Uliczny wojownik (1994) - retro recenzja [Netflix] Niezły tu macie bajzel!
Piątkowa premiera „Street Fighter. Ulicznego wojownika” z pewnością skłoni niektórych do powrotu do wcześniejszej adaptacji serii bijatyk Capcomu: słynnego filmu Stevena E. de Souzy z 1994 roku, którego niekwestionowaną gwiazdą miał być od początku Jean-Claude Van Damme. Dziś to pokraczne widowisko jawi się przede wszystkim jako kwintesencja komercyjnego kina lat 90., w którym silne naciski producentów w dużej mierze zadecydowały o jego ostatecznym kształcie.
Jednym z największych fenomenów gier arcade na początku lat 90. XX wieku był bez wątpienia „Street Fighter II”, kontynuacja serii bijatyk Capcomu. Co istotne, charakterystyczni wojownicy, wyraziste stroje i specjalne ciosy tworzyły gotowy materiał na widowisko, które mogło zainteresować także widzów nieznających gier. Tak samo myśleli przedstawiciele japońskiej firmy, którzy bardzo szybko skontaktowali się z amerykańskimi producentami, by ci przygotowali scenariusz filmu łączącego dynamiczne kino akcji ze scenami walk, w których występowaliby bohaterowie rozpoznawalni dla graczy.
Na to wyzwanie odpowiedział przede wszystkim Steven E. de Souza, który był już wówczas nie tylko uznanym scenarzystą, ale też prawdziwym specjalistą od łączenia wartkiej akcji z humorem. Sam przyznał, że potrzebował zaledwie jednej nocy, by stworzyć zręby fabuły, a następnie przedstawił je przebywającym akurat w Los Angeles przedstawicielom growego giganta. Pomogło mu to, że sam był fanem tych gier, choć jego scenariusz mocno odchodził od ich struktury. Pomysły spodobały się tak bardzo, że szybko dostał angaż nie tylko jako scenarzysta, lecz także jako reżyser. Nie przeczuwał jeszcze zapewne, w jak wielką kabałę właśnie się pakuje…
Już wybór Jean-Claude’a Van Damme’a na gwiazdę tego filmu okazał się problematyczny. Aktor zmagał się wówczas z uzależnieniem od narkotyków, do czego zresztą sam później się przyznawał, a jego notoryczne spóźnienia źle wpływały na pracę na planie. Raul Julia, który grał jego antagonistę, miał zupełnie inne problemy: walczył z rakiem żołądka. Nie chciał jednak rezygnować z udziału w filmie, pamiętając, że serię gier uwielbiały jego dzieci, i do końca zachował profesjonalizm. De Souza z kolei miotał się między koniecznością zadowolenia producentów, przez którą scenariusz był ciągle zmieniany, trudami kręcenia zdjęć w Tajlandii, dodatkowymi ujęciami, walką o niższą kategorię wiekową i wieloma innymi problemami.
Uliczny wojownik (1994) - retro recenzja i oponia o filmie [Netflix] Osobliwa mieszanina kina wojennego, akcji, sztuk walki i komedii
„Street Fighter” to o tyle wdzięczna seria do adaptacji, że w przeciwieństwie choćby do konkurencyjnego „Mortal Kombat” nie rozbudowano jej o sieć zawiłych powiązań między bohaterami, więc przy pisaniu scenariusza filmowego można było popuścić wodzy fantazji. Najwyraźniej skorzystał z tego sam Steven E. de Souza, który wykreował osobliwą sytuację geopolityczną: głównym rozgrywającym jest w niej generał Bison (Raul Julia właśnie), władający położonym w południowo-wschodniej Azji państwem Shadaloo, gdzie od kilku miesięcy trwa wojna domowa. Światową opinią publiczną wstrząsa ultimatum generała, który żąda 20 miliardów dolarów, a w przeciwnym razie grozi zabiciem pojmanych zakładników. Na jego nieszczęście w okolicy stacjonuje oddział sił zbrojnych ONZ, którym dowodzi krnąbrny pułkownik William Guile i to on rzuca despocie wyzwanie.
Trudno o lepszy moment na oglądanie tej osobliwej mieszanki kina wojennego, akcji, sztuk walki i komedii niż właśnie rok 2026, kiedy największymi światowymi mocarstwami rządzą osoby niemal równie groteskowe jak sam generał Bison. Sytuacja z zakładnikami przypomina wspólną historię Iranu i Stanów Zjednoczonych, choć twórcy wyraźnie próbowali nawiązać do wojny w Wietnamie, choćby charakterystycznym „Goooooood morning…” w radiowych zapowiedziach. Coś, co jeszcze dekadę temu wyglądałoby jak sen wariata, dziś niebezpiecznie zbliża się do rzeczywistości. Z tą różnicą, że obecnie nikt raczej nie mówiłby o udziale w takim konflikcie jakichkolwiek zjednoczonych sił zbrojnych.
Uliczny wojownik (1994) - retro recenzja i oponia o filmie [Netflix] Heroiczna rola Raula Julii
Scenariusz tego filmu trudno określić inaczej niż jako kompletny bajzel. Z licznych wywiadów z jego twórcami wynika, że taki, a nie inny efekt był skutkiem ciągłej presji ze strony growego giganta, który domagał się umieszczenia w filmie kolejnych postaci znanych z gry. Ucierpiała na tym nie tyle nawet charakterystyka bohaterów, ile w ogóle sens ich pojawiania się na ekranie: widz niewiele o nich wie, więc nie jest w stanie się z nimi utożsamić. Opierają się one zresztą na wyjątkowo wątłej podstawie fabularnej, która każe nam wierzyć w wielką moc generała Bisona, uwiarygodnianą wyłącznie dzięki znakomitej kreacji aktorskiej.
Heroiczna rola Raula Julii to istotnie jeden z najjaśniejszych punktów tego osobliwego widowiska. Aktor zmarł w październiku 1994 roku, na dwa miesiące przed premierą filmu, a mimo to bardzo poważnie podszedł do powierzonego mu zadania i stworzył iście diaboliczną, kompletnie przerysowaną postać, która dobrze współgra z charakterem filmu. Wpisuje się przy tym w tradycję kreowania takich ról przez aktorów kojarzonych z zupełnie innym emploi, jak Max von Sydow we „Flashu Gordonie” czy David Warner w „Tronie”. Na jego tle wyjątkowo blado wypada gwiazdor Jean-Claude Van Damme, który sprawia wrażenie, jakby miał problemy z wydukaniem dość prostych linijek dialogowych, a w scenach mających podkreślić komediowość jego postaci wypada, nawet jak na własne standardy, wyjątkowo drewnianie. Co ciekawe, najefektowniejsze w filmie są zresztą pojedynki Ryu i Kena Mastersów, a nie potyczki pułkownika Williama Guile’a, który także pod tym względem mocno rozczarowuje.
Biorąc jednak pod uwagę mocne naciski producentów gier, ogromne problemy zdrowotne dwóch największych gwiazd i liczne kłopoty podczas zdjęć, najbardziej zaskakuje to, że ten osobliwy filmowy twór ogląda się dziś nadal całkiem nieźle. Pod warunkiem, że potraktujemy go jak rasowe kino klasy B, kwintesencję komercyjnego kina akcji lat 90., którego celem było wypromowanie określonego produktu. Gdyby twórcy nie mieli tak mocno skrępowanych rąk i poszli odważniej w stronę pastiszu, wyszłaby im pewnie produkcja, którą można by porównać do „Żołnierzy kosmosu” Paula Verhoevena, wyświetlanych w kinach trzy lata później i bezpardonowo atakujących amerykański militaryzm.
Atuty
- sporo akcji i walk
- dużo humoru
- Raul Julia robi co może
Wady
- aby zakryć to jak kiepski jest w tym filmie Jean Claude Van Damme
- scenariusz jest mocno przeładowany postaciami i ledwo trzyma się kupy
- w filmie zdarzają się zabawne błędy i niedoróbki, które jednak potrafią rozbawić
“Uliczny wojownik” to niezwykle pokraczna, ale i nie pozbawiona specyficznego uroku produkcja klasy B, która nadal potrafi wywołać uśmiech na ustach.
Przeczytaj również
Komentarze (2)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych