Digger (2026) - recenzja filmu [Warner Bros]. Najbardziej polaryzujący film roku

Digger (2026) - recenzja i opinia o filmie [Warner Bros]. Najbardziej polaryzujący film roku

Jan Piekutowski | Dzisiaj, 22:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Możemy nienawidzić “Diggera”, wystawiać mu jedynki i zera, ale nie narzekajmy później, że kina zalewane są produkcjami wyzbytymi z orygialności, a remake goni remake w ucieczce przed sequelem, prequelem i retellingiem. Bo chociaż “Digger” nie jest dziełem idealnym, to niewątpliwie jest stworzony z autorskiej, jakościowej gliny.

Najnowszy film Alejandro Gonzaleza Inarritu opowiada o tytułowym Diggerze Rockwellu (Tom Cruise). Potężnym baronie naftowym, jednym z najpotężniejszych ludzi na Ziemi, który nawet prezydentowi własnego kraju każe czekać w kolejce na audiencję, gdyż istotniejsze okazuje się zdrowie 38-letniego kota. Digger szybko zostaje strącony z piedestału, gdy jego rafineria zostaje pochłonięta przez katastrofę ekologiczną, której konsekwencje zatopią nie tylko majątek Amerykanina, ale również tysiące istnień w Europie, a później na całym świecie. Digger, korzystając ze swoich wpływów, rusza więc na ratunek planecie. 

Dalsza część tekstu pod wideo

A przynajmniej tak wydaje się nam przez pierwszych kilkanaście minut filmu. Zgodnie z życzeniem reżysera powstrzymam się od większych spoilerów, bo te w istocie wpływają na odbiór produkcji. Musicie jednak wiedzieć, że w świecie Diggera nie wszystko jest takie, jak się wydaje na pierwszy rzut oka, a przerażający kot-matuzalem nieprzypadkowo zachowuje się i wygląda jak animatronik. “Digger” rozgrywa się na dwóch płaszczyznach, Inarritu znów, niczym w “Birdmanie”, pochyla się nad teatrem życia codziennego, ale tym razem zwiększa skalę i wprowadza niewidoczne w swoich poprzednich filmach pokłady satyry. Jej bowiem więcej niż Rockwell ma ropy. A ma całą ropę tego świata.

Obosieczne ostrze

“Digger”, pozostając satyrą polityczną, bywa notorycznie kojarzony z “Dr. Strangelove”. To porównanie automatyczne, pozbawione wysiłku, mające na celu przede wszystkim zdyskredytowanie pracy wykonanej przez Inarritu. Z mojej perspektywy oba te filmy łączy bardziej Stanley Kubrick, który wyreżyserował “Dr. Strangelove’a” i pracował z Tomem Cruisem, czyli głównym aktorem w “Diggerze”, niż zabiegi formalne zastosowane w obu produkcjach. Krótko mówiąc: związek niewielki, a sam “Digger” to nie odpowiedź na dzieło z 1964 roku lub jedyna po nim satyra polityczna. 

Inarritu i jego zespół scenarzystów (Sabina Berman i Alexander Dinelaris) biorą na celownik korporacje, magnatów, klasy polityczne, a także obecne przyzwyczajenia społeczne. W oczywisty sposób dworują z kolejnych rządów USA, prezydent Compson (genialny John Goodman) odwołuje się nie tylko do Donalda Trumpa, ale też Ronalda Reagana. Rockwell natomiast, marzący o byciu zbawcą ludzkości, przypomina nieco Elona Muska. Szkopuł w tym, że “Digger” nie koncentruje się jedynie na jednej stronie medalu. Po nosie dostają również liberałowie uparcie wierzący, że swoją sztuką mogą zmienić świat. Bańka marzeń pryska, gdy w końcu opuszczamy teatr i wszyscy zostajemy zmuszeni do przejrzenia na oczy.

“Digger” nie sili się na subtelności. To kino bardzo dosłowne, chociaż nie pozbawione wdzięku, w przeciwieństwie choćby do ostatnich sezonów “The Boys”. Inarritu i spółka walą łopatą bez opamiętania. Czasami chybią celu, czasami uderzą dokładnie tam, gdzie planowali. Najważniejszym punktem filmu wydaje się nie odsłonięcie kart, do którego dochodzi relatywnie szybko, ale przemowa Diggera przed sądem. To scena wybitna nie tylko ze względu na aktorski popis Cruise’a, lecz przede wszystkim jej wymowę i, obawiam się, całkowitą trafność. Wnioski z niej płynące nie są odkrywcze, zgoda. Cóż jednak z tego, skoro w ostatnich latach w kinie wielkoformatowym nie pojawiło się wiele produkcji lepiej punktujących naszą rzeczywistość, o ile jakakolwiek? Nie będę się na ten film obrażał, bo śmiał zarzucić hipokryzję milionom osób - również mnie.

Popis dwóch aktorów

Dla wielu “Digger” to film przegadany. Pomysłowy, ale ciągnący się jak flaki z olejem. W istocie film Inarritu odbiega od kina akcji, do którego zdążył przyzwyczaić Cruise. On sam wrócił do czegoś, co w wyświechtany sposób możemy określić jako kino ambitne. To mówiąc nie potrafię zarzucić “Diggerowi” efektu znużenia widza. Zbyt wiele dzieje się na wszystkich planach, aby ten film nie skupiał uwagi przez niemal cały metraż. Dzięki pomysłowości twórców możemy w kolejnych scenach odkrywać rozmaite pęknięcia. Gdy zaczniemy dostrzegać manekiny, nie zdołamy przestać. Animatroniczny kot nagle nabierze sensu, kolejna dekonstrukcja (dosłownie) scen zacznie przywodzić na myśl produkcje Wesa Andersona, a wymieszanie ułudy z rzeczywistością będzie jednocześnie ciekawiło i konfundowało. Z tego względu “Digger” pozostaje filmem bardzo wdzięcznym do ponownego odtworzenia, chwalebny zabieg wobec światowej konieczności recyklingu.

To wszystko nie udałoby się jednak, gdyby nie kreacje aktorskie. Zaskakująco obsadzono Emmę D’Arcy, Sandra Hueller ma możliwość pokazania nieco innej ekspresji, Jesse Plemons nie schodzi poniżej określonego poziomu, bardzo dobrze sprawdza się Riz Ahmed znów w większej roli, tym razem strudzonego ekologa pracującego dla firmy wysysającej planetę. Niemniej, jeśli ktoś z obsady ma bić się o najważniejsze nagrody, to niewątpliwie trzeba wskazać na Goodmana oraz Cruise’a. Pierwszy, nieco w stylu “Big Lebowskiego”, robi użytek z ciętego języka, niewielu w Hollywood przeklina w równie dźwięczny i wdzięczny sposób. Goodman szarżuje, jego prezydent Carson to połączenie bombastycznych cech rozlicznych amerykańskich polityków, nie ma możliwości wciśnięcia hamulca. Bardziej zniuansowaną postać kreuje Cruise. Z jednej strony jest oszalałym Rockwellem, z drugiej troskliwym ojcem. Obserwacja tego dysonansu, pogodzenia dwóch ról potrafi być fascynująca. Cruise zaś potrafi być genialny.

Wspomniana scena przed sądem to oczywisty kandydat do wyświetlenia podczas gali oscarowej. Cruise pokazuje pełny wachlarz swoich umiejętności, tworzy narrację ustawiającą całego “Diggera”. Płynie na fali kolejnych zdań przepełnionych gorzką prawdą. Imponujące tym bardziej, że dziesięciominutowa scena została nagrana za jednym podejściem. Nie dziwię się, pewnych rzeczy po prostu nie można zrobić lepiej.

Potknięcia są

“Digger” mnie oczarował, chociaż podczas seansu zmieniałem ocenę kilkukrotnie. Przeszedłem od zachwytu, przez wątpliwość, znużenie do ponownego zachwytu. Wielu zatrzyma się na jednym z środkowych etapów, co w pełni zrozumiem. To nie jest film perfekcyjny. Zdarzają się mniejsze lub większe kiksy, irytujące dłużyzny, wielu zdenerwuje pretensjonalność, groteskowość, spóźniony komentarz społeczny, ktoś będzie przewracał oczami ze względu na konstrukcję świata. Rozumiem. Z nieufnością spojrzę jedynie na tych, którzy w “Diggerze” nie odnajdą niczego oryginalnego lub nie poczują żadnych emocji. 

Całkowicie zaś nie zgodzę się jedynie z tymi, którzy będą wystawiać “Diggerowi” noty poniżej skali, a chwilę później narzekać na brak nowych pomysłów w kinie, marudzić po pięćdziesiątej fazie MCU i psioczyć na kolejną interpretację “Romea i Julii”. Spróbujcie dać “Diggerowi” szansę, to w pełni kinowe doświadczenie. 

Wszystko wskazuje na to, że film Inarritu okaże się nieprawdopodobną klapą finansową. I… co z tego? Warner Bros. odchodzi w niepamięć, więc, cytując Guillermo del Toro, “love the arts F*ck the charts”.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Advertisement

Atuty

  • Wybitni Tom Cruise i John Goodman
  • Oryginalny, autorski
  • Pomysł na kreację i dekonstrukcję świata

Wady

  • Nieco spóźniony komentarz społeczny
  • Pretensjonalny
  • Drażniąca muzyka

“Digger” jest na dobrej drodze do zostania jedną z największych porażek finansowych Hollywood. Jednak wiele kultowych produkcji, na czele z “2001: Odyseją kosmiczną”, również nie zaliczyło udanego pierwszego obiegu. Polaryzujący “Digger” również ma swoje artystyczne podstawy, aby przejść do historii.

8,0
Jan Piekutowski Strona autora
Popkulturę pochłania masowo, łapczywie. Od dziecka, od kiedy zakatował DVD z "Królewną Śnieżką". Nie ma serialu, którego nie obejrzy. Nie ma filmu, na który nie pójdzie do kina. Nie ma komiksu, którego nie przeczyta. We wszystkim stara się znaleźć jakiś pozytyw, bo przecież pewnego dnia smutek się skończy.
cropper