Primetime (2026) - recenzja filmu [M2 Films]. To catch a predator

Primetime (2026) - recenzja, opinia o filmie [M2 Films]. To catch a predator

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 20:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Pukanie do drzwi. Młoda dziewczyna otwiera i wpuszcza lekko wystraszonego faceta do środku. Zostawia go samego w kuchni, podczas gdy sama idzie się przebrać. Pyta czy wziął rzeczy, o których rozmawiali. Odpowiada, że ma piwo w samochodzie i prezerwatywy przy sobie. Wtedy do kuchni wkracza Chris Hansen, pytający przybysza l, co tutaj robi i co by się stało, gdyby nie interweniował. Kolejny pedofil został złapany.

Nowy film Lance'a Oppenheima zdecydowanie robi wrażenie ze względu na poruszany temat. Kiedy Chris Hansen zaczął tworzyć "how to catch a predator", szeroko dostępny internet wciąż był czymś relatywnie nowym, pełnym możliwości, jasne, ale również potencjalnych zagrożeń (nie żeby dzisiaj było pod tym względem lepiej, zmieniły się tylko narzędzia). Relatywna anonimowość sprawiała, że na czatach pojawiała się masa zwyrodnialców, na których zapolować postanowił Hansen i jego ekipa. Z perspektywy rodzica, już sama myśl jest przerażająca, a kiedy jeszcze zaprezentować jej wizualizację na ekranie, już w ogóle robi się słabo. Rzecz w tym, że jeśli chciałbym obejrzeć sam program, wpisał bym odpowiednią frazę na YouTube. Film musi być czymś więcej. O czym więc jest "Primetime"? 

Dalsza część tekstu pod wideo

I tu właśnie pojawia się największy problem całego filmu, ponieważ zabij mnie, a nie mam pojęcia, co reżyser chciał nam tutaj przekazać. Z jednej strony mamy kulisy pracy nad programem, które ponoć zostały dosyć mocno podbite, aby zrobić dramatyczne wrażenie. Mamy walkę o wyniki oglądalności, do której odnosi się tytuł filmu i która zdaje się być głównym motorem napędowym Hansena (Robert Pattinson), ale sam scenariusz nigdy nie przekuwa tego motywu w zajmującą intrygę, nie komentuje, nie kontrastuje. To po prostu majaczący na horyzoncie cel, do którego film nawet nie dociera, bo urywa się na końcu "polowania na wieloryba", które to polowanie jest kolejną częścią składową opowieści, ale w filmie pojawia się relatywnie późno - a szkoda, bo paralela do "Moby Dicka" wyszła Oppenheimowi całkiem interesująco. Do tego dochodzi wątek spalania się dla sprawy, dwulicowości osób stojących za programem i obsesji głównego bohatera. Tak więc, o czym jest "Primetime"? Tego nie jest pewien chyba nawet sam reżyser. 

Primetime (2026) - recenzja, opinia o filmie [M2 Films]. Trochę wszystkiego

Seans "Primetime" jest jak wywołana substancjami halucynacja. Niemalże cały film skąpany jest w dziwnie sennym klimacie, jakby próbował oderwać się od przedstawianych wydarzeń. Często zostajemy zamknięci w głowach czy to Chrisa, czy jego najnowszego aktora, pieszczotliwie zwanego Dan Wabik (Skyler Gisondo), gdzie oderwani od tła wpatrujemy się w ich oczy, słyszymy ich oddech, widzimy wizualizacje tego, co dzieje się w ich głowach. Do tego cały film nakręcony został tak, aby kojarzyć się z niskobudżetowością produkcji telewizyjnych - cały główny materiał zgrany został na szesnastomilimetrową taśmę, która nadała mu ten ziarnisty, sprany wygląd, podczas gdy ujęcia z planu faktycznie kręcono starymi, małymi Panasonicami. Dorzuć do tego bardzo specyficzną ścieżkę dźwiękową Ariego Balouziana i nagle zaczyna towarzyszyć ci dziwny, trudny do sprecyzowania niepokój - coś jest nie tak, momentami robi się wręcz nieprzyjemnie. 

I zdaje się, że właśnie dokładnie o to chodziło, ponieważ film Oppenheima regularnie pokazuje nam jak brudny jest świat Hansena. On sam nie jest wcale aż taki znowu święty - choć w porównaniu do bohaterów swojego programu pewnie można by go tak opisać. Jego producentkę, Andie (Merritt Wever) kręci ściganie degeneratów, odpowiedzialny za kontakt z nimi Xavier (Matthew Maher) sam jest niezłym dewiantem, a najbliższy przyjaciel Dana, Troy (Eric Rahill) aż kipi złośliwością i zazdrością. Takie pokazanie drugiej strony medalu, nieprzyjemnych kulis programu, jest zasadniczo bardzo ciekawym, pełnym możliwości ruchem, ale ostatecznie reżyser nic z nim nie robi, nie ciągnie tematu dalej, nie kontrastuje "tych dobrych" z "tymi złymi". Ot, kolejna rzecz, która w filmie po prostu jest. Bo czemu nie. 

Primetime (2026) - recenzja, opinia o filmie [M2 Films]. Kreatywne podejście do faktów

Podobno prawdziwy Chris Hansen nie był zachwycony tym, w jaki sposób został przedstawiony w filmie, co już samo w sobie jest całkiem zabawne, zwłaszcza biorąc pod uwagę temat filmu i poruszane w nim wątki. O tym, na ile artystycznej twórczości można sobie pozwolić portretując prawdziwego człowieka, w dodatku przedstawiając go w raczej nie do końca pozytywnym świetle, można by długo dyskutować, ale to nie czas, ani miejsce na to. Wypada jednak przyznać Patinsonowi, że sama kreacja aktorska wyszła mu pierwszorzędnie. Sposób wysławiania się Hansena i jego akcent opanował do perfekcji, ale przy tym nadał mu trochę bardziej szołmeński, wystarany sznyt - jak przystało na dziennikarza telewizyjnego. To kreacja, którą ciężko polubić, ponieważ widzimy jego liczne wady i udzielającą się wszystkim wokół obsesję, ale przy tym również trudno jest nie czuć choć odrobiny uznania dla człowieka, który całe swoje życie podporządkował idei łapania zboczeńców, z dodanym pragnieniem bycia najlepszym w tym, co robi. W rozmowie z Andy jest zdeterminowany, z Danem władczy, przy żonie (Anna Farris) pokorny i nerwowy. To absolutny wulkan, który wygląda jakby miał za moment eksplodować. Dan Wabik również przedstawia się całkiem interesująco, jako chłopak, który naprawdę wierzy w sens tego, co robi, ale przy tym czuje się też mocno przytłoczony - zarówno sytuacją, jak i swoim szefem. Gisondo miał przed sobą nie lada zadanie, musząc pokazać w jednej scenie emocjonalną delikatność swojej postaci, a sekundę później jej mocno... amatorskie aktorstwo. To bardzo ciekawa rola, która mogłaby być wręcz wybitna, gdyby postać została lepiej ukierunkowana, gdyby lepiej ją napisać.

Po wyjściu z seansu "Primetime" czułem się skołowany. Sam film jest całkiem interesujący i dobrze się go ogląda, ale jako całość, jako spójna konstrukcja, która ma jakiś cel, chce o czymś opowiedzieć widzowi, dzieło Oppenheima całkiem mocno mnie zawiodło. Reżyser próbował chwycić za ogon zbyt wiele tematów, zrobić film trochę o Chrisie Hansenie, trochę o ciemnej stronie człowieczeństwa, chorym pędzie za popularnością i wszystkim pomiędzy, w rezultacie tworząc narracyjny chaos, kinematograficzną paragrafówkę bez jasno ustalonego końca. Świetny Pattinson, pięknie wykonane zdjęcia, klimatyczna muzyka i żywy, zmieniający się wraz z postaciami montaż do pewnego stopnia ten fakt przykrywają, ale w pełni wymazać go nie dadzą rady. Widać brak wprawy reżysera w pracy nad filmami fabularnymi. Koniec końców powiedziałbym jednak, że i tak warto sprawdzić "Primetime" - choćby i tylko przez wzgląd na jego ponadprzeciętną warstwę techniczną. 

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Advertisement

Atuty

  • Robert Pattinson jako Chris Hansen;
  • Świetne zdjęcia i montaż;
  • Niejednoznaczne ukazanie twórców programu;
  • Klimatyczna ścieżka dźwiękowa.

Wady

  • Próbuje poruszyć zbyt wiele tematów, żadnego nie dociągając do należytego końca.

"Primetime" opowiada o pogoni - trochę za złymi ludźmi, a trochę za wynikami oglądalności. Przynajmniej czasami, bo reżyser próbował przemycić tu tyle tematów, że chyba sam się w nich trochę ostatecznie pogubił. Świetnie zagrany i nakręcony, ale strasznie chaotyczny i ostatecznie mało satysfakcjonujący.

6,0
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper