Ted Lasso (2020) - recenzja 4. sezonu serialu [Apple]. Kobieca piłka nożna

Ted Lasso (2020) - recenzja, opinia o 4. sezonie serialu [Apple]. Kobieca piłka nożna

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 21:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

 Ted Lasso, utytułowany trener futbolu, powrócił do rodzinnych Stanów Zjednoczonych, gdzie... Wykłada towar na półki w supermarkecie. Jedne odwiedziny dawnych przyjaciół z Anglii wystarczyły jednak, aby namówić go na powrót do Londynu - tym razem w towarzystwie syna - gdzie przejąć ma obowiązki trenera żeńskiej drużyny Richmond, the Lady Greyhounds. Czy i tę drużynę uda mu się postawić na nogi? 

Głupie pytanie - oczywiście, że tak. Przecież to "Ted Lasso", serial orbitujący wokół czarnej dziury, w jakiejś dziwnej strefie mroku, gdzie odpowiedzią na wszystko jest uprzejmość, wyrozumiałość i otwarte serce. To jednocześnie największa zaleta, jak i największa wada produkcji Billa Lawrence'a i Jasona Sudeikisa, bo z jednej strony trudno jest nie poczuć się lżej oglądając kolejne odcinki przygód AFC Richmond, na chwilę zapominając o prawdziwym świecie, z drugiej zaś taki cukierkowy świat serialu oznacza, że konsekwencje praktycznie nie istnieją, przez co raczej trudno jest dać się ponieść kolejnym intrygom, poczuć dreszczyk emocji czy jakieś tam obawy o przyszłość klubu. Pozostaje jedynie cieszyć się pozytywną wizją świata twórców serialu i za wiele o tym nie myśleć. 

Dalsza część tekstu pod wideo

Skoncentrowanie się na żeńskiej drużynie piłkarskiej musiało spotkać się z pewną dozą wątpliwości czy wręcz głośnego sprzeciwu ze strony fanów. Kobiece rozgrywki do tej pory budzą raczej skrajne emocje i choć zdarza się zobaczyć naprawdę ciekawą akcję w wykonaniu Ewy Pajor czy Aitany Bonmati, to jednak wciąż wiele osób nie traktuje tego sportu poważnie. Sam obejrzałem z rok temu jakieś dwa mecze i bawiłem się doskonale, ale głównie dlatego, że nie mogliśmy z kolegą przestać się śmiać - piłka odskakująca ileś metrów od nogi po przyjęciu, niedokładne, niedocierające do celu podania, bezsensowne auty, potykanie się o swoje koleżanki z drużyny. Nie pamiętam już, kto to wtedy grał, ale ciężko się na to patrzyło, zwłaszcza, ze świadomością, że oto widzę profesjonalny futbol, ktoś bierze za to pieniądze. Zastanawiałem się więc jak do tematu podejdą twórcy serialu - czy przedstawią sprawę uczciwie, czy będą udawali, że między chłopakami, a dziewczynami nie ma żadnej różnicy. Na szczęście, mogę spokojnie potwierdzić, że czwarty sezon ma na siebie swój własny, w większości satysfakcjonujący pomysł. 

Ted Lasso (2020) - recenzja, opinia o 4. sezonie serialu [Apple]. Niby każdy pretekst dobry...

Wątek drużyny kręci się przede wszystkim wokół postaci asystentki trenera, Alice (Tanya Reynolds) i jej relacji z pozostałymi dziewczynkami. Jest to o tyle zgrabnie rozpisana historia, że Alice jest jej centralnym punktem, ale wokół niej z powodzeniem można budować pomniejsze historie pozostałych dziewcząt. Ale tak jak wybuchowa Alice jest całkiem ciekawą postacią i powolne dowiadywanie się, jak to się stało, że stała się tym, kim dzisiaj jest, potrafi szczerze wciągnąć, zawierając wszelkie niezbędne elementy dobrze rozpisanego wątku - tajemnicę, humor, emocje - tak pozostałe dziewczyny to w większości dwuwymiarowe ozdoby. Dwie są w związku i nie do końca się dogadują. Jedna jest samotną matką, próbującą godzić obowiązki rodzica z karierą sportową - zabawne, ale nic z tego na przestrzeni całego sezonu nie wynika. Kolejna ma wspólną przeszłość z Alice, plany na przyszłość i nawet wprowadzającą chaos do drużyny kontuzję. Ale ona też jest ostatecznie po prostu elementem szerszej historii pani trener, nie oferując niczego ciekawego, długofalowego we własnym zakresie. Ostatecznie jednak powiedziałbym, że jako drużyna są dostatecznie interesujące aby dźwignąć ten sezon, choć ledwie. Obserwowanie ich drogi od bycia bandą nerwowych indywidualistek do prawdziwej drużyny to absolutnie nic nowego, ale ogląda się przyjemnie. 

W temacie Teda i reszty, warto zadać sobie pytanie, czy jest tak naprawdę coś jeszcze, co wymagałoby dopowiedzenia. Powiedziałbym, za tak jak poprzedni sezon był już lekko przesłodzony, tak zakończył historie poszczególnych postaci w całkiem sensowny sposób. Wszyscy byli z grubsza zadowoleni ze swojego obecnego położenia, a ich wątki dobiegły do naturalnego końca. Prawda jest taka, że zawsze można dopisać nowy konflikt, otworzyć stare rany, dopisać nową postać. Ale jeśli zabraknie naturalności, to ostatecznie nie wyjdzie z tego dobra opowieść i moim zdaniem czwarty "Ted Lasso" ma z tym lekki problem, co najlepiej widać po tytułowym bohaterze. Ten tutejszy Ted (Jason Sudeikis), który przepracował już swoją traumę i wie, czego chce od życia, jest praktycznie mesjaszem - oazą spokoju, która ma odpowiedź na wszystko i nawet kiedy jest samotny, to samotność ta zdaje mu się w ogóle nie wadzić. Jasne, scenarzyści postawili kropkę nad i w temacie jego ojca, ale czy to naprawę było konieczne? Czy wszyscy nie zdążyli już domyślić się co i jak? Tak naprawdę Ted kończy czwarty sezon w niemal bliźniaczo podobnym miejscu, co trzeci - postanawiając wygospodarować więcej miejsca dla swojego syna. Niczego nowego się najwyraźniej nie nauczył.

Ted Lasso (2020) - recenzja, opinia o 4. sezonie serialu [Apple]. Każdy ma jakieś problemy 

Mocno nierówno przedstawia się również wątek Roya i Keeley (Brett Goldstein i Juno Temple). Tak jak sam ich romans zdecydowanie można było jeszcze wskrzesić, tak już sposób, w jaki to zrobiono jest zwyczajnie irytujący. Cała ta drama wokół nich została sztucznie nakręcona przez nich samych - dobra, parę razy nawet można się było zaśmiać patrząc jak Roy chodzi na te swoje turbo randki - a rozwiązanie konfliktu nie dość, że było oczywiste, to jeszcze poprowadzono je w najbardziej sztampowy możliwy sposób. Odrobinę ciekawiej maluje się relacja Rebeki (Hannah Waddingham) z jej zapoznanym na koniec trzeciego sezonu pilotem lotnictwa, Matthijsem (Matteo van der Grijn), ponieważ dostajemy coś faktycznie nowego. Lęki szefowej AFC Richmond dobrze wpisują się w główny temat serialu, czyli przyglądanie się kolejnym typom problemów natury psychologicznej, z którymi męczy się chyba cała obsada. Powiedziałbym wręcz, że chętnie zobaczyłbym ten wątek lepiej rozwinięty. Tymczasem scenarzyści zostawiają nas z paroma krótkimi sytuacjami i, bądź co bądź, uroczym rozwiązaniem. Królem problemów z głową w tym sezonie jest jednak bezapelacyjnie trener Beard (Brendan Hunt), który przechodzi w czwartym sezonie najbardziej komiczny kryzys wieku średniego, jaki w życiu widziałem. Czapki z głów. Dwa słowa warto też zapewne napisać o gościnnym występie niezastąpione Tracy Ulman, która kradnie dosłownie każdą scenę, w której występuje. Jej wątek jest raczej mało zaskakujący, ale już sama tylko jej energia - zwłaszcza skonfrontowana z innymi, bardziej stonowanymi postaciami - sprawia, że oglądanie jej jest czystą przyjemnością.

Chciałem przyczepić się do braku dynamiki i bardzo wygodnego kreowania sytuacji na boisku przez twórców serialu, lecz postanowiłem najpierw cofnąć się na chwilę do poprzednich sezonów, gdzie zauważyłem, że tamtejsze sceny akcji pod bramką również nie należały do najbardziej widowiskowych po tej stronie Wisły. Nie jestem jakimś wielkim entuzjastą piłki nożnej, ale nawet ja widzę, że te podania, gdzie wokół zawodniczek dosłownie nikogo nie ma, czy strzały z praktycznie pustego pola karnego z prawdziwym sportem nie mają zbyt wiele wspólnego. Wydaje mi się jednak, że widz nie zwraca na to aż takiej uwagi, ponieważ za uszy ciągnie go warstwa emocjonalna tych sekwencji - te ostatnie sekundy, gra z kontuzją, bliscy przeżywający akcję z trybun. Czwarty sezon mamto wszystko, choć osobiście odczuwałem te emocje słabiej niż w poprzednich sezonach, ponieważ na ten moment nie czuję takiej sympatii do zawodniczek - nie ma tu wesołego Obisanyi, nakręconego jak samochodzik Danny'ego Rojasa. Dziewczyny jeszcze mogą rozkręcić się w kolejnych sezonach, ale tutaj większość z nich opisać można krótkim "twarda, rzucająca bluzgami babka". 

Czwarty "Ted Lasso" był zupełnie niepotrzebny, ale w sumie cieszę się, że go obejrzałem. Regularnie jest się z czego pośmiać, gościnne występy męskiej grupy piłkarskiej nie rażą, kilka wątków potrafi pozytywnie zaskoczyć i generalnie, jak to w tym serialu zwykle bywa, po prostu dobrze się to ogląda. To napisawszy, jeśli scenarzyści zamierzają ciągnąć tę historię dalej, następnym razem muszą mocniej skupić się na drużynie i lepiej przemyśleć szerszą intrygę, bo nie wiem ile sztucznie generowanych dram i kręcenia się w miejscu jeszcze wytrzymam. 

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Advertisement

Atuty

  • Specyficzny styl bycia Alice zabawnie kontrastuje z pozostałymi trenerami;
  • Świetny, choć niepozorny wątek Bearda;
  • Spora ilość, bardzo pozytywnego humoru;
  • Wciąż ma sporo do powiedzenia o zdrowiu psychicznym swoich bohaterów...

Wady

  • ...choć niektóre z tych tematów przerabia zdecydowanie za szybko;
  • Sztucznie zbudowana drama wokół Keeley i Roya;
  • Przedstawienie dziewczyn z drużyny mogłoby być lepsze;
  • Na wskroś przewidywalny.

"Ted Lasso" wciąż potrafi kupić widza samą swoją pozytywną energią, ale widać, że czwarty sezon w paru miejscach męczy się żeby znaleźć swój głos, nie być zbyt odtwórczym. Jest nieźle, ale kolejny sezon zdecydowanie musi podnieść poprzeczkę.

6,0
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper