Street Fighter (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. Pozbawiona hamulców frajda dla fanów
Do trzech razy sztuka, jak to mówią. Ponad trzydzieści lat po premierze pierwszego filmu live action, Hollywood raz jeszcze próbuje swoich sił z marką "Street Fighter". Czy udało się wyciągnąć wnioski z poprzednich porażek i przygotować faktycznie dobry film? Sprawdźmy.
Nie będę owijał w bawełnę - gdybym miał oceniać film Kitao Sakuraia wyłącznie na podstawie tego, jak dobrze się na nim bawiłem, dałbym mu zapewne srogie 9/10. Ktoś wreszcie poszedł po rozum do głowy i zauważył, że tak jak w świecie animacji absurdy, którymi wypełniona jest marka, jeszcze jakoś przechodzą, tak zrobienie dobrego, poważnego filmu live action w tym świecie jest chyba niemożliwe i mija się z celem. Postawiono więc na trzy filary, na których trzyma się dzisiejszy film - zgodność z materiałem źródłowym, humor i walka. I tak jak każdy z nich posiada drobne pęknięcia i niedoskonałości, tak wspólnie są w stanie utrzymać ciężar tego, hmm, dzieła.
Zastrzegam jednak już na wstępie, że to absolutnie nie jest film dla każdego entuzjasty kina popcornowego. Reżyser i scenarzyści zawarli tu tak skandalicznie ogromną ilość odniesień, zarówno do poprzednich filmów, do anime, jak i do gier, że aż głowa boli. Niebanalna część humoru zawartego w nowym "Street Fighterze" wynika właśnie z tych detali, więc jeśli ktoś nie grał nigdy w gry, nie oglądał klasycznego filmu z Van Dame'em, nie zna filmu anime, to ominie go spora część tego, co sprawia, że ten film warto obejrzeć. Myślę, że akurat wśród stałych użytkowników naszego portalu nie będzie to jakaś wielka bariera nie do przeskoczenia, ale tak czy siak ostrzegam. No dobra, ale porozmawiajmy o samym filmie!
Street Fighter (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. Żyć to walczyć, a walczyć to żyć
Ryu (Andrew Koji) został mistrzem World Fighting Tournament po pokonaniu potężnego Sagata. Zniknął jednak wkrótce po tym, przerażony mocą mrocznego Hado, która obudziła się w jego sercu. Sześć lat później, łaknący mocy M. Bison (David Dastmalchian) postanawia zorganizować nowy turniej, aby spróbować wywabić Ryu i ukraść jego moc dla siebie. Do jego hotelu powoli zaczynają zjeżdżać się najlepsi wojownicy ze wszystkich stron świata.
Narracja nie należy do najbardziej skomplikowanych, ale wypada przyznać, że w ramach logiki tego świata trzyma się kupy. Problemem jest natomiast stosunek ilości postaci do czasu trwania filmu. No choćby skały sr@ły, nie zmieścisz w dwóch godzinach filmu sensownie opowiedzianych historii jakiegoś tuzina zupełnie różnych postaci. Reżyser bronił się przed tym problemem jak mógł, skupiając się głównie na wątku Ryu i Kena (Noah Centineo), Bisona oraz Chun-Li (Callina Liang). Niestety, oznacza to, że reszta postaci to w najlepszym wypadku kilka linijek dialogu i scen walki, a w najgorszym same dialogi, za to w równie niewielkiej ilości. Taki Honda (Hirooki Goto) pojawia się w dosłownie jednej scenie, gdzie zamienia z Ryu kilka zdań, po czym rozpoczyna się walka. I tyle. Nigdy więcej go nie zobaczymy. Dla niedzielnego widza pewnie niewielka to strata, bo i tak nie ma pojęcia kim ten grubcio z sauny w ogóle był i o co z nim chodzi. Skupienie na wątku Bisona działa też na niekorzyść postaci Akumy (Joe Anoa'i), który niby rzuca swój kolosalny cień na cały film i wszystkie decyzje Ryu, ale z samego filmu nie dowiesz się czego on tak właściwie od niego chce. To po prostu zły brat Goukena, który chce walczyć ze zwycięzcą turnieju. Bo tak było w grze. Dwa słowa wypadałoby też wspomnieć o Bisonie w wersji Dastmalchiana. Ewidentnie jest to oryginalna kreacja, choć słychać w niej też pewne echa doskonałego Raula Julii. Nie do końca kupiłem jego fetysz stóp i podniecanie się czyimś cierpieniem - zwłaszcza ta pierwsza rzecz wydaje się być w pełni zbędna - ale ta jego pogoń za mocą to ciekawy kierunek, dzięki któremu w potencjalnej dwójce możemy zobaczyć go już w bliższej oryginałowi formie.
Street Fighter (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. Hadoken!
Skoro "Street Fighter" to przydałby się zapewne jakieś walki, prawda? Tych w filmie nie brakuje i trzeba przyznać reżyserowi, że większość z nich prezentuje się bardzo sympatycznie. Z początku obawiałem się, że będzie kompletna katastrofa, ponieważ pierwsza walka Kena jest tak przepełniona szybkimi cięciami, mającymi zamaskować brak znajomości sztuk walki aktora (który bez problemu nadrabia charyzmą). Na szczęście w większości pozostałych ról zatrudnieni zostali profesjonaliści, dzięki czemu można było poszaleć z chwytami, blokami czy nawet chodzeniem po ścianach. Samurai przyjął formułę głupkowatych filmów kopanych z lat osiemdziesiątych, więc pełno tu też skakania na wyciętych w postprodukcji linkach, przeskoków nad kamerą, jak w jakimś "Power Rangers" i przebijania się przez ściany, jakby to były kartony, a nie cegły. Nie zabrakło też ciosów specjalnych, czyli najbardziej ikonicznego elementu serii. Niemalże wszystkie postacie z dumą wykrzykują nazwy swoich technik, rzucając w przeciwnika kulami energii, czy kopiąc ich raz zarazem po twarzy. Mówię niemalże, ponieważ niektórzy wolą siedzieć cicho, podczas gdy jeszcze inni w ogóle zostali potraktowani po macoszemu i taki choćby Guile robi dosłownie jednego somersault kicka I nic więcej (w temacie sztuk walki) przez cały film. Jest to o tyle bolesne, że teoretycznie odbył jedną walkę w turnieju, ale my jako widzowie nigdy jej nie widzimy, jedynie pokłosie.
Prócz tego, chyba największą bolączką filmu jest jego montaż. Większość filmu nie jest niby zła, ale są takie momenty, że widz ma wrażenie, jakby gdzieś zabrakło całej sceny. Przykład pierwszy z brzegu: Chun Li rozmawia z kimś przez telefon. Omawiają kilka spraw, ona czegoś od niego chce, on prosi o coś ją, rozłączają się. Cięcie i nagle kompletnie inaczej ubrana Chun Li idzie jakimś wściekłe czerwonym korytarzem, eksponując te legendarne uda ku uciesze widowni. Co się stało?! Ile czasu minęło, gdzie jesteśmy, dlaczego nowy strój? Przez chwilę zastanawiałem się, czy to na pewno wciąż ona, czy może jakaś zupełnie nowa postać, a tego typu przykładów można wymienić przynajmniej kilka.
W pierwszych minutach filmu słyszymy "Good vibrations" Marky Marka i wydaje mi się, że jest to najlepszy możliwy opis filmu Sakuraia. Fabuła pęka w szwach od nadmiaru postaci, które nie mają szansy sensownie się zaprezentować i bez znajomości materiału źródłowego można się wręcz pogubić i zapewne poczuć po seansie lekki niedosyt, ale prócz tego Sakurai dostarczył film żwawy, pełen zabawnych gagów i bez dwóch zdań rozumiejących DNA serii. Nie ma mowy o jakimkolwiek dziele sztuki (chyba, że teledyskowym, bo kolejne szlagiery sprzed 30 lat atakują uszy widza dosłownie jeden po drugim, jakbyśmy puścili sobie MTV), bo i nie o to chodziło. To po prostu dwie godziny dobrej zabawy dla fanów marki.
Atuty
- Dobrze dobrana obsada;
- Ikonicznej postacie w ikonicznych strojach, z ikonicznymi ruchami;
- Dużo dobrych gagów;
- Fabuła może i prosta, ale względnie trzymająca się kupy;
- Dobrze zrobione, klimatyczne wstawki animowane.
Wady
- Mocno niewykorzystana część obsady;
- Miejscami chaotyczny, pozbawiony ciągłości montaż;
- Bez znajomości filmów i gier nie ma co podchodzić;
- Przesadnie teledyskowy początek.
"Street Fighter" w wersji Kitao Sakuraia robi z grubsza to samo, co film z 1994, tyle że robi to lepiej. Jest bliższy grom, z dużą dawką humoru i paroma sympatycznymi walkami. Mam nadzieję, że obejrzy się za tyle dobrze, aby dać zielone światło kontynuacji, bo wciąż mi mało.
Przeczytaj również
Komentarze (14)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych