Mniej obcy (2026) - recenzja, opinia o filmie [Netflix]. Dialog z Bogiem, o życiu i muzyce
Naczelny skandalista polskiej sceny rockowej, wirtuoz gitary, były kolega Kukiza, lider Lady Pank - Jana Borysewicza nazywano na wiele różnych sposobów, pokazywano w przeróżnych mediach, opowiadano o nim w artykułach. Ale kim tak naprawdę jest Janek z Wrocławia? O tym próbuje odpowiedzieć nam nowy film Netflixa.
Kawa na ławę - Lady Pank to był jeden z pierwszych zespołów rockowych, jakie w życiu usłyszałem, karmiony przez brata muzyką od najmłodszych lat. Nie powiem abym bezkrytycznie kochał całą ich twórczość, ale bezapelacyjnie zajmują w moim sercu bardzo ważne miejsce, a do niektórych utworów regularnie wracam nawet dzisiaj. Tak więc może być tak, że zupełnie nieświadomie wybaczam reżyserowi, Kristofferowi Rusowi więcej niż być może powinienem.
Biografia gwiazdy rocka stała się już niemalże gatunkiem filmowym sama w sobie. Swoje filmy dostają zarówno już nieżyjący muzycy, jak Freddie Mercury z "Bohemian Rhapsody", Elvis Presley z "Elvisa", czy nasz własny Ryszard Riedel ze "Skazanego na bluesa", jak i wciąż nieźle się trzymające dinozaury pokroju Eltona Johna i jego "Rocketmana", Motley Crue z ich "Brudem", a teraz również i Janek Borysewicz chce stać się "Mniej obcy" widzowi. To same interesujące osoby, w dodatku odpowiedzialne za kawał świetnej muzyki, więc niby dobrze, że takie produkcje powstają, ale jest jeden problem. One wszystkie są do siebie zarąbiście podobne. I to już takie fajne nie jest.
Mniej obcy (2026) - recenzja, opinia o filmie [Netflix]. Tacy sami
Czy to możliwe, że wszystkie gwiazdy muzyki przeszły w życiu z grubsza przez to samo? Może istnieje jakiś schemat pozwalający wyhodować sobie takiego rockmana we własnym domu? Wystarczy poświęcić swoją relację z nim, wpędzić go w każdy możliwy nałóg, konflikty z prawem i bum - mamy gwiazdę. Młodego Borysewicza (Mirosław Tomczuk) poznajemy, kiedy po raz pierwszy odkrywa istnienie muzyki innej niż tradycyjna. Starszy brat złapał w eterze kawałek Jimiego Hendrixa i w jednej chwili Janek przestał myśleć o wiecznie szukającym problemów ojcu czy chorobie matki (Ireneusz Czop i Kinga Preis). Muzyka pochłonęła go kompletnie.
Przez cały film towarzyszy nam narracja starszego Janka z offu - w tej roli absolutnie znakomity Mikołaj Bukrewicz. Zdaje się on z kimś rozmawiać, opowiadać komuś swoją historię. I choć z początku można zastanawiać się czy odbiorcą ma być ojciec, czy może nawet sam widz, to jednak relatywnie prędko okazuje się, że słyszymy tu rozmowę z Bogiem - spowiedź, modlitwę, jakieś poszukiwanie wiary. Niby ciekawy pomysł, ale problem z nim jest taki, że oglądając film bardzo trudno jest znaleźć tego Boga w życiu głównego bohatera. Rodzice są wierzący, tak, ale sam Borysewicz raczej nie daje się poznać jako osoba szukająca sensu w wyższej sile, nie prosi o nic, nie wygraża się, kiedy w jego życiu źle się dzieje. Wychodzi więc na to, że cały ten motyw został dorzucony do filmu sztucznie, nie prowadzi żadnego dialogu z wydarzeniami na ekranie. Trochę bez sensu. Prócz tego dostajemy klasyczną walkę z ustrojem, problemy z nadużywaniem substancji i trudne życie miłosne - absolutna klasyka, w dodatku zepchnięta do roli tła, bo na pierwszym planie zawsze jest wyłącznie główny bohater.
Mniej obcy (2026) - recenzja, opinia o filmie [Netflix]. Mała wojna
Filmowi Rusa można zarzucić odtwórczość i atakowanie widza każdą jedną kliszą, jaką tylko można sobie w kontekście biografii muzycznej wymyślić, pewnie, ale trzeba mu przyznać, że "Mniej obcy" wygląda i brzmi elegancko. Szary klimat PRL odtworzony został przy pomocy bardzo oszczędnego święcenia, często jednopunktowego, przez co większość kadry skąpana pozostaje w cieniu i półmroku. Jest smętnie i nieprzyjemnie, a trzymanie się zbliżeń i pełnego planu - raczej bez naprawdę szerokich ujęć, chyba że we wnętrzach budynków - pozwala łatwiej sprzedać iluzję cofnięcia się w czasie o pół wieku, skupić na detalach kadru. Mamy więc klasyczne meble, stare auta, ciuchy i fryzury, wszędzie pełno dymu papierosowego - typowy PRL. Nie znalazłem w całym filmie żadnego ujęcia, które jakoś mocniej wyryłoby mi się w głowie - najwyżej kilka ciekawych zagrań montażowych - ale film zdecydowanie wygląda tak, jak powinien. Muzycznie to przede wszystkim po prostu Lady Pank, z paroma innymi, istotnymi dla twórczości zespołu kawałkami dorzuconymi tu i tam. Poszczególne piosenki dobrane zostały raczej dobrze, zgrabnie korespondując z wydarzeniami na ekranie, czy to bezpośrednio czy tylko tematycznie.
Absolutnym objawieniem filmu jest Mikołaj Bukrewicz, debiutant od razu wskakujący w główną rolę filmu, bo po co szczypać się z jakimś bieganiem po drobnych rolach w badziewnych serialach, czy innych "Ukrytych prawdach". Chłopak jest absolutnie przebojowy - bez problemu oddaje nonszalancki introwertyzm swojej postaci, potrafiąc przy tym również wybuchnąć, wkurzyć się albo wbić szpilę tak, że nawet widzowi w pięty idzie, o postaci na ekranie nawet nie wspominając. Nie wiem czy w roli wymagającej szerszego wyrazu poradziłby sobie równie dobrze, ale jako Borysewicz wypada świetnie. Reszta zespołu to głównie tło i gadające głowy, ale jest jeszcze grany przez Patryka Pietrzaka Andrzej Mogielnicki, głos rozsądku, yang do ying Borysewicza, a przy tym również postać często całkiem komiczna przez to, jak zdaje się nie pasować do sytuacji, w których raz za razem się znajduje. Reszta postaci nie wyróżnia się jakoś specjalnie. Na pewno zabawnie jest zobaczyć Romualda Lipko w wykonaniu Maćka Musiałowskiego, czy Rafała Rutkowskiego przemijającego się na moment jako nauczyciel muzyki, ale to bardziej ciekawostki, klocki, których głównym zadaniem jest pomoc w budowie sylwetki głównego bohatera.
"Mniej obcy" to film, który wszystko robi okej, ale przy tym tak szczerze nie imponuje właściwie niczym prócz kreacji głównego bohatera. Reżyser zabiera widza w ekspresową, skróconą podróż przez życie Jana Borysewicza, którą spokojnie można nazwać kwintesencją, szkieletem biografii rockandrollowca. Jest tu wszystko, co taki film zwykle zawiera i, niestety, nic ponad to. Można obejrzeć żeby posłuchać sobie dobrej muzyki i trochę lepiej poznać lidera Lady Pank. Tylko, czy po tak równo kreślonym od linijki seansie rzeczywiście stanie się on nam mniej obcy?
Atuty
- Żwawe tempo opowieści;
- Muzyka Lady Pank;
- Bardzo dobry Mikołaj Bukrewicz w głównej roli;
- Czuć klimat PRL.
Wady
- Przebija się przez wszystkie klisze typowe dla gatunku;
- Zbyt prędko przechodzi od tematu do tematu, czasami gubiąc gdzieś po drodze sens sceny;
- Motyw rozmowy z Bogiem nie zgrywa się z resztą filmu.
"Mniej obcy" jest dokładnie takim filmem, jakiego się spodziewasz, biorąc pod uwagę jego temat. Wszystko tu jest agresywnie wręcz poprawne, bez ambicji na coś więcej. Oczko w górę za główną rolę.
Przeczytaj również
Komentarze (3)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych