólnoświatowo rozpoznawalna – w tamtych latach internet wciąż jeszcze raczkował, YouTube miał pojawić się dopiero rok później, a pierwszy film, choć wciąż żywy w mojej głowie, zarobił w kinach tylko 23 miliony na całym świecie, a na pomidorach może pochwalić się raczej średnimi wynikami zarówno ze strony krytków, jak i regularnych widzów – więc można założyć, że w 2025, kiedy film był kręcony, mało który młody aktywista, „spec od imidżu” czy redneck miał choćby mgliste pojęcie o tym, że istniał w ogóle kiedyś taki ktoś i, że to wszystko fikcja, lecz przecież sam Cohen w dalszym ciągu jest całkiem rozpoznawalnym, czasami nawet cenionym aktorem. Pojawił się w MCU (choć, umówmy się, „Iron Heart” i tak nikt nie oglądał), był częścią świetnego „Sprostowania” od AppleTV, brał udział w „Procesie siódemki z Chicago”, no i w dalszym ciągu jest przecież ulubionym Kazachem świata, Boratem, który ledwie sześć lat temu dostał przecież swój drugi film. Istnieje niemałe prawdopodobieństwo, że ludzie biorący udział w dzisiejszym filmie dobrze wiedzieli z kim mają do czynienia i dlatego zachowywali się tak, jak się zachowywali – jeden z nich nawet przyznał się do tego w mediach społecznościowych jeszcze w zeszłym roku. Ale porozmawiajmy o samym filmie.
Ali G: Kto ja jezdem? (2026) – recenzja, opinia o filmie [Amazon]. Ali wraca na szczyt... tak jakby
W przeciwieństwie do „Ali G Indahouse”, który był klasycznym filmem komediowym, wypełnionym aktorami, profesjonalnym oświetleniem i nawet kilkoma efektami specjalnymi, „Kto ja jezdem?” powraca do stylu mokumentu, dzięki któremu „Borat” stał się takim sukcesem. Oznaczało to konieczność wymyślenia filmu w taki sposób, aby z jednej strony zawierał jakieś tam zręby fabuły, ale jednocześnie nie mogła wyjeżdżać ona za daleko poza ramy względnego realizmu, bo przecież nie można było powiedzieć niczego nieświadomym ludziom, że tu się później dogra jakiegoś terminatora czy coś (chociaż może byłby z tego całkiem niezły gag?). Tak więc Ma Julie (Morgana Robinson) zaszła w ciążę. Ali nie chce w to wierzyć, lecz kiedy ginekolog stawia sprawę jasno, nasz gangsta raper postanawia wziąć się za siebie. Przez szereg zwariowanych zbiegów okoliczności trafia do Stanów Zjednoczonych, gdzie zaczyna robić furorę jako gadający bzdury, robiący dziwne wywiady ASMR Tiktoker. Nie podoba się to jednak ludziom takim jak Dr. Nira Cain-N'Degeocello (również Cohen), którzy widzą w nim zagrożenie dla prawdziwych, bogobojnych Amerykanów. Postanawia więc zrobić wszystko... aby jego dziecko nie przyszło na świat na terenie USA.
Jak nietrudno się domyślić, film dosłownie przepełniony jest absurdami. Sam Cohen gra trzy postacie – prócz wymienionych jeszcze izraelskiego antyterrorystę, Errana Morada, którego zadaniem jest przygotować patriotycznych śmiałków do obrony kraju przed zagrożeniem w postaci Alego. Czasami zdarza się nawet, że dwie (albo i wszystkie trzy) postacie spotykają się razem na ekranie. Grają ich wtedy mocno ucharakteryzowani dublerzy, okazjonalnie nie brzmiący nawet za bardzo jak oryginał. Patrząc na film jako taką tam klasyczną fabułę, można bardzo łatwo dojść do wniosku, że jest on zwyczajnie słaby – zarówno pod względem jakości scenariusza, zdjęć czy aktorstwa przypomina on amatorskie produkcje jutuberów.
Ali G: Kto ja jezdem? (2026) – recenzja, opinia o filmie [Amazon]. Ludzie, co z wami?!
Traktowanie „Kto ja jezdem?” w ten sposób byłoby jednak niezwykle krzywdzące, bo przecież to nie jest taka tam, zwykła fabuła. Te rzeczy naprawdę się dzieją. Ludzie naprawdę myślą, że włamują się do czyjegoś pokoju hotelowego; że ktoś próbuje ich przekonać, że namówił nieżyjącego od trzydziestu lat Tupaca żeby nagrał dla niego szybką rolkę, w której informuje, że wybacza mu w imieniu wszystkich Afroamerykanów za kulturowe przywłaszczenie, którego tamten się dopuścił; że uczą się obsługi ukrytych w sztucznych dupskach pistoletów. To właśnie dla tego typu komentarza społecznego powstał ten film. Z jednej strony mamy szurniętych pseudo patriotów, z drugiej delikatnych, jak płatek śniegu aktywistów, z trzeciej obrażających się o wszystko przedstawicieli mniejszości, bo przecież podniecanie się czyjąć kulturą i tradycjami i korzystanie z nich jest złe tylko, kiedy ktoś bierze coś od nich. Cohen nie sili się na tanie moralizowanie. Po prostku pokazuje, jak nieskończenie głupio potrafią zachowywać się ludzie w dzisiejszych czasach. Jasne, nie każda scena jest równie przemyślana, nie każda niesie ze sobą większą głębię – niektóre powstały tylko po to, aby widz miał się z czego pośmiać – ale wydaje mi się, że w ogólnym rozrachunku przekaz jest jasny i skuteczny.
Jeden element filmu, który nie do końca mi podszedł, to wkomponowanie świadomych tego, w czym biorą udział aktorów w grupy przypadkowych ludzi. Niby film na samym początku informuje widza, które osoby są profesjonalnymi aktorami, ale raz, że robi to bardzo szybko, a dwa że za pomocą mocno stylizowanych grafik, przez co raczej niełatwo jest zapamiętać, o kogo dokładnie chodzi. Sprawia to, że podczas oglądania nigdy nie mamy pewności, jaki procent tego, co oglądamy dzieje się naprawdę, przez co pozytywne wrażenia z seansu mogą być ograniczone. Z drugiej strony, może świadczy to właśnie o sile filmu, że prócz oczywistości, takich jak kolejne postacie grane przez Cohena, nie miałem pojęcia, kto tylko gra, a kto naprawdę gada głupoty? Zdecydowanie warto się nad tym zastanowić.
Koniec końców, powiedziałbym, że „Ali G: Kto ja jezdem?” to całkiem udany projekt. Absolutnie nic wybitnego ani nawet nie najlepsza produkcja z Sachą Baronem Cohenem i jego postaciami, ale jako całość, jako satyra obecnego świata, broni się naprawdę nieźle. Nie wszystkie sceny są równie ciekawe czy choćby zabawne a do stylu snucia opowieści zdecydowanie trzeba się przyzwyczaić, lecz myślę, że warto dać mu na to szansę. Są i tacy widzowie, którzy poczują się osobiście zaatakowani przez film i nie ma najmniejszych szans aby się im spodobał, ale to też dobrze – o to przecież właśnie chodziło.
„Ali G: Kto ja jezdem?” to film bardzo niewygodny, obrazoburczy, nie zawsze udany, nie zawsze trafiający w punkt, ale ostatecznie ciekawy, po równo zabawny i przerażający wizją świata, w którym obecnie żyjemy. Ale następny poproszę już w bardziej klasycznej formie.
Przeczytaj również
Komentarze (3)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych