Plan doskonały (2026) - recenzja, opinia o filmie [Amazon]. Stanley Tucci rozmienia się na drobne
On spec od materiałów wybuchowych, ona potrafi włamać się do każdego systemu i świetnie się kamufluje. Kiedy nieoczekiwanie ich drogi krzyżują się na tej samej robocie, okazuje się, że zwabił ich na nią ich dawno zaginiony ojciec, również złodziej. Proponuje im wspólne wykonanie skoku stulecia.
Czasami, kiedy patrzę na kariery ludzi takich jak Stan Tucci, nie mogę przestać zastanawiać się, co im właściwie chodzi po głowach, jakimi na co dzień są ludźmi. Z jednej strony mamy niezaprzeczalnie zdolnego aktora, świetnie radzącego sobie zarówno w dramatycznych, jak i komediowych rolach, ozdobę wielu filmów, w których bierze udział. Z drugiej, jego wybór projektów, w których ostatnimi czasy bierze udział, to jakiś absolutny hardkor. Jednego dnia robo film z Samem Mendesem, a następnego jedzie na plan jakiegoś badziewnego akcyjniaka od Netflixa. Czemu?! Czy aż tak potrzebuje pieniędzy? Nie lepiej poczekać na rolę, która faktycznie przyniesie satysfakcję?
No dobra, poleciałem hiperbolą z tym "z dnia na dzień", bo jednak mowa o filmach, które dzielą całe dekady, ale to przecież tym bardziej po tylu latach brania udziału w prawdziwym kinie powinien móc spokojnie dobierać sobie kolejne projekty. Choć może bardziej niż o nim, sytuacja ta pokazuje obecny stan Hollywood? Jak to jest, że drzewnej niemal każdy film zasługiwał na pozytywną notę (nie mówię, że nie robiło się i badziewia, ale do kina można było chodzić prawie że w ciemno), a dzisiaj dosłownie zalewa nas pisane na kolanie, bezdusznie kręcone guano? Kręcą wszyscy i wszystko. Książki jeszcze nie zdążą ukazać się w księgarniach, a ktoś już wykupił prawo do ich ekranizacji. Internetowe źródła podają, że trzy lata temu wyprodukowanych zostało bez mała dziesięć tysięcy filmów. Kolosalna liczba, zwłaszcza jeśli porównać ją z niecałymi dwoma tysiącami w latach dziewięćdziesiątych. Bo dziś bardziej niż jakość liczy się ilość. A, właśnie. Na Amazonie ukazał się właśnie "Plan doskonały".
Plan doskonały (2026) - recenzja, opinia o filmie [Amazon]. Nie ma mięska na tych kościach
Filmy o zuchwałych kradzieżach są zwykle o tyle ciekawe, że mamy wyraźnie nakreślonych antagonistów, którym pragniemy utrzeć nosa, a sama kradzież jest spektakularną sekwencją z przynajmniej jednym, mocnym zwrotem akcji. Coś jak "Żądło" z 1973 czy "Ocean's Eleven" z 2001 (to już ćwierć wieku?! Serio?!) i jego kontynuacje. To przede wszystkim dobra zabawa, obserwowanie przygotowań, kombinowanie w trakcie, jak to się wszystko potoczy. Cóż, pisząc "Plan doskonały", scenarzyści - a było ich aż pięciu - stwierdzili, że darują sobie antagonistę. Cały ciężar filmu oparty został więc na nieszablonowej relacji trójki głównych bohaterów oraz samej kradzieży. I nie jestem przekonany, czy na pewno był to dobry pomysł.
IMDb opisuje film Thomasa Vincenta między innymi jako komedię. Zapewne chodzi o nieustanną rywalizację między Jayem (Victor Belmondo) i Chiarą (Simona Tabasco). Oboje mieli raczej niełatwe dzieciństwo, więc kiedy dowiadują się, że ich ojciec też jest złodziejem i chce z nimi współpracować aby wykraść z Luwru Mona Lisę, zaczynają rywalizować ze sobą jak dzieciaki z podstawówki. Przekomarzanie się, dogryzanie temu drugiemu - tego typu rzeczy. I może nawet byłoby to zabawne, gdyby postacie były ciekawsze, bardziej charakterne i miały do zaoferowania cokolwiek ponad bycie profesjonalnymi złodziejami. Niestety, oboje są po prostu bezbarwni. Nie winię aktorów, którzy zdecydowanie starają się wnieść odrobinę życia w swoje dialogi, ale, jak to mówią, ze stolca bicza nie ukręcisz. Jasne, ze dwa, może nawet trzy razy zaśmiałem się lekko pod nosem, jak kiedy ona nagle zapomina, że jest profesjonalistką i zaczyna hałasować, a jej brat gasslightuje pracownicę muzeum, że absolutnie niczego nie słyszy i może powinna pójść do neurologa. Są to jednak raczej pojedyncze wybryki, bardzo sporadyczne.
Plan doskonały (2026) - recenzja, opinia o filmie [Amazon]. Tucci i ostatnie dwadzieścia minut jakkolwiek ratują ten film
Przebieg kradzieży również nie imponuje niczym szczególnym. Ot, idą coś zrobić i to robią, po drodze napotykając może ze dwa niewielkie problemy. Brakuje tu napięcia, wyższej stawki, kogoś kto deptałby naszym bohaterom po piętach, czegokolwiek, co sprawiłoby, że widz czułby jakieś napięcie, bal się czy emocjonował. Wypada jednak przyznać, że tak jak sama akcja nie powala, tak mamy w filmie dwa zwroty akcji, które zdecydowanie ubarwiają całą opowieść i wybudzają lekko widza z letargu. Pierwszy jest istotny dla intrygi, acz zdecydowanie zbyt mocno telegrafowany, przez co nie robi takiego wrażenia, jak zapewne powinien. Drugi natomiast jest już czystą zabawą, skutecznie nadając tematyczny sens filmowi. Niby mało i późno, ale na bezrybiu i tak ryba, a i seans dzięki niemu wydaje się nie być aż taką stratą czasu.
Wspomniany już Stanley Tucci przez praktycznie cały film jedzie na autopilocie, ale przy tym kalibrze aktora efekt i tak nie jest zły. Jego Roger jest szczwany, przebiegły i lekko śliski, ale przy tym posiada w sobie takie naturalne, ojcowskie ciepło, pozwalające mu z pełnym przekonaniem sadzić najbardziej przesłodzone frazesy i gadki motywacyjne w historii. To zdecydowanie najlepiej zagrana i najciekawsza postać w całym filmie. Cała reszta, prócz wspomnianych już Jaya i Chiary, to w zasadzie jedynie krótkie epizody, jednorazowe postacie, które mają spełnić swoje zadanie, po czym zniknąć bezpowrotnie. Sprawia to, że film staje się nieprzyjemnie pusty, podstawowy, lekko wręcz amatorski. Jakby scenarzyści (których, przypominam, było a pięciu), wymyślili jedynie hak - rodzina kradnie Mona Lisę - a zapomnieli o całej reszcie.
Trochę już męczy mnie, że ostatnio trafiają mi się same słabiaki. Miałem nadzieję, że "Plan doskonały" odwróci ten trend, lecz na próżno. To bardzo nijaki film o złodziejach planujących skok, z płaskimi postaciami i pozbawioną napięcia intrygą. Ostatnie dwadzieścia minut w jakimś tam stopniu poprawia sytuację, ale raczej nieznacznie. Ot, kolejny produkt, na który szkoda czasu.
Atuty
- Rodzinna kradzież to całkiem ciekawa koncepcja;
- Stanley Tucci.
Wady
- Zero napięcia;
- Pusty narracyjnie;
- W większości raczej słabe żarty;
- Dużo za mocno telegrafuje swój największy zwrot akcji;
- Ciągnie się jak ser na pizzy.
To już lepiej po raz setny włączysz "Ocean's Eleven". Film Vincenta nie ma w sobie niczego ponad ciekawą, ale średnio wykorzystaną główną koncepcję. Nie polecam.
Przeczytaj również
Komentarze (2)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych